|
Blog > Komentarze do wpisu
Ludzie Wschodu
Szeroko pojęty Zachód jest wspólnotą umysłową opartą na pewnych wartościach. Pośród tych wartości jedną z najważniejszych jest równość i wynikające z niej różne uregulowania wprowadzające ułatwienia dla słabszych, bądź dla przedstawicieli różnych mniejszości - tak, aby czuli się we własnym społeczeństwie komfortowo i aby mogli bytować na równej stopie z innymi członkami społeczności. Stąd rozliczne ułatwienia dla niepełnosprawnych pozwalające im wyjść z domu, pójść na zakupy, do kina, do pracy - tam, gdzie wolno wszystkim pełnosprawnym. Stąd ułatwienia dla kobiet, dające szansę wyboru i ułatwiające ewentualny powrót na rynek pracy po urodzeniu dziecka. Stąd też ułatwienia dla ludzi starszych, których jest coraz więcej - niskopodłogowe autobusy i tramwaje, podjazdy, na które można wjechać elektrycznymi wózkami i tym podobne. Wschód z kolei niesie za sobą szereg innych wartości. Na Wschodzie przede wszystkim liczy się prawo silniejszego, słabszy jest spychany na margines. Liczę się ja i moja bardzo wąsko zakrojona wspólnota (rodzina, klan), natomiast reszta jest mi wilkiem - wrogami, których należy znosić z niechęcią i ledwo ukrytym szczerzeniem kłów. Różnicę między Wschodem a Zachodem najłatwiej zauważyć wsiadając do autobusu - na Zachodzie ludzie grzecznie stoją w rządku, na Wschodzie jest to niemal walka o przeżycie. Łódź jest miastem na wskroś wschodnim. Tutaj prawo stanowi najsilniejszy - w tym wypadku kierowca samochodu. Człowiek w samochodzie ma pełnię praw - ma prawo wszędzie nim dojechać, wszędzie nim zaparkować i ma prawo aby mu nie przeszkadzano. Człowiek w samochodzie ma władzę, a jego interesów pilnuje Zarząd Dróg i Transportu, który przy każdej dyskusji dotyczącej organizacji ruchu w mieście zajmuje pozycje obrońcy interesów kierowców. Na drugim biegunie znajdują się pariasi - słabi, starsi, bezrobotni, dzieci - a więc piesi i pasażerowie miejskiej komunikacji. Oni nie mają żadnych praw - wolno im poruszać się wąsko wykrojonymi chodnikami, a jeśli pragną przekroczyć jezdnię, to najlepiej, aby schowali się pod ziemią, a jeśli już koniecznie musi ich być widać, to niech przejdą kładką. Każde dodatkowe światła wzbudzają agresję i są ostro atakowane, a pieszych spycha się do dziur w ziemi nawet tam, gdzie światła są (Piłsudskiego/Sienkiewicza, Mickiewicza/Żeromskiego uva) i gdzie przejście naziemne nie sprawiłoby różnicy. Gdyby nie płynąca tuż pod ziemią Łódka, podobnie byłoby również przy Manufakturze, której zarządca będący reprezentantem myśli Zachodu w końcu wymógł na mieście przystanek i przejście na poziomie gruntu, ku złości wielu kierowców i inżynierów ruchu. Najsłabsi z najsłabszych, niepełnosprawni, nie mają żadnych praw - nawet prawa do wyjścia z domu. Nie mają prawa dostępu do wielu miejsc, w tym niemal wszystkich przejść podziemnych czy łódzkich dworców. Nie mają prawa przekroczyć ulicy, która często staje się dla nich rzeką, nad którą przerzucono nieliczne mosty. Mosty nieraz od siebie odległe o kilometr. O tym, kto ma władzę można się przekonać codziennie na ulicy. Kierowca ma prawo dojechać wszędzie i nikt nie może mu w tym przeszkadzać. Dojście kilkuset metrów jest niedopuszczalne, a w razie czego niewygodny przepis zabraniający parkowania można znieść, jak to się stało na pl. Dąbrowskiego. Tymczasem temu samemu kierowcy i inżynierowi drogownictwa nie przeszkadza, że słaby parias, jakim jest starszy człowiek, musi dochodzić do przystanku nieraz i kilometr. Dosadnie widać to w dyskusji o ulicy Piotrkowskiej. Wedle władców miasta Piotrkowska umiera, bo nie można na niej zaparkować - problemem jest przejście kilkuset metrów od najbliższej przecznicy. Jednocześnie na Piotrkowskiej nie trzeba komunikacji miejskiej, bo ta jest na Kościuszki, Zachodniej i Sienkiewicza - a są takie miejsca na Piotrkowskiej, z których do najbliższego przystanku jest pół kilometra (okolice pasażu Rubinsteina). Stąd wniosek - kierowca ma za daleko, ale wysportowana staruszka da radę. Powszechne wśród kierowców są również głosy, że przystanki na trasie ŁTR są rozmieszczone zbyt gęsto i że powodują zagrożenie - bo piesi mogą wtargnąć na ulicę. Kierowca jest władcą miasta wtedy i tylko wtedy, kiedy siedzi w swoim samochodzie. Doskonale wie, że gdy opuści swe bezpieczne schronienie, staje się nikim, pariasem, jednym z pieszych. Wie, że nie ma żadnych praw i każdy może go bezpiecznie zepchnąć pod mur - samochodem zastawiającym chodnik, samochodem trąbiącym na niego żeby szybciej szedł po pasach bo samochód ma zieloną strzałkę, samochodem z piskiem opon wymijającym go na przejściu, bo innemu władcy się spieszy. Dlatego każdorazowe opuszczenie bezpiecznego schronienia wiąże się ze stresem i istnieje podświadoma konieczność możliwego opóźnienia tej przykrej konieczności. Stąd strach przed zaparkowaniem kilkaset metrów od celu podróży, racjonalizowany na wszelkie możliwe sposoby. Stąd ciągłe płacze, że przecież musiałem zaparkować tuż pod bramą i nieważne, że chodnik, że trawnik, że przystanek, że torowisko tramwajowe. Musiałem, bo jestem przerażony. Swój strach przekazuję także swoim dzieciom, które muszę zawieźć do przedszkola, szkoły, na zajęcia pozalekcyjne, do koleżanki, do babci - przecież nie wypuszczę swojego największego skarbu na ten zły świat, gdzie ktoś je może napaść albo rozjechać. Nawet jeśli do szkoły od domu jest kilkaset metrów, bohaterski rodzic podwiezie swoje dziecko pod sam próg - a że przy okazji zablokuje chodnik, to nieważne. Prawo własnego dziecka do bezpieczeństwa jest prawem najważniejszym. Władca miasta, jak każda elita, potrzebuje swojego etosu, podręcznego zestawu mitów, za pomocą których podnosi swoje ego i za pomocą których wyróżnia się z tłumu pariasów. Stąd przekonanie, że to kierowcy utrzymują państwo - ze swoich podatków, bo plebs z definicji ich nie płaci - przecież to emeryci, bezrobotni, dzieci i matki na wychowawczym, a w najlepszym wypadku studenci-darmozjady. A skoro utrzymują, to im się należy - i koło się zamyka. Innym mitem jest to, że samochodem jest zawsze szybciej - mitem boleśnie niezgodnym z coraz bardziej zakorkowaną rzeczywistością. Pod tymi mitami kryje się strach - przed utratą pozycji, znaczenia, koniecznością powrotu pomiędzy plebs, z którego się wyszło i którym się gardzi. Zresztą zgodnie z etosem Wschodu każdy, kto nie jest swój, jest wrogiem, więc dlaczego władca miałby zaufać komuś obcemu? Pomysł, że jeden człowiek może pomóc bezinteresownie drugiemu jest człowiekowi Wschodu obcy. Łódź jest miastem Wschodu. Jest częścią rozległej cywilizacji, która rozciąga się od Odry po Władywostok. Wschód jest stanem umysłu i nawet najświatlejsze i najlepsze pomysły nie mają szansy się tu przebić bez zmiany mentalnej. Czowiek Wschodu może zgolić brodę i wąsy, może ubrać się wedle najnowszych kanonów mody, może spryskać się najnowszym zapachem Armaniego, ale wewnątrz będzie wciąż sobą. Człowieka Wschodu można administracyjnie zmusić, sterroryzować, postawić pod ścianą, ale to nic nie da - jeszcze bardziej okopie się w swoich przekonaniach. Co najwyżej nauczy się, że pewnych rzeczy nie wypada powiedzieć głośno - ale nic poza tym. Jedyne, w czym można pokładać nadzieję, to zmiana pokoleniowa. Zmiana w młodych umysłach, które poznały kulturę Zachodu i potrafiły przetworzyć ją na własne wschodnie potrzeby. Które tęsknią do Zachodu i jego normalności. I które dochodzą do głosu - siłą swoich przekonań, zdeterminowania... i portfeli. Młodzi, wykształceni, niekoniecznie z wielkich miast. Pokolenie demograficznego wyżu lat 80tych. Pierwsze pokolenie, o którym można powiedzieć, że w swojej masie choć trochę przypomina Ludzi Zachodu. sobota, 12 lutego 2011, gothmucha
TrackBack
Komentarze
zetzero
2011/02/12 18:01:13
trochę jest w nas także takiej napompowanej ambicjami latynoskiej "pokazówy"; cały ten tani blichtr, cienko kładziona na plastiku złota farba
2011/02/12 21:23:15
No nareszcie (bo trochę mnie zmęczyłeś dwoma poprzednimi wpisami)! Świetna diagnoza. Do tej pory nie przekonywały mnie wymyślane kategorie ogólne, pod które podciąga się rzeczywistość, a tutaj - bardzo celnie.
Cieszę się też z nadziei pokładanej w swoim (a więc chyba też w moim, nie) pokoleniu. Z którą się zresztą nie zgadzam, ale nie chcę mącić Twojej wiary. Miałem Ciebie za do cna otrzeźwiałego realistę, a tutaj taka wiara w ludzi. To pocieszające.
Gość: Ezechiel, host-81-190-47-239.lodz.mm.pl
2011/02/13 10:26:48
Podzielam Twoją opinię, nie podzielam optymizmu.
Zwróć uwagę na to, że priorytet samochodu jest samospełniającą się przepowiednią. "Nie wsiądę do autobusu, bo ten jest brudniejszy i wolniejszy. Nie trzeba go finansować, bo nim nie jeżdżę". Łódzka KM jest tak kiepskim stanie, że poważnie rozważam przesiadkę na rower i samochód. Dość mam czekania na zaginione tramwaje. Łódź, pod względem kultury administracji jest jakieś pięć lat za innymi miastami Polski. Jeśli Kraków lub Gdańsk dopiero niedawno odkryły istotność KM, to Łódź załapie to w okolicach 2016 roku. "Renta zacofania" nie pomaga w zmniejszaniu dystansu cywilizacyjnego, bo problemy są zbyt skomplikowane. Mieszkańcy Łodzi widzą te dysproporcje i głosują nogami. Mam w Łodzi niezłą pracę, ale marna jakość miasta skłania mnie do myśli o przeprowadzce. Mała ilość żłobków, cięcia w finansowaniu edukacji i PR kulturalno-kreatywny działają odstraszająco. 2011/02/15 12:57:59
@wicka - może po prostu chciałem zabrzmieć pozytywniej na sam koniec ;-) ale na serio - kiedy to pisałem, to byłem świeżo po spotkaniu z Kubą Zasiną, miałem też w tyle głowy kilka równie fajnych osób z jego otoczenia i pokolenia i nie mogłem im tego nie oddać. jeśli już miałbym w coś wierzyć, to właśnie w takich ludzi jak oni.
@Ezechiel - najgorsze w tym bałaganie jest to, że to jest kwestia kilku decyzji administracyjnych podjętych na najwyższym szczeblu. A bujamy się z tym co najmniej od jońskich komisji w lutym/marcu zeszłego roku i na razie nic nie wskazuje na chęć zmian. Tak się głupio złożyło, że w połowie zeszłego roku zaangażowałem się w akcję AutoStać i teraz ze smutkiem obserwuję, że coraz częściej do pracy dojeżdżam samochodem, bo tramwaje zwyczajnie przestały jeździć z powodu odblokowania dla samochodów ul. Zielonej. Niestety w UMŁ jest wielkie parcie na brak zmian, a politykę urbanistyczną miasta kształtują ludzie, dla których wielopasmowa ulica to szczyt marzeń o mieście - i tak się to kończy niestety. 2011/02/15 23:19:22
Mam wielki szacunek dla Kuby za jego aktywność i oddanie. Ale przeciwnik jest potężny i wiem że będzie niełatwo Kubie i ludziom z jego otoczenia się z nim zmierzyć. Poza tym, rozmawiamy o drobnym odprysku, a nie o ogólnej masie. Masa codziennie przechodzi pod moim balkonem i wśród tych zakapturzonych oraz zmotoryzowanych nie zauważam forpoczty czegoś świeżego.
|
|