Blog > Komentarze do wpisu
Nie przypiąłem kotylionu

Majówka powoli się przetoczyła. 1 maja, 2 maja, 3 maja. Każdy z tych dni inny, każdy obcy i nie mój. 1 maja, w cieniu SLDowskiego pochodu i kapeckiej jednodniówki, ale tak naprawdę trafnie i zgryźliwie podsumowany tym obrazkiem:

Tak, wiem, powinienem był iść i zamanifestować, ale jakoś nie potrafiłem przemóc niechęci do partyjnego festynu z kiełbasą, grillem i trzecim garniturem działaczy. Nie poszedłem też sadzić kwiatków, choć może powinienem, ale jak sami pamiętacie, ogłosiłem przecież strajk.

Drugi maja, święto flagi. Pabianice, hipermarket Kaufland, wczesny ranek. Wlewają się i wylewają z hali potoki ludzi spragnionych możliwości zrobienia zakupów, wyposzczonych przez przymusowy przestój handlu wielkopowierzchniowego. Małe sklepiki nie podołały, bo już ich praktycznie nie ma, a jeśli są, to są to sieciowe przyczółki, prowadzone przez zgonionych ajentów ledwo łączących koniec z końcem. W środku hali zaś dziesiątki pracowników ledwo nadążających z rozładowaniem palet i wykładaniem błyskawicznie znikających towarów pierwszej potrzeby. Ilu z nich czuje, że to także ich święto?

Przed halą grupka harcerzy, wciskających ludziom biało-czerwone wstążeczki. Ludzie odruchowo biorą, w końcu nauczono nas, że jak dają, to należy brać. W środku jednak nie widać, by ktokolwiek te wstążeczki przypiął, najczęściej, jak moja, machinalnie trafiły do kieszeni, przypominając czasem o sobie oskarżycielskim ukłuciem szpilką. 

W tle gdzieś się jak zwykle przebija dyskusja o tym, że Polacy nie potrafią świętować, że nie wiemy, jak ma wyglądać nasz partiotyzm, zamknięty gdzieś pomiędzy trumnami Smoleńska i Papieża a ledwo już tylko podrygującymi narodowymi kliszami i kalkami wtłoczonymi do głów na szkolnych akademiach. Nie pomogą tu armatnie salwy i wojskowe parady, różowe baloniki ani czekoladowe orły. To po prostu nie jest nasze, to jest ich, szlacheckie, dworskie. My, ze wsi, mamy tylko pustkę.

W końcu trzeci maja, dwieście któraś rocznica wydarzenia, które ponoć przynieść miało wolność moim przodkom, ale nie przyniosło, bo przecież było tylko jeszcze jedną ruchawką tych na górze, o której nawet nie usłyszeli. W tym kontekście biało-niebieska flaga maryjna jest bliższa, bo przecież maj to miesiąc Maryi i nie dziwi wcale, że jeśli tylko wychynie się za obszar wielkomiejski, to jest ona równie często spotykana co ta biało-czerwona, a zdarzają się i takie miejsca, gdzie występuje solowo. Nic dziwnego - wieki niewoli nauczyły, że szybciej pomocy udzieli niewidzialna Pani z nieba niż ludzie a co dzień dekorujący się narodowymi barwami.

Nie czuję się odbiorcą żadnego z tych świąt. Żadna z proponowanych mi narracji nie trafia do mojego serca, żadna nie uderza w czulszą strunę. Czuję się pusty, wykorzeniony i wyprany z własnej tradycji, zniszczonej i zapomnianej przez wieki narodowego kłamstwa wmawiającego mi, że mam cokolwiek wspólnego z dworem. Nie, nie mam. Ale to, co moje, zdążyło umrzeć w trakcie i żadne heroiczne próby ożywienia tego przez straceńców w typie RUTY nie pomogą. Zostaje, tak jak napisał mądrze fronesis, tylko pustka i wrzask przestrzeni.

sobota, 04 maja 2013, gothmucha
Tagi: 1 maja

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: