Blog > Komentarze do wpisu
Gdzie jest polska lewica?

Gdzie jest polska lewica? – pyta redaktorka łódzkiego dodatku do Gazety Wyborczej. Pytanie zdałoby się retoryczne, ale jednak nie. Bo Estera Flieger odpowiada sobie na nie natychmiast – na Facebooku.

ikon


Nie umiem się z tym zgodzić. Ledwie zdążył upłynąć miesiąc od wielkich obchodów 111 rocznicy wybuchu Powstania Łódzkiego, będącego częścią szerszych wydarzeń, znanych jako Rewolucja 1905 roku. Obchody te przyciągnęły kilkaset osób, które przeszły w marszu ulicą Piotrkowską i w jej podwórkach obserwowało zainscenizowane przez aktorów scenki z epoki. Tłumy łodzian miały szansę dotknąć historii swojego miasta i to nie pierwszy raz. Tegoroczne obchody nie były przecież pierwszymi, impreza organizowana jest od kilku lat i stoją za nią te same osoby z łódzkiego Klubu Krytyki Politycznej, uhonorowanego zresztą w tym roku odznaką za zasługi dla miasta Łodzi.
Ale to nie jedyne miejsce, gdzie jest lewica. Czy znacie państwo inicjatywę „Food not bombs”? Jeśli nie, spieszę z wyjaśnieniem. Aktywiści i aktywistki przygotowują jedzenie, które za darmo rozdają osobom potrzebującym. Utrzymują się przede wszystkim z własnych środków, inwestując własny czas i własne pieniądze. Ktoś gotuje, ktoś zdobywa jedzenie, ktoś rozdaje ulotki informujące potrzebujących o tym, gdzie i kiedy można zjeść ciepły posiłek. I tak od wielu lat, bez przerwy, czy to latem, czy zimą, gdy gorąca zupa ratuje życie.
Gdzie jeszcze można znaleźć lewicę? W więzieniach. Tak, proszę państwa. W więzieniu siedzi Łukasz Bukowski, poznański poeta i działacz lokatorski. Siedzi w więzieniu, bo blokował eksmisję staruszki na bruk. W innym więzieniu siedział Piotr Ikonowicz, niezmordowany szef Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, która jest ostatnią deską ratunku dla osób, które czyściciele kamienic wyrzucają z mieszkań. Ten sam Piotr Ikonowicz blokował ze współpracownikami eksmisję matki z dziećmi na ul. Orlej w Łodzi i on jeden nie bał się wejść do gabinetu wiceprezydenta odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową w Łodzi, żądając wyjaśnień i odwołania eksmisji. Kiedy ostatnio widziałem Piotra, nie miał siedział w Starbuksie nad sojową latte, ale w niewielkim zagrzybionym pomieszczeniu w piwnicy na warszawskiej Pradze. Siedział tam i zastanawiał się z żoną, skąd wziąć pieniądze na czynsz i skąd wziąć więcej czasu, żeby wysłuchać i pomóc wszystkim potrzebującym.
Ale miało być o lewicy. Gdzież ona? Ostatnio widziałem ją w radzie miejskiej, gdzie doprowadziła do tego, że miasto Łódź współfinansuje program in vitro dla wszystkich rodzin borykających się z niepłodnością. Widziałem ją w urzędzie miasta, gdzie opracowano najnowocześniejszą w Polsce politykę społeczną, która po raz pierwszy w kraju mówi, że edukacja, zdrowie, kultura czy mieszkalnictwo dotyczą nas wszystkich, a nie tylko 15% mieszkańców korzystających z pomocy społecznej. I że dlatego trzeba tym dziedzinom poświęcić znacznie więcej uwagi niż dotychczas.
Widziałem też łódzką lewicę na ulicach – wśród streetworkerów pracujących z osobami bezdomnymi, w świetlicach dla dzieciaków z trudnych rodzin, gdzie robiona jest ogromna praca, żeby dzieciaki z enklaw biedy nie podzieliły losów rodziców i starszego rodzeństwa. Widziałem łódzką lewicę w szkołach, gdzie uczy nastolatki, jak zapobiegać niechcianym ciążom i czym jest szacunek dla drugiego człowieka. Widziałem łódzką lewicę, jak pomaga w Centrum Praw Kobiet kobietom, które uciekły przed przemocą mężów i konkubentów. Widziałem łódzką lewicę, kiedy stawała w obronie sprzątaczek zatrudnionych na śmieciówki na uniwersytetach i w innych publicznych instytucjach.
Być może jest nas mało i jesteśmy nieliczni, ale robimy robotę u podstaw. Robotę mało widoczną, niewdzięczną, której owoce być może zbiorą nasze dzieci. Daleko nam do stereotypowego hipstera w czapeczce na ostrym kole, który nad sojowym latte czyta Lacana. Jeśli miałbym powiedzieć, jak wygląda typowa łódzka przedstawicielka lewicy, to byłaby to kobieta po trzydziestce, biegnąca z jednej śmieciowej pracy do drugiej, pracująca zdecydowanie ponad kodeksowe 40 godzin w tygodniu. Kobieta samotnie wychowująca dziecko, a mimo to znajdująca czas, żeby stać na zimnie i rozdawać jedzenie ubogim, albo ślęczeć do późna w noc nad kolejnym konspektem na zajęcia dodatkowe dla dzieciaków ze świetlicy podwórkowej. Być może to mało dla redaktorki poczytnej liberalnej gazety, ale nic na to nie poradzimy. Nasze miasto nas potrzebuje.

poniedziałek, 01 sierpnia 2016, gothmucha

Polecane wpisy

  • Trzy i pół tysiąca

    Kiedy szedłem na demonstrację, zastanawiałem się, ile nas będzie. Sto? Dwieście? Trzysta? Pięćset? Może tysiąc? Każda z tych liczb oznaczała przekroczenie jakie

  • Ciesz się że jeszcze żyjesz lewacki debilu

    Komentarz powyższej treści znalazłem na swoim blogu pod notką po kolejnym zdemolowaniu Warszawy w Święto Niepodległości. Osoba pisząca go z serwerów Politechni

  • W poszukiwaniu lewicowego think tanku

    Mam duży problem z ostatnią notką Wojtka Orlińskiego. Z jednej strony bardzo mi się podoba opisanie mechanizmu, który wyjaśnia ciągłą obecność w mediach eksper

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: