poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Gdzie jest polska lewica?

Gdzie jest polska lewica? – pyta redaktorka łódzkiego dodatku do Gazety Wyborczej. Pytanie zdałoby się retoryczne, ale jednak nie. Bo Estera Flieger odpowiada sobie na nie natychmiast – na Facebooku.

ikon


Nie umiem się z tym zgodzić. Ledwie zdążył upłynąć miesiąc od wielkich obchodów 111 rocznicy wybuchu Powstania Łódzkiego, będącego częścią szerszych wydarzeń, znanych jako Rewolucja 1905 roku. Obchody te przyciągnęły kilkaset osób, które przeszły w marszu ulicą Piotrkowską i w jej podwórkach obserwowało zainscenizowane przez aktorów scenki z epoki. Tłumy łodzian miały szansę dotknąć historii swojego miasta i to nie pierwszy raz. Tegoroczne obchody nie były przecież pierwszymi, impreza organizowana jest od kilku lat i stoją za nią te same osoby z łódzkiego Klubu Krytyki Politycznej, uhonorowanego zresztą w tym roku odznaką za zasługi dla miasta Łodzi.
Ale to nie jedyne miejsce, gdzie jest lewica. Czy znacie państwo inicjatywę „Food not bombs”? Jeśli nie, spieszę z wyjaśnieniem. Aktywiści i aktywistki przygotowują jedzenie, które za darmo rozdają osobom potrzebującym. Utrzymują się przede wszystkim z własnych środków, inwestując własny czas i własne pieniądze. Ktoś gotuje, ktoś zdobywa jedzenie, ktoś rozdaje ulotki informujące potrzebujących o tym, gdzie i kiedy można zjeść ciepły posiłek. I tak od wielu lat, bez przerwy, czy to latem, czy zimą, gdy gorąca zupa ratuje życie.
Gdzie jeszcze można znaleźć lewicę? W więzieniach. Tak, proszę państwa. W więzieniu siedzi Łukasz Bukowski, poznański poeta i działacz lokatorski. Siedzi w więzieniu, bo blokował eksmisję staruszki na bruk. W innym więzieniu siedział Piotr Ikonowicz, niezmordowany szef Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, która jest ostatnią deską ratunku dla osób, które czyściciele kamienic wyrzucają z mieszkań. Ten sam Piotr Ikonowicz blokował ze współpracownikami eksmisję matki z dziećmi na ul. Orlej w Łodzi i on jeden nie bał się wejść do gabinetu wiceprezydenta odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową w Łodzi, żądając wyjaśnień i odwołania eksmisji. Kiedy ostatnio widziałem Piotra, nie miał siedział w Starbuksie nad sojową latte, ale w niewielkim zagrzybionym pomieszczeniu w piwnicy na warszawskiej Pradze. Siedział tam i zastanawiał się z żoną, skąd wziąć pieniądze na czynsz i skąd wziąć więcej czasu, żeby wysłuchać i pomóc wszystkim potrzebującym.
Ale miało być o lewicy. Gdzież ona? Ostatnio widziałem ją w radzie miejskiej, gdzie doprowadziła do tego, że miasto Łódź współfinansuje program in vitro dla wszystkich rodzin borykających się z niepłodnością. Widziałem ją w urzędzie miasta, gdzie opracowano najnowocześniejszą w Polsce politykę społeczną, która po raz pierwszy w kraju mówi, że edukacja, zdrowie, kultura czy mieszkalnictwo dotyczą nas wszystkich, a nie tylko 15% mieszkańców korzystających z pomocy społecznej. I że dlatego trzeba tym dziedzinom poświęcić znacznie więcej uwagi niż dotychczas.
Widziałem też łódzką lewicę na ulicach – wśród streetworkerów pracujących z osobami bezdomnymi, w świetlicach dla dzieciaków z trudnych rodzin, gdzie robiona jest ogromna praca, żeby dzieciaki z enklaw biedy nie podzieliły losów rodziców i starszego rodzeństwa. Widziałem łódzką lewicę w szkołach, gdzie uczy nastolatki, jak zapobiegać niechcianym ciążom i czym jest szacunek dla drugiego człowieka. Widziałem łódzką lewicę, jak pomaga w Centrum Praw Kobiet kobietom, które uciekły przed przemocą mężów i konkubentów. Widziałem łódzką lewicę, kiedy stawała w obronie sprzątaczek zatrudnionych na śmieciówki na uniwersytetach i w innych publicznych instytucjach.
Być może jest nas mało i jesteśmy nieliczni, ale robimy robotę u podstaw. Robotę mało widoczną, niewdzięczną, której owoce być może zbiorą nasze dzieci. Daleko nam do stereotypowego hipstera w czapeczce na ostrym kole, który nad sojowym latte czyta Lacana. Jeśli miałbym powiedzieć, jak wygląda typowa łódzka przedstawicielka lewicy, to byłaby to kobieta po trzydziestce, biegnąca z jednej śmieciowej pracy do drugiej, pracująca zdecydowanie ponad kodeksowe 40 godzin w tygodniu. Kobieta samotnie wychowująca dziecko, a mimo to znajdująca czas, żeby stać na zimnie i rozdawać jedzenie ubogim, albo ślęczeć do późna w noc nad kolejnym konspektem na zajęcia dodatkowe dla dzieciaków ze świetlicy podwórkowej. Być może to mało dla redaktorki poczytnej liberalnej gazety, ale nic na to nie poradzimy. Nasze miasto nas potrzebuje.

23:02, gothmucha , versus
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 czerwca 2016
Glad to see you go

A więc Brytania wyszła. Powinienem się tym martwić, bo tym krokiem Zjednoczone Królestwo nie tylko stworzyło niebezpieczny precedens w samej UE, ale też zapewne zrobiło wielki krok naprzód, żeby przestać być Zjednoczonym Królestwem. Ale na razie skupiam się na obserwowaniu reakcji na te wydarzenia, w tym też swojej własnej.

A te reakcje są naprawdę przeróżne. Sam poczułem ulgę - jeśli porównać Unię do zjazdu rodzinnego, to wreszcie trzasnęła drzwiami bogata niesympatyczna ciotka Hiacynta znana głównie z tego, że jeśli już dawała prezenty dzieciom, to raczej te najtańsze i że wszystko jej się nie podobało - od koloru ścian poprzez dania na stole, na doborze kwiatów w wazonie kończąc. Mam wrażenie, że chociaż niektórym osobom jest trochę przykro, szczególnie kuzynowi Waldkowi, który dorabiał do kieszonkowego myjąc okna i ścinając trawnik u ciotki Hiacynty, to jednak większość biesiadników odetchnęła z ulgą i teraz będzie mniej lub bardziej skrycie przedrzeźniać ją i wyśmiewać.

Ale bynajmniej nie angielskie wyjście starej ciotki oczywiście ucieszyło nie tylko niektórych z nas. Mogę się założyć, że korki wystrzeliły na Kremlu, a i w Pekinie pewnie przyjęto tę decyzję z lekkim niedowierzaniem, że ten mały półwysep gdzieś na zachodzie znowu zwariował i sam sobie strzelił w stopę. W Ameryce prezydent Trump też pewnie nie zapłakał, bo doskonale wie, że teraz ciotka będzie mu jeszcze bardziej powolna.

putin

Proces wychodzenia Brytanii z Unii potrwa pewnie jeszcze kilka lat, podczas których będziemy się wykłócać o rodowe srebra i zaległe zobowiązania. Kłótnia będzie eskalować, bo nowy premier Brytanii, kimkolwiek by nie był, będzie miał za plecami nacjonalistów z UKIP, a jego przeciwnicy z Paryża i Berlina swoich własnych eurosceptyków, z Marine Le Pen na czele. Zapewne tymi, którzy oberwą po głowie najwięcej będą nasi współziomkowie, których przez ostatnią dekadę uzbierało się na Wyspie około miliona i liczebnością udało się im prześcignąć Hindusów. A ich rola, wbrew pozorom i temu, co się im wydaje, była kluczowa.

Jako zdeklarowany lewak nie mogę nie widzieć pewnej bardzo prostej zależności. Najwięcej głosów za wyjściem padło tam, gdzie kiedyś, ponad 30 lat temu Żelazna Maggie, do której wszyscy tak w Polsce wzdychamy, złamała górnicze protesty. To właśnie tam, od Yorkshire poczynając, a na zagłębiach Walii kończąc, eurosceptycyzm jest najsilniejszy. Nie dlatego, że ci ludzie urodzili się angielskimi nacjonalistami, ale dlatego, że pamiętają, że ich ojcowie i dziadkowie żyli na pewnym, może nie najwyższym, ale poziomie i czerpali ze swego zajęcia dumę. Ich synowie i wnukowie nie mają niczego takiego - mogą co najwyżej zatrudnić się w magazynach, czy nisko opłacanych pracach, które nie niosą za sobą żadnego poważania w społeczeństwie. Ale nawet tam, od dekady, są wygryzani przez sprawnych migrantów ekonomicznych z Europy Wschodniej, którzy godzą się pracować za uwłaczające godności stawki i którym nie zależy na społecznym poważaniu. Frustracja rośnie, napędzana poczuciem niższości wobec własnych przodków i poczuciem bezsilności wobec obecnej sytuacji. Klasowa analiza całej sytuacji jasno pokazuje, że sytuacja dojrzewała do wybuchu od lat, szczególnie że kolejne rządy zamiast spróbować podnieść standard życia przeciętnego Johna Smitha zamiast dać mu lepsze warunki pracy dawały mu głównie angielski nacjonalizm i rojenia o Brytanii, która znów będzie samodzielnie rządzić falami, podlewane codziennymi doniesieniami Daily Mail o tym, jak to źli imigranci ukradli mu pracę i godność. I John Smith istotnie uwierzył, że kiedy znikną Kowalski z Brazauskasem, to i jemu się polepszy - i faktycznie tak się może stać, bo pracodawcy zmuszeni brakiem dopływu świeżej krwi roboczej być może istotnie będą musieli te stawki podnieść.

Chcąc muzycznie zakończyć ten niewesoły wpis, polecam posłuchać sobie w całości płyty Spokojnie Kultu. I chociaż Arahja może w tej sytuacji zabrzmieć naprawdę profetycznie, a Jeźdźcy zmrożą krew w żyłach, to jednak wieńczące płytę Wstać! pozostawia jeszcze jakąś nadzieję.

11:16, gothmucha , versus
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2016
Trudno nie wierzyć w nic



 

Look up here, I’m in heaven
I’ve got scars that can’t be seen
I’ve got drama, can’t be stolen
Everybody knows me now

Look up here, man, I’m in danger
I’ve got nothing left to lose
I’m so high it makes my brain whirl
Dropped my cell phone down below

Kiedy szedłem dzisiaj tamą nad Łomianką w Karpaczu, ogarnął mnie ten sam lęk, co zawsze, gdy przebywam w otwartym miejscu. Mam obawę, że nagle, nie wiedzieć czemu, zrobię coś dziwnego, niemądrego, głupiego, takiego jak na przykład rzucenie telefonu przez otwarte okno jadącego pociągu. Albo w dół tamy, z zimny i wartki nurt potoku. Stałem na koronie tamy, zahipnotyzowany wysokością i płynącą pode mną wodą. Słowa zaczęły płynąć w mojej głowie same [I'm so high it makes my brain whirl], telefon powoli zaczął wysuwać mi się z ręki [Dropped my cell phone down below]... Cofnąłem się, a w głowie wybrzmiewały kolejne słowa i nuty.

Kilka godzin później, po skończonych warsztatach, które prowadziłem, ruszyliśmy zobaczyć kościół Wang. Ja, zmęczony, zdeprywowany po 3 godzinach snu i kilkunastu godzinach na nogach, wciąż z Lazarusem Bowiego w głowie.  Szedłem, pozwalając wypełnić się muzyce, pozwalając jej na wyciszenie wszystkich myśli, które miałem w głowie. Szedłem, szukając świątyni i znajdując ją - niewielką, piękną, otoczoną starannie utrzymanym skwerkiem z fontanną. Okalające ją krzewy kwitły na biało, ale ja przysiadłem tylko na chwilę w ich długim cieniu. Wstałem i okrążając kościół dotarłem na skraj malutkiego cmentarza, a potem wzdłuż starannie wysypanej żwirem ścieżki doszedłem do kolejnej fontanny, będącej pomnikiem dawno zmarłej hrabiny von Reden. Tam usiadłem na dłużej, przyglądając się odbijającym światło monetom odcinającym się jasno od miękko zielonego dna kamiennej cembrowiny.

Kolumny fontanny były tak delikatnie gładkie...

Nieco dalej, wciąż z tą samą muzyką wypełniającą moją głowę, stanąłem z nim oko w oko. W niewielkiej niszy, wyrzeźbiony w drewnie, w cieniu wielkiego, rozdrzewionego przez dziesięciolecia bluszczy, siedział on. Jak głosiła dwujęzyczna tablica obok - Łazarz. Lazarus.

Uśmiechnąłem się i zszedłem drogą prowadzącą w dół. Trzy dni to naprawdę niewiele, zaczekam.




czwartek, 05 maja 2016
Spalić wiedźmę

Abandon all reason
Avoid all eye contact
Do not react

Choć powstała co najmniej 10 lat temu i choć śladów jej tekstu można się doszukać w enigmatycznych wiadomościach na okładce Hail to the Thief, to dopiero teraz ta piosenka ma swój moment. Gdy wtedy myśleliśmy, że świat zwariował, dekadę później już wiemy, jak bardzo było wtedy "normalnie" i jak dziwnie i niebezpiecznie zrobiło się teraz.

Dobrze, że wracają, brakowało mi soundtracku do tych dziwnych czasów.

 

poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Trzy i pół tysiąca

abo1

Kiedy szedłem na demonstrację, zastanawiałem się, ile nas będzie. Sto? Dwieście? Trzysta? Pięćset? Może tysiąc? Każda z tych liczb oznaczała przekroczenie jakiejś mentalnej bariery. Dwieście do trzystu uczestniczek potrafiła zgromadzić manifa. Pięćset to pułap większych demonstracji, które mieliśmy w Łodzi. Tysiąc i więcej to już Masa Krytyczna, która w największych momentach potrafiła przyciągnąć ponad dwa tysiące rowerzystek i rowerzystów.

Po cichu liczyłem, że będzie nas dwieście do trzystu osób, choć bałem się, że przyjdzie pięćdziesiąt. Niedziela, pora obiadowa, zaraz po maratonie, w dodatku zaczynająca się w dziwnie z powodu tego właśnie maratonu umiejscowionej lokalizacji. A jednak. Kiedy dotarłem pod scenę piętnaście minut przed godziną zero, na oko było nas już kilkaset. Kiedy zaczęły się przemówienia, było jasne, że jest nas już prawie tysiąc, a ciągle dochodziły kolejne i kolejne osoby. Gdy zaczynało się ostatnie przemówienie, wypełniliśmy szczelnie całą szeroką w tamtym miejscu Aleję Kościuszki od ściany do ściany.

A potem ruszyliśmy. Najpierw Radwańską, potem Piotrkowską. Gdy zatrzymaliśmy się przy Żwirki, odwróciłem się i zobaczyłem, że tłum z Radwańskiej cały czas skręca. Wtedy już wiedziałem, że biorę udział w czymś naprawdę WIELKIM.

Ale zanim o samym przejściu, wypada wrócić do przemówień. Nie umiem powiedzieć, które zrobiło na mnie większe wrażenie. Czy to rozpoczynające, gdy przywołano Marię Kaczyńską i to, że potrafiła stanąć w obronie kobiet, w zamian za co doczekała się wiadra pomyj i stwierdzenia, że jest czarownicą? Tak, wszyscy jesteśmy czarownicami. Czy może to przemówienie, w którym odczytano list organizacji Catholics for Choice mówiące o tym, że fundamentem wiary katolickiej jest ludzka godność i wolność sumienia, a także empatia i wsparcie dla uciśnionych, a uciśnionymi są właśnie kobiety? Czy może przemówienie działaczki LGBT, która w krótkich słowach powiedziała, że jesteśmy tu wszystkie razem i że razem za sobą stoimy, niezależnie od tego, kim jesteśmy i jakie mamy wyznanie, orientację seksualną czy poglądy? To był naprawdę silny początek, choć może i nieco przydługi. Ale rozumiem organizatorki, bo naprawdę, przy tej ilości tak ważnej treści nie było czego ucinać i wyrzucać z programu.

A więc szliśmy. Powoli, bo wśród nas były różne osoby. Widziałem starszego pana idącego o lasce, widziałem starsze panie z pieskami, widziałem młodego chłopaka bez nóg, który jechał na deskorolce (a tak swoją drogą - jakie Ty masz usprawiedliwienie, żeby nie przyjść na demonstrację?). Widziałem mnóstwo twarzy, których nie widziałem nigdy wcześniej, nawet na demonstracjach KODu, które pełne są ludzi, którzy nie włączali się w tego typu protesty nigdy wcześniej. Byli z nami ludzie w niemal każdym wieku - z jednym smutnym wyjątkiem. Prawie nie było z nami ludzi naprawdę młodych, studentek, uczennic. Niestety, one i oni są gdzieś indziej, i to jest nasza własna wina. Tak, to właśnie to pokolenie, które wykształciło się po 1999, pokolenie, które miało dwie lekcje religii w tygodniu, ale tylko jedną geografii, historii czy biologii. To pokolenie, które najliczniej popiera całkowity zakaz aborcji, to pokolenie, które w szkole nauczono, że nie ma płodu, ale jest dziecko poczęte, że aborcja to nie zabieg medyczny, ale zabójstwo.

Szliśmy, a ja myślałem o wielu rzeczach. O tym, jak bardzo podziwiam sprawność organizatorek tej manifestacji. Kobiet z nieformalnej grupy Dziewuchy Dziewuchom, która istnieje ledwie dwa tygodnie i kobiet z łódzkiego KODu, który istnieje ledwie kilka miesięcy. O tym, że z tak dalekiej i zajętej swoimi sprawami Warszawy dojechały tylko pojedyncze osoby, w tym wspaniałe dziewczyny z Porozumienia Odzyskać Wybór, ale jakoś nie dojechał niemal nikt z tak licznych i tak głośno deklarujących wsparcie dla kobiecych praw organizacji i partii lewicowych, w tym mojej ulubionej Zielonej partii. O tym, że jedyną lewicą zainteresowaną marszem było łódzkie SLD i łódzka Inicjatywa dla Polski - na pewno o tym sobie przypomnę, gdy kolejny raz przeczytam, że SLD to nie lewica, a ta prawdziwa lewica niestety nie przyszła, mimo że miała zjazd całej partii akurat w Łodzi, bo w pocie czoła pracowała nad swoim statutem, o czym na pewno nie omieszka poinformować kolejnym memem na facebooku. Ale brutalnie mówiąc, nawet najlepszym statutem żadnej kobiety jeszcze nie uratowano.

Szliśmy, ramię w ramię, kobiety i mężczyźni, katoliczki, ateistki, buddystki i wyznawczynie latającego potwora spaghetti. Wyborczynie i wyborcy PO, Nowoczesnej, SLD, sympatyczki i sympatycy KODu. Przestałem liczyć, przestałem myśleć, ile nas było. Dopiero w domu przeczytałem, że ponad trzy i pół tysiąca. Trzy i pół tysiąca. Ktoś napisał, że to najwięcej od czasu słynnych strajków głodowych, od czasu zdesperowanych, zmęczonych, ale broniących swojej godności łódzkich włókniarek. Kobiet, które wychodziły na ulice dopiero w ostateczności i przed którymi drżała komunistyczna władza. Drżała, bo wiedziała, że żarty się skończyły i że z kobietami jeszcze nikt nie wygrał. Zobaczymy, czy obecna władza będzie umiała z tamtych lekcji wyciągnąć wnioski.

 

 

 

00:21, gothmucha , versus
Link Komentarze (10) »
wtorek, 12 kwietnia 2016
Where are we now?

Mój blog od samego początku był kroniką mojego zmagania się z Łodzią. Z byciem w tym trudnym mieście i z tym trudnym miastem. Wiele razy o tym pisałem, czasem z gniewem, czasem z rezygnacją. Marzyłem o chwili, kiedy wreszcie odejdę, kiedy się uwolnię. Bałem się tej chwili. A teraz ona chyba wreszcie niepostrzeżenie nadeszła.

Potrzebowałem zejść na samo dno, wejść do samej głębi. Praca w urzędzie była takim czasem, który pozwolił mi lepiej zrozumieć to, jak miasto działa i jakie mechanizmy sprawiają, że wygląda jak wygląda. Z tej perspektywy chyba nawet lepiej widać, jak okrutnym miejscem do życia jest Łódź i szerzej, Polska. A przynajmniej ta jej część, która niesie w sobie dziedzictwo wielu pokoleń w tym samym miejscu. Choć przecież i na ziemiach zachodnich znajdują się takie miejsca jak Nowa Sól.

I oto jestem, z powrotem na moim dąbrowskim blokowisku, po krótkim interludium w samym centrum miasta, tuż pod bokiem rozrastającego się imperium EC1. Tutaj jestem dostatecznie daleko, żeby nie musieć pamiętać o Łodzi i dostatecznie blisko, żeby wciąż czuć, że w niej jestem. Mimo to jest coś uderzającego w fakcie, że bliżej mi na dworzec, niż do centrum miasta.

Więc siedzę na walizkach, trochę u siebie, trochę nie u siebie, czekając na kolejny skok. Zawodowo wyszedłem z Łodzi zupełnie i nie mam tu czego więcej szukać. Pracę mam w połowie w Warszawie, a w połowie w Krakowie, ale na szczęście nikt ode mnie nie wymaga częstej bytności w biurze. Za to ja sam tęsknię za pracą w terenie, którą znalazłem sobie przede wszystkim na Górnym Śląsku, w którym chyba się dość mocno zakochałem. Przede mną trudne zadania tam, ale mało jest tak wdzięcznych miejsc, jak Rybnik, do którego chce mi się po prostu wracać. Polubiłem Katowice, z ich uładnionym w ludzki sposób centrum i nowym dworcem, który może i nie dorasta do pięt poprzedniemu, ale jest od niego o cały ocean przyjemniejszym miejscem do bycia. Przeżyłem też swoją pierwszą żałobę w Bytomiu, a jedynym, co mogłem zrobić, to puszczenie All the young dudes na cały regulator w nocy.

Nie mam pojęcia, dokąd mnie ta nowa droga doprowadzi. Ale nauczyłem się o sobie tego, że jestem skoczkiem, który zawsze stara się chwycić nową okazję i wskoczyć na odpływający właśnie okręt. Ten obecny zdaje się płynąć w szczęśliwe strony.

 

Tagi: Łódź
13:35, gothmucha , oddalenie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 marca 2016
Kocham - Lubię - Szanuję

Wiecie, jak dziś było? Ano było tak!

 

kochamlubieszanuje(fot. Stef Brajter)

A wiecie, co było w tym wszystkim najfajniejsze? Że to już nie muszę robić ja. Że jest całe mnóstwo pozytywnych, pracowitych ludzi, dzięki którym takie rzeczy się dzieją. Że potrafią się zebrać i zorganizować, ogarnąć, pozałatwiać wszystkie potrzebne pozwolenia i zezwolenia. Zebrać innych chętnych i nimi pokierować. I że dzięki temu taki stary piernik jak ja może sobie pobiegać i pomalować literki kredą na kostce, ale jeśli akurat by nie przyszedł, to zastąpił by go ktoś inny, równie dobrze albo i znacznie lepiej sobie z tym radzący.

Czuję się szczęśliwy :)

Ps - wszelkie wielkie podziękowania należą się (kolejność niealfabetyczna, przypadkowa ;): Justynie Tomaszewskiej (wszystko poszło super!), Magdzie Prasoł, Mariuszowi Wasilewskiemu (tak jest, panie kierowniku!), Elizie Gaust, Idzie Mickiewicz-Florczak, Hubertowi Barańskiemu (zdrowiej!), Hubertowi Kozerze i wszystkim pozostałym ludziom dobrej woli z Centrum Dialogu i nie tylko. Jesteście wielcy!

 

14:52, gothmucha , Łódź
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 marca 2016
Człowiek od literki Ź

Nie jest łatwo wrócić znowu do pisania notek. W końcu od wyruszenia w wielką Podróż do Góry Smoka i z powrotem minęły równo dwa lata i mogę się założyć, że po drodze ustawiło się już całkiem sporo osób chcących uszczknąć to i owo z norki nieobecnego hobbita. I na zdrowie, bo uważam, że należy się dzielić, a mnie od tego nie zbędzie.

Ale zanim spojrzę wprzód, chciałbym na chwilę usiąść w fotelu i zastanowić się, jak to się stało, że jestem właśnie tu, w tej norce, w pod tym pagórkiem i jak dorobiłem się miana powszechnie uznanego dziwaka. Bo przecież do pewnego momentu wszystko wskazywało na to, że będę bardzo normalnym i bardzo układnym młodym człowiekiem, który mniej więcej wiedział, co będzie robił przynajmniej do końca swojego życia.

Żeby się tego dowiedzieć, musimy cofnąć zegar o 10 lat. W pięknym roku 2006 postanowiłem wrócić z emigracji zarobkowej i powoli zaczynałem się rozglądać za miejscem dla siebie. Nie był to dobry czas - rynek pracy w Łodzi był nędzny, ja wciąż jeszcze chciałem skończyć studia, a w dodatku właśnie rozpadał mi się długoletni związek. Siłą rzeczy (i rosnącej depresji), a także tego, że jednak miałem nieco zaoszczędzonych pieniędzy, spędzałem dużo, za dużo czasu w internecie. A kiedy kupiłem już sobie na allegro wszystkie klocki lego, które zawsze chciałem mieć i przeczytałem wszystkie rzeczy, które chciałem przeczytać, zacząłem czytać komentarze na forach i, co gorsza, również je pisać.

W tym właśnie miejscu zauważył mnie niejaki Hubert Barański, który wtedy był znacznie młodszy, znacznie bardziej pryncypialny i znacznie mniej miły i z właściwą sobie gracją młodego ogra zaczepnie napisał mi, że może zamiast tyle gadać i wymądrzać się na wszystkie tematy wreszcie zrobiłbym coś konkretnego. Bo roboty jest huk, a, jak to ładnie napisał, postawa "no to weźmy się i zróbcie" powszechna. I wiecie co? Cholera, zrobiłem.

Tak właśnie poznałem Grupę Pewnych Osób, z Hubertem, Patrycją Wojtaszczyk, Kasią Mikołajczyk, Adamem Brajterem, Michałem Leszczyńskim i (nieco później, gdy już myśleliśmy nad założeniem Szacunku dla Łodzi), Ulą Niziołek-Janiak. To właśnie wtedy zacząłem powoli włączać się w różne mniejsze i większe akcje, które Grupa robiła, zwołując się wtedy jeszcze na forum gazety, a później na wewnętrznej grupie dyskusyjnej. To wreszcie wtedy dołączyłem do Stowarzyszenia Fabrykancka, w którym miałem organizować koncerty, a w rezultacie nie zrealizowałem ani jednego. Ale za to miałem i nadal mam możliwość robienia wielu, wielu innych, chyba znacznie ciekawszych spraw.

Jedną z akcji, w którą włączyła się powstała z wielu ludzi tworzących trzon GPO Fundacja Fenomen, była akcja promująca starania Łodzi o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Także i wtedy, samemu nie będąc w Fenomenie, jak zwykle włączyłem się, bo Hubert albo Kasia napisali, że jest taka fajna łódzka przewodniczka, Justyna Tomaszewska, która organizuje fajny event na Starym Rynku i potrzeba kogoś, kto ma sporo wolnego czasu i może pomóc w organizacji. To był już rok 2010, 19 marca. Dokładnie sześć lat temu.

W ten sposób zostałem facetem od litery Ź, bo okazało się, że akcja polega na ściągnięciu na rynek 50 wycieczek, które wcześniej chodziły z przewodnikami po całej Łodzi, rozdaniu uczestnikom i uczestniczkom kolorowych kartek w czterech kolorach i poproszeniu ich o ustawienie się w ściśle zaplanowany sposób, żeby stworzyli w ten sposób gigantyczne logo Łodzi, które z kolei miało zostać sfotografowane z wysięgnika.

Efekt wyglądał tak:

ESK2

1500 osób utworzyło kolorowe logo miasta, a mnie przypadł zaszczyt zadbania o to, żeby udałą się literka Ź. Niby nic, niby głupotka, a jednak człowiekowi robiło się zdecydowanie lepiej na duszy, że da się, że można, że ludzie chcą, jeśli tylko im stworzyć odpowiednie warunki. Właśnie tego nauczyłem się od Grupy Pewnych Osób, od Fundacji Fenomen, od Szacunku dla Łodzi. I właśnie tym się kieruję, robiąc rzeczy w Łodzi czy wszędzie tam, gdzie pojadę. Nauczyłem się, że trzeba być iskrą, która podpala i inicjuje, która daje siłę i nadzieję, że można, że potrafimy, że damy radę, nawet wtedy, gdy brak wiary w siebie i wszechogarniająca melancholia Polski centralnej.

Dziękuję Hubert. Gdyby nie Twoja wiadomość, nie mam pojęcia gdzie bym teraz był. Ale mogę się założyć o bardzo dużo pieniędzy, że nie byłoby to miejsce nawet w połowie tak ciekawe i ekscytujące, jak to, w którym teraz jestem.

 

 

 

czwartek, 17 marca 2016
Did you miss me?

didyoumissme

 

23:57, gothmucha
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 marca 2014
Następny krok

I regret to announce — this is The End. I am going now. I bid you all a very fond farewell.

Goodbye.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51