czwartek, 17 marca 2016
Did you miss me?

didyoumissme

 

23:57, gothmucha
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 marca 2014
Następny krok

I regret to announce — this is The End. I am going now. I bid you all a very fond farewell.

Goodbye.


poniedziałek, 10 marca 2014
Architektka na Ikacu

6.01.1914, Ilustrowany Kuryer Codzienny, dziennik wychodzący w Krakowie, w niepodległej Polsce główna część potężnego medialnego koncernu. Znienawidzony chociażby przez Tuwima (Ty, wypasiony na Ikacu), i każdego, komu niemiła była konserwatywna wizja świata lansowana przez jego redakcję. Mimo to żeńskie formy zawodowe miały w nim swoje miejsce, jak widać na powyższym obrazku.

10.03.2014, polska Wikipedia. Nie możemy użyć żeńskich form zawodowych, a gdy próbujemy tego dokonać, przeczytać możemy:

Pracownica/pracownik w ogóle powinny być rzadko stosowane, kojarzy się z wykonywaniem pracy fizycznej, formy opisowe są po prostu zgrabniejsze. Natomiast "nauczycielka akademicka", "historyczka", "profesorka", "filolożka" to typowa nowomowa, dozwolona w języku potocznym, ale na którą nie ma miejsca w Wikipedii. A już tezy o tym, że brak zgody na nowomowę zniechęca kogokolwiek są po prostu gołosłowne. Pamiętajmy, że Wikipedia jest encyklopedią, a nie polem do wojenek ideologicznych. I że od zamiany socjologa na socjolożkę nowych haseł nie przybywa.

My tu piszemy encyklopedię, nie bloga czy serwis publicystyczny. Dlatego piszemy "nagrał płytę", a nie "nagrał krążek", chociaż w słowniku krążek podawany jest pewnie jako synonim albumu muzycznego. Piszemy "skazany na karę pozbawienia wolności", a nie "skazany na więzienie", itp. Hanna Suchocka w PWN-ie jest prawnikiem i politykiem, a nie prawniczką i polityczką, gdzie przynajmniej pierwsze z tych słów istnieje. Stąd szlaban przed politolożką czy ministrą chroni właśnie encyklopedię przed zalewem mowy potocznej/nieutrwalonej dla zachowania jej encyklopedycznego stylu.

Dla niektórych (sądzę, że dość wielu) kobiet określenie ich stanowiska czy zawodu w formie żeńskiej też może być deprecjonujące, trzeba więc brać pod uwagę także i tę "drugą stronę"

Postęp?

poniedziałek, 03 marca 2014
Miłość w czasach podgrzewającej się wojny

Żyjąc po tej stronie żelaznej kurtyny nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jakim cieniem ciągłe zagrożenie ze Wschodu kładło się na życiu mieszkańców bardziej szczęśliwej części Europy. Mogliśmy liczyć jedynie na urwane pocztówki z czasów paranoi, gdy z jednej strony stał jeszcze żywy Breżniew, a z drugiej był już Reagan podkręcający temperaturę i dążący do wzmożenia wyścigu zbrojeń, który miał zadusić "imperium zła". Ryzyko tego było ogromne, a gwarancja sukcesu żadna - możemy jedynie sobie pogratulować, że Związek Radziecki faktycznie zapadł się w sobie i że jesień narodów odbyła się w miarę bezkrwawo, nie licząc Jugosławii, której mogliśmy się tylko przyglądać bezradnie na ekranach telewizorów.

Tymi, którzy zadawali sobie słynne pytanie "are they gonna drop the bomb or not" byli bez wątpienia mieszkańcy Berlina Zachodniego. Ich los, w czasach zimnej wojny pewny tak, jak los pasażerów niewielkiej kry przycumowanej u skalistych brzegów, z każdym stopniem rosnącej temperatury stawał się coraz bardziej przesądzony. Każdy dzień mógł przynieść złe wieści ze wschodu, a każdy samolot mógł być tym ostatnim, który szczęśliwie odleciał na bezpieczny Zachód. Świadomość tego była przytłaczająca, ale trzeba było żyć i nie dać się zwariować.

Jedną z najlepszych pocztówek z tamtych czasów jest obchodząca właśnie trzydzieste urodziny płyta Forever Young grupy Alphaville. Powstała i została nagrana w cieniu Muru, a nastrój tymczasowości i fundamentalnej niepewności jest zaszyty nawet w najradośniejszych jej momentach. Rosjanie i zagrożenie ze Wschodu jest wszechobecne, a w tytułowym utworze pytanie o bombę atomową akcentuje koniec jednej ze zwrotek. 

Dzisiaj, gdy słucham znów tych piosenek, zdaję sobie sprawę, jakim luksusem było dla nas ostatnie ćwierćwiecze. Względnie bezpieczni, osłonięci przed złym wiatrem od Wschodu, skąd dochodziły nas tylko głuche pomruki, które łatwo było zignorować. Ten dobry okres nieodwołalnie się skończył i pozostaje nam tylko mieć nadzieję jak trzydzieści lat temu, że Rosjanie też kochają swoje dzieci jak my.

sobota, 22 lutego 2014
Straszne słowo "hipster"



Dawno dawno temu, kiedy byłem jeszcze młody i chudy, miałem zwyczaj tłumaczenia tekstów piosenek. Dla siebie, bo po prostu chciałem wiedzieć, o czym dany artysta śpiewa. Czasem wychodziło to lepiej, czasem gorzej, ale zazwyczaj całkiem nieźle, co zresztą zwróciło się wielokrotnie w przyszłości, gdy przyszło mi zarabiać w obcym języku. Najwięcej trudności sprawiały związki frezeologiczne, trudne do odgadnięcia bez szerokiego jak dziś dostępu do internetu, na szczęście duży, dwutomowy słownik Collinsa często przychodził w sukurs. Niestety, nawet mimo jego pomocy niektóre słowa pozostawały nieodgadnioną enigmą, a ich prawdziwe znaczenie odkrywałem lata później, często nie pamiętając o tym, że w ogóle zastanawiałem się nad danym wyrazem.

Jednym z tych słów było to straszne słowo hipster. Popatrzmy: 

Freak out and give in/Doesn't matter what you believe in/Stay cool and be somebody's fool this year/'cause they know who is righteous, what is bold

Hipsters unite/Come align for the big fight to rock for you/But beware/All those angels with their wings glued on/'cause deep down we are frightened and we're scared if you don't stare

Cherub Rock powstał jako zjadliwy pamflet na muzyczną scenę Chicago przełomu lat 80 i 90 zeszłego wieku i w zasadzie nie ma nic więcej do dodania ponad to, co w zacytowanym wyżej tekście. Corgan nie ma litości i dość łatwo było rozszyfrować kogo opisuje. Mimo to słowo "hipster" wtedy, w roku 1998 czy 1999 było dla mnie kompletnie nieznane i nie miałem pojęcia co z nim zrobić. Bezradny, musiałem je zostawić, będąc prawdopodobnie jedną z nielicznych osób, które natknęły się i zmierzyły z nim już wtedy. So hipst, so hipst, mógłbym złośliwie powiedzieć.

15 lat później natknąłem się na to słowo w tej piosence kolejny raz. Tak doskonale mi znana, choć niesłyszana od lat. Dawne wyczulenie pozostało i mimo skierowania uwagi na coś zupełnie innego jakaś jej część skupiła się na tym konkretnym momencie. Hipsters unite... Hipsters? Hipsters! Och, cholera. Zapadka zakliknęła, kolejna zagadka została rozwiązana. 

środa, 05 lutego 2014
Skowyt patriarchatu

Kilka dni temu zawrzało wokół konkursu piękności studentek toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Czemu pomysł organizowania tego typu pokazu na uniwersytecie można przeczytać tu, mówiła także o tym w rozmowie w TVN24 Anna Dryjańska. I właściwie nie miałbym już nic więcej do dodania, gdyby nie to, jakie komentarze ta sprawa wywołała. Doprecyzujmy - komentarze ze strony mężczyzn, którym bardzo nie podoba się to, że jakaś feministka zabrania im podziwiać półnagie piersi i pośladki.

Przez dłuższą chwilę wydawało mi się, że palmę pierwszeństwa dzierżyć będzie pan, który zaprezentował światu taki oto wykwit umysłowości:

Pan ów, jak przystało na randomowego komentatora na społecznościowym portalu sam jest mało kulturalny i stąd taka wielka potrzeba wyrzucenia z siebie kilku stereotypowych wypowiedzi, podszyta potrzebą rozładowania kumulującego się w okolicach rozporka napięcia. Oczywiście mógłbym dalej ciągnąć złośliwości w tym samym tonie, odnosząc się np do (wątpliwej) jego urody, ale nie ma to sensu. Znacznie więcej sensu ma wskazanie wprost, że to co robi, to stosowanie patriarchalnego mechanizmu sprowadzającego wartość kobiety do tego, jak wygląda i czy wystarczająco dekoracyjnie. Nie jest istotne co ma do powiedzenia i co myśli, co więcej, wskazane jest, aby tych myśli nie uzewnętrzniała, bo jeśli to zrobi, to zapewne z zazdrości o urodę innych kobiet. W świecie pana Jana Polaka (i bardzo wielu patriarchalnie ukierunkowanych mężczyzn) kobieta nie służy do słuchania i wymieniania się argumentami, ale do oglądania i jest niczym więcej niż ozdobną durnostojką na komodzie. A jeśli ma czelność wychylić się z tej funkcji, to powinna spotkać się z pełną niechęci i agresji reakcją wtłaczającą ją tam z powrotem. Reakcją taką jak ta, zaprezentowana przez niejakiego Krzysztofa Bancewicza, którego maila do Anny Dryjańskiej przytaczam w całości:

(duża wersja tutaj)


Podobnie jak w wypadku pana Polaka, centralną część listu zajmuje problem wyglądu i wyjścia przez Dryjańską z przewidzianej dla kobiety roli ozdobnika. Wyjście to wprowadza przykry panu Bancewiczowi dysonans poznawczy, który usiłuje on sobie zracjonalizować domniemaną zazdrością Dryjańskiej wobec ładniejszych koleżanek. Po rozprawieniu się z urodą autor listu przechodzi do inteligencji i stanu psychicznego swojej adwersarki, płynnie przechodząc do kolejnego doskonale znanego nam chochoła, znanego jako "jak śmiesz nie tolerować mojej nietolerancji"? Bo jak wiadomo zmieszanie Dryjańskiej z błotem i wylanie na nią steku wyzwisk jest absolutnie równoważne w dyskursie z przedstawieniem przez nią (rzeczowo) swoich argumentów i powinno być traktowane z co najmniej jednakowym szacunkiem i troską. A nawet bardziej - no bo przecież Dryjańska sama jest sobie winna, mogła się przecież nie odzywać i nikt by się do jej urody nie przyczepił. Tak czy owak - kobieta powinna siedzieć cicho i ładnie wyglądać, albo przynajmniej siedzieć cicho, jeśli natura zdaniem pp. Polaka i Bancewicza urody jej poskąpiła. A że nie siedziała? Należało zareagować i pokazać jej miejsce w szeregu. Tak czy owak - jej wina.

Celowo nie wyczerniłem nazwisk obu panów. Pierwszy z nich wypowiedział się w wątku publicznym na portalu społecznościowym. Drugi wysłał nienawistny list, który adresatka postanowiła opublikować, nie pozwalając się schować autorowi za murem prywatności. Stopień agresji sprawił przepełniającej ten list nie pozwala przejść nad nim obojętnie, szczególnie że autor najwyraźniej nie wstydzi się swoich poglądów, podobne prezentując publicznie chociażby tutaj:

Pan Krzysztof Bancewicz prezentuje takie poglądy pod imieniem i nazwiskiem, wysyła też pełne agresji maile ze służbowego konta w pracy. Dzięki temu można bardzo szybko zidentyfikować, gdzie pracuje i w jakiej branży - w czasach internetu i wyszukiwarki Google znalezienie tego to kwestia sekund. Ja już wiem, że nie chcę mieć niczego wspólnego ani z nim, ani z jego firmą. Domyślam się, że większa część czytelników tego bloga także. Co więcej, szczerze zachęcam do podzielenia się swoimi przemyśleniami na temat pana Bancewicza z jego kontrahentami - w końcu stanie na straży patriarchatu powinno być docenione i należycie wynagrodzone.

czwartek, 30 stycznia 2014
Wiwat Nowotargowa!

Kiedy już opadły radosne wiry spowodowane utrąceniem budowy Nowotargowej na sesji budżetowej, okazało się, że rzeczywistość nadal ponuro poskrzekuje za oknem. Pan Prezydent Radosław Stępień rozpoczął kampanię na rzecz przywrócenia tej inwestycji za pomocą poprawki do budżetu, pielgrzymując niestrudzenie od rozgłośni do rozgłośni, strasząc przy okazji korkami, upadkiem dworca, całego nowego centrum i katastrofą mieszkaniową. Zabrakło tylko gradobicia i kokluszu, na szczęście i jedno i drugie dostajemy gratis dzięki klimatowi i ruchom antyszczepionkowym. Ale ja nie o tym.

Nowy dworzec fabryczny i cała inwestycja wokół niego (nowe ulice, głównie) opierały się na założeniu, że będzie on obsługiwał nie dziesiątki, ale setki tysięcy pasażerów. Najpierw dwie, teraz już tylko jedną - ale wciąż były to trzy cyfry z trzema zerami na końcu. Tymczasem ostatnie ruchy wokół rozkładu jazdy prowadzone przez PKP Intercity pokazują, że w części kolejowej dworca mogą pozostać niemal same zera - bo po remontach i cięciach czas jazdy koleją będzie tak zachęcający, że pasażerowie wybiorą tłumnie autobusy.

I tu objawia się geniusz miejskich planistów, którego nie rozumiałem. Oni to przewidzieli. Skalkulowali, że Łódź będzie otoczona autostradami, ale nie dojedzie do niej żadna kolej poza swoją własną, marszałkowsko-wojewódzką, więc należy zbudować wielki dworzec - ale autobusowy. Po to te wszystkie gargantuiczne drogi i węzły - bo jak inaczej wtłoczyć w miasto autobusy zdolne przewieźć sto tysięcy pasażerów? To ja się myliłem i to ja nie zrozumiałem tej przenikliwości. Miejscy decydenci po prostu lepiej znali ten kraj i wiedzieli, że w Polsce zdecydowano, że to nie koleje, ale właśnie autobusy są przyszłością i że inwestycje w transport publiczny należy dedykować właśnie im, a nie pociągom, które są przestarzałe i nierozwojowe.

Tak więc niniejszym kajam się i przepraszam. Wiwat dworzec! (Autobusowy oczywiście) Wiwat PKP! Wiwat ZDiT i MPU! Wiwat Intercity! Wiwat Polski Bus! Wiwat Pan Prezydent Stępień! Wiwat Nowotargowa!

A niepotrzebne już nasypy, tory i perony obsadzimy rukolą, bo tak będzie nowocześniej.

sobota, 25 stycznia 2014
Sherlockowie i Watsonowie tego świata

Rzadko oglądam seriale. Mam kilka ulubionych, w których świat wsiąkam całkowicie, ale omijam wszystkie te, które pozostawiają mnie obojętnym. Większości seriali zwyczajnie nie znam i nie czuję potrzeby znać. Więc nic dziwnego, że niektóre z nich odkrywam dla siebie zdecydowanie po czasie.

Lubię historie o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Czytałem je jeszcze będąc dzieckiem, ze starych kieszonkowych wydań z kluczykiem. Kryły się w szafce w biblioteczce mojej babci, kupowane przez nią, albo przez jej siostrę. To wtedy (z szokiem) dowiedziałem się, że Sherlock był kokainistą i to wtedy dowiedziałem się, że potrafi się doskonale bić. Dlatego też żadne z zachowań filmowego Sherlocka w wydaniu Roberta Downeya Jra i Guya Ritchiego mnie nie zadziwiło, dając przyjemne poczucie bycia tym, który po prostu wiedział już wcześniej, nie sugerując się posągowym powściągliwym Sherlockiem obiegowo znanym z telewizji.

Film Ritchiego, szczególnie ten pierwszy, zostawił mnie zachwyconym. Uwielbiałem jego tempo, jego klimat, to, że przedstawiony Londyn naprawdę śmierdział i niemal czuło się to podczas seansu. Przyjąłem konwencję i dałem się kupić, choć już w drugiej części niektóre elementy slapsticku zaczęły mi przeszkadzać (Sherlock na kucyku - nieświadomie powtórzony przez Jacksona w scenie w której Bilbo Baggins musi również dosiąść to zwierzę). Mimo to obydwa filmy oglądam z ogromną przyjemnością i często do nich wracam, od czasu do czasu płacząc nad tym, że wątek Irene Adler urwał się tak wcześnie i tak bez sensu. A to przecież Kobieta, TA Kobieta.

Wiedziałem też, że jest serial. Bardzo dobry, jeśli wierzyć opiniom, z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem. Traf (i moja wola) chciał, że najpierw z obydwoma zetknąłem się za pomocą dwóch części wspomnianego już wyżej Hobbita, co doprowadziło do tego, że przez pierwsze dwa-trzy odcinki oglądałem raczej przygody hobbita i smoka, a nie Sherlocka i Watsona.

Mimo to wsiąkłem. Serial kupił mnie doskonale zbudowaną psychologią postaci i tym, jak została pokazana. Sherlock nie jest enigmą, nie jest też postrzelonym szaleńcem ani szarlatanem. Jest niezwykle niespokojnym umysłem, potrzebującym ciągłego dopływu informacji do przetwarzania, bez którego literalnie umiera. Nuda go zabija i dla jej uniknięcia zrobi wszystko. Jego myśli pędzą z prędkością trudną do dotrzymania kroku i to naraz w bardzo wielu kierunkach. Nie są jednorodne, jednowątkowe - wciąż przewijają się, mieszają ze sobą, zawsze coś się dzieje w tle. Jeśli ja mam lekkie ADHD, to Sherlock ma je rozwinięte do ekstremum. 

Watson z kolei jest stały. Jest kotwicą, punktem odniesienia, bez którego szalony i wciąż gdzieś pędzący Sherlock się gubi. Jego myśli płyną wolniej, ale za to konsekwentnie. W przeciwieństwie do Sherlocka potrafi odmówić sobie wiedzy, jeśli tylko uzna, że nie jest mu ona potrzebna, lub wręcz jest dla niego szkodliwa. Sherlock nie umie się oprzeć i nie rozumie, jak to możliwe, że czegoś można NIE wiedzieć i, co gorsza, NIE CHCIEĆ wiedzieć.

Sherlock lubi błyszczeć, czasem całej elektrowni Battersea w czasach jej świetności by nie wystarczyło, aby uzyskać odpowiednio bijący w oczy blask. Ale bez Watsona ten blask wyradza się, pożądany skutek wymyka się, zostawiając jedynie pusty popis. To Watson jest drogowskazem i znakiem, przypominającym uparcie o tym, co ważne i dobre, nakładając socjopatycznej potrzebie poklasku lejce empatii i troski o los innych.

Sherlock powinien być bezwzględnie pokazywany każdemu, komu przyszło żyć w pobliżu osoby na granicy ADHD i daleko poza nią. Powinien być także pokazywany tym osobom, bo największą wartością, jaką można z niego wynieść, jest wzajemne zrozumienie i szacunek dla postawy tak innej, niemal przeciwstawnej. Każdy Sherlock potrzebuje swojego Watsona, a każdy Watson może się poczuć przy Sherlocku kimś zupełnie wyjątkowym - o ile tylko znajdzie w sobie siłę i chęć na to, by wybrać się w daleką i zupełnie nieoczekiwaną podróż.

wtorek, 24 grudnia 2013
Szczęśliwego wszystkiego

Z okazji Bożego Narodzenia/Chanuki/Zimowego Przesilenia/dni wolnych pod koniec roku wszystkiego dobrego, ciepłego i miłego. Niestety nie umiem składać ładnych życzeń i co roku mi to nie wychodzi, ale co tam. Lepsze nie będą, ale przynajmniej są szczere.

A tak poza tym to znów dni robią się coraz dłuższe i mamy więcej słońca. A to zawsze pozytywne.

No i przecież zawsze są najbliżsi, to najważniejsze. A końcówka roku to dobry czas, żeby o tym pamiętać, prawda?

13:10, gothmucha
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 grudnia 2013
W dymach czarnych budzi się Łódź

Nie jestem wielkim miłośnikiem poezji. Moja znajomość jej jest niewielka i ograniczona do ściśle określonego grona autorów. Lubię Tuwima, bliski jest mi Gałczyński. Zdarzało mi się podczytywać Majakowskiego i polskich futurystów, czasem sięgałem też po rzeczy wcześniejsze, datowane na przełom wieków. 

Wiersze, które mnie zajmowały nie tworzyły żadnego dającego się łatwo odczytać schematu. Za każdym razem musiało być w nich coś, co mnie poruszyło. Czasem to były wiersze pełne gniewu, jak Wolny najmita Konopnickiej, czasem pełne rezygnacji i tęsknoty, jak Ojciec Tuwima (Myślałem kiedyś, że potrafię/Dać tobie wieczność modlitwami/I tak cię jakoś przysposobić/Byś wieczną starość miał — szczęśliwą./Dziś — wszystko, co syn może zrobić,/To spojrzeć, westchnąć — i na ścianie/Poprawić twoją fotografię,/Gdy wisi krzywo.)

Nad tym wszystkim, a może trochę obok, stał Broniewski. Broniewski, którym zaraziła mnie moja mama, córka Płocka, z którym tak mocno związany był i on sam. Broniewski to jej młodość, letnie popołudnia na Tumach pod starymi drzewami (Z Tumskiej spoglądam Góry/na Królewski Las,/zaciera jego kontury/czas.), Broniewski to też piosenki śpiewane do jego wierszy przez moją ciocię, u której mama się zatrzymywała po szkole i czasem pomieszkiwała. Piosenki jak ta:



Broniewski, tak jak i Gałczyński, był w moim domu zawsze. Nie wprost, nie bezpośrednio, ale był. W książkach, ale też w cytatach, powiedzeniach, które dopiero później odkrywałem jako pochodzące od niego. Oraz w tym, co odkrywałem już sam, niezależnie, nikogo nie pytając i orientując się poniewczasie, że tymi ścieżkami ktoś tak mi bliski już przede mną szedł.

Dzisiaj, w 116 rocznicę swoich urodzin też ze mną jest, choć nie w tych strofach, których się spodziewałem. Myślami byłem przy gniewnych, pełnych mocy wierszach takich jak Łódź (Ciąży sercu troska i pieśń,/troskę w sercu ukryj i nieś,/pieśń jak kamień podnieś i rzuć./W dymach czarnych budzi się Łódź)czy Zagłębie Dąbrowskie (Po gniew, moja pieśni, najgłębiej/w serce ziemi się wwierć!/Węgiel dobywa Zagłębie!/Zagłębie dobywa śmierć), ale im dłużej szukałem, tym jaśniejsze dla mnie było, że tak jak i on sam, zakończyć muszę w rodzinnej ziemi, tam, na Mazowszu.

A kiedy runę, to na tę ziemię,/którą kocham,/i ciebie, pieśni, też pogrzebiemy/z ostatnim szlochem.

 

Tagi: Broniewski
14:22, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52