sobota, 14 grudnia 2013
Matlock Bath

Jednym z najcenniejszych wspomnień jakie mam z mojej emigracji do Anglii jest jesienna wycieczka na wrzosowiska Peak District. Wtedy, wczesną jesienią, malownicze wzgórza i wciśnięte pomiędzy nie doliny zalane były kwitnącymi wrzosami, których barwa była tak intensywna, że aż odkształcała wszystkie inne. Poczucie surrealności było wszechobecne i żadne słowa nie są w stanie oddać tego uczucia. Podobnie ze zdjęciami, które wyszły rozpaczliwie normalne w stosunku do ułudy ukazującej się oczom. 

To wspomnienie powoli uciekło z mojej głowy, wraz z przejażdżką koleją do Matlock i dalszym marszem, aż do Matlock Bath i wszystkim tym, co wtedy się działo pomiędzy nami i czego już od tak wielu lat nie ma. Aż do momentu, kiedy wpadłem na to zdjęcie, zrobione w roku 1975 i zobaczyłem z góry drogę, którą szliśmy 31 lat później. 

Wszystko wróciło, na jeden szalony moment. Nie, to nie był dobry czas, nie ma czego wspominać.

00:33, gothmucha
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 grudnia 2013
Coś przyjemnego

Jest coś niesamowicie przyjemnego w tym, że istnieje sobie taki zespół jak Psychocukier. W tym, że jego muzyków można spotkać za barem w Owocach i Warzywach i że można tam od nich kupić ich najnowszą płytę. Tak po prostu, bez żadnych empików czy media marktów. Trzy dychy, a w zamian kawał doskonałej, płynącej muzyki, opakowanej w specyficzną szatę graficzną uciekającą w luzacki nawias od wulgarności. W dodatku w kolorach i na papierze, które mi bardzo odpowiadają, a ja jestem na to czuły.

I mimo tego, że ten dzień spędziłem głównie w towarzystwie drugiego Taty, który jest płytą zdecydowanie zimową, to Diamenty przeniosły mnie do leniwych sierpniowych popołudni na leżakach przez Spalonymi Słońcem, gdzie zresztą zostały w części nagrane. Na setkę, tak po prostu, na fabrycznym łódzkim podwórku. Warto.

czwartek, 05 grudnia 2013
Ciesz się że jeszcze żyjesz lewacki debilu

Komentarz powyższej treści znalazłem na swoim blogu pod notką po kolejnym zdemolowaniu Warszawy w Święto Niepodległości. Osoba pisząca go z serwerów Politechniki Łódzkiej zapewne chciała mnie przestraszyć, ale jakoś nie umiem zacząć się bać.

Nie jestem jedyną osobą, która po listopadowych wydarzeniach otrzymała podobną wiadomość. Internetowi chuligani spod znaku falangi i celtyckiego krzyża postanowili przejść do ofensywy, w twórczy sposób mszcząc się za ujawnienie ich tajemnic. Kilka dni wcześniej doszło bowiem do kolejnego wycieku danych, tym razem z zamkniętego forum skrajnie prawicowego Obozu Narodowo-Radykalnego. Na jaw wyszły nie tylko starannie ukrywane rasistowskie i antydemokratyczne zamiary „prawdziwych patriotów”, ale przede wszystkim, co dla nich najbardziej bolesne, ich własna mizeria organizacyjna i finansowa.

Oto bowiem okazało się, że tak zwarci i gotowi do boju o nową, lepszą Polskę są tak naprawdę bardzo skłóceni i darzą się niechęcią i pogardą. Tworzące Ruch Narodowy ONR i Młodzież Wszechpolska nawzajem oskarżają się o jak najgorsze intencje, a adwersarzy wyzywają od Żydów i pedałów, co w ich słowniku jest największą możliwą obelgą. Nie lepiej jest jednak we własnych szeregach. "Brygady" organizowane w różnych rejonach Polski nie są w stanie zebrać składki wynoszącej kilkaset złotych, a na koncie organizacji mającej przejąć władzę w kraju znajduje się ledwie 7 tysięcy złotych. Członków jest na tyle niewielu, że "brygada" łódzka licząca w porywach około trzydziestu osób uważana jest za jedną z największych i wszyscy drżą o sojusz z kibolami, bez których liczebności sny o potędze będzie trzeba odłożyć między bajki.

Po tej lekturze trudno się bać narodowców. Owszem, istnieje ryzyko, że kogoś pobiją albo podpalą komuś drzwi, jak już robili to w Białymstoku czy Wrocławiu. Mimo to nie boimy się, bo jesteśmy doskonale widoczni i gdyby tylko chcieli, już dawno zrobiliby nam jakąś krzywdę. Jak zauważył Wiktor Skok, inny z obdarowanych "uprzejmą" wiadomością, jestem prawie codziennie na mieście, wiadomo dobrze gdzie pracuję i gdzie można mnie znaleźć. podczas gdy wy udajecie konspirację, boicie się ujawniać ja żyję i działam.

Nie boję się narodowców i ich pogróżek. Tym, co naprawdę mnie martwi, jest to, że ruchy narodowe są objawem czegoś znacznie poważniejszego i trudniejszego do wyleczenia. Są radykalną odpowiedzią na frustrację całego młodego pokolenia, które nie ma dla siebie miejsca i któremu kazano żyć od fuchy do fuchy, zawsze na umowach śmieciowych, bez żadnych szans na lepszą i stabilną przyszłość. Są odbiciem strachu, gniewu i zagubienia, łatwą i prostą odpowiedzią, bo przecież to na pewno jest czyjaś wina. Tak, jest – ale nie emigranta z Wietnamu, nie Żyda, których w Łodzi zostało ledwo trzystu, nie studenta medycyny z Afryki czy Azji. To wina architektów obecnego systemu politycznego w którym żyjemy, ludzi postawionych bardzo wysoko i do dziś zasiadających albo w ławach sejmu i senatu, albo w radach nadzorczych wielkich koncernów. Co ciekawe, przeciwko nim narodowcy bardzo rzadko się wypowiadają, wiedząc, że tylko oni mogą dać im pieniądze, tak potrzebne na bieżącą działalność. Kto nie wierzy, może sobie przeczytać wyimki z ich rozmów, w których na wyścigi zastanawiają się, co kupić na urodziny polonijnemu biznesmenowi Kobylańskiemu, bojąc się, że prezent od konkurencyjnej organizacji będzie okazalszy i bardziej się jubilatowi spodoba.

Władzy narodowcy nie przeszkadzają. Co więcej, są jej wygodni. Można z ich powodu wzbudzić w społeczeństwie panikę, można się na ich tle pokazać jako gwarancja spokoju i porządku. Można zagrozić, że jeśli nie my, to oni. Przy okazji można też pozbyć się niewygodnych obywateli, zaostrzając warunki organizowania legalnych manifestacji. Kibol czy narodowiec tymi zakazami się nie przejmie i będzie po dawnemu demolował miasto z odpaloną racą w ręku. Protestująca pielęgniarka czy walczący o podwyżkę nauczyciel będzie miał za to trudniej, bo przecież nie będzie chciał łamać prawa.

Nie pozwólmy władzy ograniczać naszych praw pod osłoną moralnej paniki i wykreowanego strachu. Nie dajmy się wziąć w dwa ognie władzy i będącemu jej na rękę zagrożeniu. Nie wolno nam się wycofać, bo to jest nasze miasto i nasz kraj i jesteśmy za nie odpowiedzialni.

środa, 04 grudnia 2013
Tyle co nic w długą zimową noc

Mimo tego, że za oknem jest słonecznie, wokół mnie jest grudzień. Szaro, mdło, nijako. Kształty są zamazane, a światło, jeśli już w ogóle się pojawia, sączy się niechętnie przez grubą warstwę chmur. Nie ma siły ani ochoty na nic. Wszystko śpi głęboko ukryte, wymęczone długim listopadem, który w tym roku był wyjątkowo zły. Przełom? Być może nastąpi w noc św. Łucji, gdy siły dobra i zła wychodzą mierzyć się w dorocznej walce o panowanie nad światem. Być może jednak dopiero w przesilenie zimowe, kiedy wreszcie znów zacznie przybywać dnia. A może dopiero w styczniu, gdy już skończy się przeklęty trójskok mierzony moimi urodzinami, świętami i sylwestrem. Dopiero po prawosławnej wigilii będę mógł odetchnąć.

Nie ma o czym mówić więcej, w długą zimową noc niech nie wie nic Zły.

poniedziałek, 11 listopada 2013
Patriotyzm w dniu nienawiści





fot. Marcelina Zawisza

Gdy trzy dni temu odnowiono spaloną tęczę na pl. Zbawiciela, napisałem "za trzy dni znów spłonie". Napisałem to, choć nie chciałem mieć racji. Dziś okazało się, że niestety ją miałem.

Zaatakowano też warszawskie skłoty Przychodnia i Syrena. Na teren skłotów wdarły się szturmowe oddziały prawdziwych polskich patriotów, tylko czekających okazji, aby pokazać lewakom, gdzie jest ich miejsce. Przychodnia płonęła, na szczęście tylko na zewnątrz. Spłonęły też zaparkowane przed nią samochody, wybito szyby w budynku. Mieszkańcy musieli schronić się na dachu i czekać, aż pożar zostanie ugaszony. W Syrenie mieszkańcy, w tym kilkoro dzieci, bronili się przed najeźdźcami pół godziny. Policji nie było, była za to regularna wojna.

fot. gazeta.pl

Polscy patrioci dali też lekcję patriotyzmu Rosjanom - wrzucono na teren rosyjskiej ambasady petardy, płonęło ogrodzenie. Patrioci skandowali coś o "ruskich kurwach". 

Odbudowana tęcza prowokowała w przestrzeni miejskiej. Prowokowały skłoty i prowokowała rosyjska ambasada. Prawdziwych polskich patriotów zebranych z okazji polskiego narodowego święta prowokuje właściwie wszystko, w tym ty i ja.

Tęcza spłonęła, podobnie jak skłot. Spłonęłaby też rosyjska ambasada, gdyby tylko nie stała tak daleko od ogrodzenia. Nic nie ma prawa zakłócać widoku i prowokować swoją obecnością polskich prawdziwych patriotów. Wszystko, co im przeszkadza musi zniknąć.

I to jest ten prawdziwy patriotyzm? To ja taki patriotyzm serdecznie pierdolę, wolę swój, lewacki, polegający na łączeniu i budowaniu, a nie na paleniu i niszczeniu. Nie chcę żyć w kraju, w którym ktokolwiek musi odczuwać obawę tylko ze względu na kolor skóry, narodowość, orientację seksualną czy wyznawane poglądy. To jest też MÓJ kraj i to jest też MOJE święto i MOJA flaga. Nie oddam ich polskim prawdziwym patriotom spod znaku celtyckiego krzyża i falangi, nie oddam ich tłumowi stojącemu za demolowaniem i podpalaniem. Nie oddam ich prowodyrom pociągającym z bezpiecznej odległości za sznurki przymocowane do rąk różnych oenerków i wszechpolaków. Nie schowam głowy w piasek. Nie wyjadę, nie wypiszę się z Polski, bo oni tylko na to czekają. Walka trwa.

piątek, 01 listopada 2013
Sezon burz

Bardzo rzadko kupuję jakąś książkę przedpremierowo, jeszcze rzadziej na jakąś czekam. Ostatnią, jaką w ten sposób upolowałem, była ostatnia część cyklu o Harrym Potterze, którą kupiłem kilka dni przed oficjalną premierą spod lady w nieistniejącej już księgarni akademickiej na rogu Narutowicza i Armii Ludowej, a i to tylko dlatego, że akurat bylem w środku i podsłuchałem, że właśnie dowieźli i że w sumie to będą zaraz wnosić do środka.

Z nową częścią wiedźmińskiego cyklu było inaczej. Nie wiedziałem, że jest pisana, nie czekałem na nią, mając cały cykl za zamkniętą historię. Nowe powieści Sapkowskiego nie zachwycały, więc tym bardziej nie miałem powodu, żeby śledzić kolejne zapowiedzi płynące ze strony wydawnictwa. Kilka dni temu zostałem zaatakowany okładką - bardzo brzydką, jeśli mam być szczery, i plotkami mówiącymi, że to podpucha. Ale nie.

Do okładki załączony był fragment pierwszego rozdziału, przyjemnie podobny do wiedźmińskich opowiadań. Trochę mechanicznie wszedłem na allegro i okazało się, że już jest pełno ofert, mimo że premiera książki miała wypaść w pierwszym tygodniu listopada. Kup teraz, opcja wysyłki - paczkomat i gotowe. Termin odbioru przed 1 listopada.

Książkę odebrałem wczoraj i przeczytałem w jeden wieczór. Nie powiem, z przyjemnością. Sapkowski nie zapomniał, jak się pisze wiedźmina i co jakiś czas pojawiały się zwroty i dialogi wywołujące uśmiech, czasem nawet wybuch śmiechu. Owszem, zdarzały się też momenty srogo sztywne (rozmowa króla z czarodziejką o aborcji, ziewałem, mimo lekkiego twistu na końcu), na szczęście było ich niewiele. Znacznie więcej było takich, które albo się z czymś kojarzyły wcześniej, albo udanie wypełniały białe plamy w biografii Geralta i jego towarzyszy. 

Starzy czytelnicy co jakiś czas odnajdą ukłony w swoją stronę. Postacie, miejsca, wzmianki, tak w treści, jak i w cytatach otwierających każdy rozdział. Nowym czytelnikom nie sprawi to jednak żadnego problemu i żadna tajemnica nie zostanie im zdradzona. Na ich miejscu omijałbym tylko ostatni rozdział z udziałem młodej adeptki Nimue - jest w nim ślad tego, co działo się w ostatnim tomie cyklu.

Sezon burz czyta się łatwo i płynnie. Mam wrażenie, że Sapkowski wyciągnął wnioski z ostatnich dwóch powieści o wiedźminie i z trylogii husyckiej, panując tym razem nad dygresjami i dodawaniem coraz to nowych wątków i informacji. Innych niż wiedźmiński punktów widzenia mamy tym razem niewiele i mają one funkcję podporządkowaną głównemu wątkowi akcji. Wyjątkiem są tu POVy Nimue, ale jest ich niewiele.

Nowa książka o wiedźminie jest zaskakująco dobra. Płynnie wprowadza nas w treść pierwszego z wiedźmińskich opowiadań i bardzo ładnie wpasowuje się kontinuum. Nie sili się na bycie jakąś nową jakością, jest po prostu doskonałym wypełniaczem. Nie oczekiwałem niczego więcej i dostałem dokładnie to, co chciałem. To były naprawdę przyjemne wieczorne godziny spędzone w towarzystwie moich ulubionych bohaterów. Nie mam nic przeciwko, żeby takich chwil było więcej.

wtorek, 29 października 2013
Październikowa notka #2



Kiedy słuchaliśmy tego ostatni raz, to nagranie po prostu leciało sobie w tle, ale rozpoznałem je od razu. Powiedziałem Ci o tym i o tym, że jest dla mnie ważne. Ty powiedziałaś, że dla Ciebie też, że jest dobre. I słuchaliśmy, a potem rozmawialiśmy o milionie rzeczy, jak zawsze, a przecież widywaliśmy się tak rzadko. Nigdy nie było tego czuć, po tym chyba rozpoznaje się dobre znajomości. 

Październik się kończy i znów nie będę miał czasu, żeby do Ciebie pojechać i zapalić Ci świeczkę. Ale cały czas o Tobie pamiętam i za Tobą tęsknię.

23:36, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
Do przyjaciół warszawiaków

Kiedy przychodzili do nas, na prowincji, nie zauważaliście tego. Kiedy rośli w siłę, mówiliście że nie stanowią żadnego zagrożenia. Kiedy odsłonięto ich tajemnice, broniliście ich prawa do prywatności. Dziś przyszli do Was, w samym sercu Warszawy. Nie mówcie, że Was nie ostrzegaliśmy.

poniedziałek, 28 października 2013
Październikowa notka #1

Ale naprawdę obiecuję, że coś tutaj napiszę. I to nie raz. A na razie możecie sobie mnie czytać co drugi piątek w Wyborczej, na drugiej stronie lokalnego dodatku (papier) lub w internecie: tu, tu i tu.

wtorek, 24 września 2013
W imię Ojca

"Śmierć trzylatka na Grabowej. Zarzuty dla konkubenta matki chłopca". "Zarzut zabójstwa dla ojca dziewczynki". "Trzymiesięczna dziewczynka była maltretowana. Przerażająca przemoc.” To nagłówki z tylko jednego dnia.

Chłopczyk miał na imię Wiktor. Dziewczynka miała na imię Nadia. Żadne z nich nie zasłużyło na to, co ich spotkało. Oboje byli tylko dziećmi – osobami całkowicie uzależnionymi od swoich rodziców, całkowicie im ufającymi i całkowicie ich kochającymi. Rodzice byli wszystkim, co mieli.

Nie dowiemy się jak nazywali się ojcowie Wiktora i Nadii. Przemoc domowa w męskim wykonaniu jest zbyt banalna, nie ma potencjału. Nie będzie nowej, męskiej mamy Madzi, którą zainteresują się tabloidy w całym kraju. Nie będzie rozkładówek ze zdjęciami. Nie poznamy ich imion, nie usłyszymy o każdorazowej zmianie ich fryzur i nikt im nie zrobi sesji fotograficznej na koniu. Nie staną się medialnymi gwiazdami. To akurat dobrze. Ale nie będzie też ogólnonarodowej debaty o przemocy wobec dzieci, nie pójdą za tym jasne i czytelne komunikaty, czym ona jest i jak bardzo jest rozpowszechniona. A to już bardzo źle, bo przemoc wobec najmłodszych istnieje wokół nas i ma się dobrze. Trudno się temu dziwić, skoro według badań blisko połowa z nas nie wyobraża sobie wychowywania dziecka bez bicia, w pełni akceptując stwierdzenie że „rodzicielskie lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło”. Co istotne, przemoc wobec dzieci znacząco rzadziej uważają za powszechną mężczyźni. A to oni biją najczęściej. Ojcowie, dziadkowie, „wujkowie”, czasem starsi bracia. Biją i często nie zdają sobie sprawy, że robią źle. Sami byli bici w dzieciństwie i „wyszli na ludzi”. Uważają, że to normalne, bo tak robili ich rodzice, czyli osoby, które ich wychowywały, którym ufali i których kochali. Sami biją, no przecież chcą dobrze, a że czasem przesadzą? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu nigdy nie puściły nerwy.

Przemoc wobec dzieci jest przezroczysta. Nie zauważamy rodzica dającego rozbrykanemu dziecku klapsa. Nie zauważamy babci krzyczącej na wnuczka za to, że za głośno się zachowuje. Nie interesuje nas, czemu dziecko za ścianą tak często płacze. Mogłoby w końcu przestać, bo przeszkadza.

Jutro zapomnimy o chłopcu i dziewczynce, wczorajsze „niusy” znikną z naszych oczu. Przejmujące głosy ofiar przemocy jak zwykle trafią do tych, którzy już są na nie wrażliwi, ale nie do tych, którzy faktycznie biją i są bici. Temat przemocy rzadko pojawia się w szkołach a jeszcze rzadziej wychodzi poza ich mury, do domów zwykłych ludzi. Przemoc jest tym, co zdarza się innym, przemoc jest gdzieś daleko, w biednych dzielnicach.  Lekcja ze śmierci małej Madzi nie została odrobiona, a społeczeństwo znacznie bardziej interesowało się złą matką brylującą na pierwszych stronach gazet niż tym, dlaczego zabiła swoje dziecko i jaka była w tym rola jej najbliższego otoczenia. Instynktownie odsuwamy od siebie tę świadomość, bo jeszcze by się okazało, że sami też jesteśmy w jakimś stopniu za to odpowiedzialni.

Nie chcę wiedzieć, jak mieli na imię ojcowie Wiktora i Nadii. Nie muszę wiedzieć, czemu bili, choć dość łatwo się tego domyślić. Chciałbym za to dowiedzieć się, że wyciągniemy wreszcie ze śmierci tych dzieci wnioski i zrobimy coś, żeby takie tragedie przestały być codziennością. Na początek wystarczy, że sprawdzimy, czemu płacze to małe dziecko za ścianą, przez które tak często nie możemy spać.

Tagi: Łódź
22:36, gothmucha , oddalenie
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52