sobota, 21 września 2013
On my own

Kilka ostatnich dni upłynęło pod znakiem maksymalnego zmęczenia. Bardzo wymagająca praca, problemy bliskich mi osób i moje własne, potrzeba uporządkowania tego, co zabałaganione i potrzeba zaplanowania teraz i natychmiast najbliższej przyszłości - wszystko to zostawiło mnie kompletnie wyczerpanym, jak nigdy dotąd. W środę nie potrafiłem dojechać na rowerze, musiałem go prowadzić dwie ostatnie przecznice. W czwartek posłuszeństwa odmówiły nerwy, będące już dawno poza skrajem nadszarpnięcia. W piątek padłem na łóżko i nie potrafiłem z niego wstać. Ale dochodzę do siebie, a pomaga mi w tym poczucie dobrze wykonanej roboty.

Wbrew stereotypom

W budżet obywatelski wszedłem z marszu w lutym tego roku i zaangażowałem się w niego w całości. Usynowiłem go i jest to moje ukochane dziecko, którym to poczuciem dzielę się jeszcze z kilkoma osobami. Dołożyliśmy wszelkich starań, aby się udał i doprowadziliśmy go do szczęśliwego finału. Gdy o północy ruszyło głosowanie i mogłem otworzyć aplikację służącą do wyboru propozycji zadań, coś ścisnęło mi gardło. Wzruszyłem się i zaszkliły mi się oczy, bo to chwila porównywalna do tej, gdy dziecko przynosi do domu świadectwo maturalne. Od teraz już nie jestem potrzebny, mogę stanąć z boku i życzliwie kibicować, pomagać, ale już niewiele zależy ode mnie. Mogę się przyglądać i przyjąć do wiadomości, że to potężny sukces, także w jakiejś mierze mój własny, na który bardzo ciężko zapracowałem. I którego nie byłoby bez wszystkich osób, z którymi go wypracowałem, a przede wszystkim bez mieszkańców, którym się chciało wziąć w nim udział i urzędników, którzy zaprezentowali maksymalne otwarcie na mieszkańców i na ich potrzeby - zupełnie wbrew stereotypom.

Wszystko albo nic

Nie umiem zaangażować się na pół gwizdka. Biorę wszystko albo nic, nie zadowalam się półśrodkami. Dlatego mam tak niewiele. O to, co chcę mieć, walczę do upadłego, o to, co jest dla mnie letnie, nie walczę w ogóle. Z tym, czego nie chcę jest identycznie - zwalczam do upadłego lub odpuszczam, bo półśrodki nie mają sensu. Dlatego tak ważne jest, żeby mnie zmotywować i przekonać, że warto, że to także moje - bo moment, w którym coś przestaje być moje jest momentem, w którym to dla mnie umiera i znika. Jeśli wierzę, to do końca, jeśli nie ufam, to na zawsze. Białe jest białe, czarne jest czarne, a moja mowa jest prosta. Nie jestem letni.

Piotr

Jestem silny, choć nieraz wątpię w to. Miarę swojej siły poznaję, gdy czasem muszę się zatrzymać i podsumować ile rzeczy i ludzi niosę przez życie. Ta siła jest ogromna i podtrzymuje wiele osób i jeszcze więcej inicjatyw. Gdy znika lub na chwilę się załamuje, pojawia się zamęt, zwątpienie i strach, bo nie ma takiej siły, która byłaby większa od mojej i która poniosłaby także i mnie. Dlatego za każdym razem, gdy ogarnia mnie słabość i zwątpienie, zatrzymuję się i układam się na nowo, za każdym razem wyglądając pomocnej dłoni, która przychodzi, ale niemal nigdy z tej strony, z której bym jej oczekiwał. 

Zbudowałem sobie sieć przyjaznych mi ludzi, którzy są mi bliscy i wiedzą o mnie dużo. Każdy z nich ma jakiś kawałek mnie i wyciąga do mnie rękę, gdy nadchodzi kryzys. Są moją siatką ratunkową, a ja jestem rybakiem dusz.

Am Ende bleib ich doch alleine

Moja ścieżka jest osobna, wyboista i trudna. Idę nią sam, pozwalając od czasu do czasu komuś się do mnie przyłączyć. Czasem wierzę, że od tej pory to jest już nasza wspólna ścieżka, ale z tyłu głowy zawsze jest świadomość, że na końcu zostanę sam i sam zmierzę się z moimi demonami. One są mi wierne.

Paweł

Nie umiem chodzić prostymi drogami. Moje są zawsze trudne, prowadzą wertepami, opłotkami, pod górę. Są moje własne, nawet jeśli prowadzą poprzez maski samochodów czy nocne dachy zrujnowanych kamienic. Ale na ich końcu jest Światło i ku niemu dążę. Odzyskałem wiarę, choć był czas, gdy ona znikła. Musiałem zrozumieć, że nawet jeśli bardzo będę chciał, to jej nie będzie, ale przyjdzie dokładnie wtedy, gdy będzie trzeba. Bo to jest łaska, co tak dumnej osobie jak ja ciężko przyjąć, a co dopiero zgiąć kark i paść na kolana. Ale tak jest i nie wstydzę się tego, nawet jeśli tak modnym jest wyśmiewanie i scjentystyczny dystans. 

Słucham głosów takich jak ten, że katolicy to wyznają nienawiść, uprzedzenia i jako najwyższy stopień wtajemniczenia - opluwanie każdego, kto im nie pasuje, słucham słów o niewidzialnym przyjacielu z nieba, przez znajomą buddystkę bywam nazywany katolem, bo przecież moja wiara jest zapewne mniej fancy niż jej własna. Ale to jest moja droga, którą przyjąłem i której się nie zaprę już nigdy więcej.

Niebo jest zachmurzone, ale przebija się słońce

Powoli dochodzę do siebie, mija kolejny kryzys. Mija zmęczenie, ciało odzyskuje dawną formę. Umysł też, bo poranek jest zawsze mądrzejszy od samotnego wieczora. Rzeczy układają się na nowo, a ja rozumowo ustawiam je, pamiętając o priorytetach i o tym, że muszę dać upust emocjom, nawet jeśli trafią w próżnię. Przede mną cały świat - nowe wyzwania, nowe zadania, nowe trudy. Już nie mogę się doczekać.                          

11:05, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 września 2013
Redaktor odpowiedzialny

Dawno dawno temu, w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej rozciągającej się od Helu aż po Zbrucz istniała instytucja redaktora odpowiedzialnego. Jak wspominał w "Drzewie szpilkowym" Eryk Lipiński, był to człowiek, który własną głową (i tyłkiem) odpowiadał za to, co pojawiało się na łamach gazety i w razie wszelkich sporów z osobami trzecimi bądź administracją rządową płacił grzywny lub szedł do aresztu na tydzień lub dwa, jeśli na grzywnę nie było go stać. Zasadą bowiem było, że jeśli publicysta lub dziennikarz danego periodyku coś napisał bądź zmalował, to redakcja brała za to na siebie pełną odpowiedzialność, bo przecież ktoś to mu do druku zaakceptował i puścił.

W równie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej tym razem rozciągającej się od Odry aż po Bug redaktorów odpowiedzialnych jest jakby mniej. Rzadziej niż w tamtych odległych czasach redakcje stają murem za swoimi autorami, a i chęć narażenia się na koszty jest jakby mniejsza, nawet mimo tego, że niektóre periodyki mienią się być niepokornymi i niezależnymi.

Tomasz Piątek, publicysta i felietonista Krytyki Politycznej rozesłał do reklamodawców umieszczających swe reklamy na łamach prawicowego tygodnika "Do rzeczy" list z uprzejmym pytaniem, czy zdają sobie sprawę, że na łamach tego pisma ukazują się treści homofobiczne. Można przeczytać go poniżej:

List ten spotkał się z odporem ze strony Bronisława Wildsteina, ale, co również ciekawe, ze strony macierzystej redakcji Piątka.

W bardzo enigmatycznym oświadczeniu Krytyka Polityczna dziękuje w trybie natychmiastowym za współpracę Piątkowi. Nie wiemy, co było tego przyczyną, ale łatwo się domyślić. Ni stąd ni zowąd, tuż po odpowiedzi Wildsteina Piątek znika z witryny tak skutecznie, że nie ma już go nawet na liście felietonistów, a znalezienie jego tekstów staje się możliwe w zasadzie jedynie poprzez google, o ile się wie, czego się szuka.

Ja szukałem konkretnego tekstu, w którym Piątek już raz wykonał identyczną akcję. Wtedy kwestią były rasistowskie i homofobiczne rysunki Andrzeja Krauzego w Rzeczpospolitej, a informowanym była redakcja Guardiana, dla którego Krauze również rysował. Tamten "donos" Krytyce Politycznej problemu nie sprawił, ten, napisany już na krajowym podwórku, już najwyraźniej tak. Nie umiem sobie bowiem w żaden inny sposób wytłumaczyć tak nagłego rozstania się z jednym ze swoich najpoczytniejszych autorów, a zdawkowa informacja zamieszczona dziś na łamach "Dziennika Opinii" wątpliwości absolutnie nie rozwiewa.

Nie bez powodu przywołałem Eryka Lipińskiego i jego Szpilki. W tamtych złych czasach zwyczajem było, że redakcja stawała murem za swoim publicystą i ponosiła wszystkie konsekwencje tego, co na jej łamach i w jej imieniu czynił. W tych czasach jest jednak inaczej. Krytyka Polityczna umyła od Piątka ręce, bezpiecznie usuwając go ze swoich łamów i dając czytelny sygnał, że sprawa pomiędzy Piątkiem a "Do Rzeczy" jest tylko i wyłącznie jego sprawą prywatną. Przełknąłbym jeszcze jakoś takie postępowanie, gdyby nie to, że kilka miesięcy wcześniej Krytyka zaaprobowała takie samo działanie Piątka wobec Krauzego. Ktoś w Krytyce ten tekst zaaprobował, ktoś go zredagował i puścił na stronę. Dało to Piątkowi fałszywą pewność, że może robić tak dalej, a w razie kłopotów nie spotka go ostracyzm ze strony własnych szeregów. Niestety, mylił się.

Odpowiedzialność za słowa pojawiające się na łamach jest rzeczą ważną i istotną. Zapewnia publicystom wolność pisania i pewność, że gdy ze strony opisanego w artykule czy felietonie w stronę piszącego padną zarzuty, to nie zostanie on z nimi sam - niezależnie, czy jest to ministerstwo, wielki koncern czy prawicowy tygodnik. Krytyka Polityczna usuwając Piątka nie tylko złamała tę zasadę, ale dała jasny i czytelny sygnał swoim pozostałym publicystom. Piszcie, ale nie liczcie w ramach kłopotów na żadne wsparcie z naszej strony. Nie tylko wam nie pomożemy, ale jeszcze was pozbawimy źródła dochodów. Nigdy nie chciałbym być częścią takiej redakcji.

niedziela, 15 września 2013
Ulica Edwarda Veddera



Są takie dni, że myśli są splątane, niejasne, trudne do zapisania. Nie są słowami - są raczej obrazami, zapisanymi filmami, śladami odczuć i emocji. Niełatwo je ułożyć i przekazać, a przecież chce się je wyjąć z głowy, żeby uzyskać nieco spokoju. Nie mam pod ręką potterowskiej myślodsiewni, więc będę musiał zrobić to po swojemu, na piechotę.

Jest jesienny wieczór, na Stokach. Idziemy na spacer, wiemy, że to jeden z ostatnich. Za chwilę moja przyjaciółka wyjedzie z miasta, a my, pozostali, zostaniemy tutaj, na miejscu. Nie wiemy, na ile wyjedzie, ale chyba na zawsze, To ogromna strata dla piętnastolatka, szczególnie, gdy tę drugą osobę zna od trzeciego roku życia. Więc idziemy i rozmawiamy, zapewniając się, że będziemy pisać listy. I że jest dobrze, tak dobrze we własnym towarzystwie.

Faktycznie, zaczęliśmy do siebie pisać. Pierwsze listy otrzymałem jeszcze w wakacje. Jeden z pierwszych dostałem będąc u babci w Sochaczewie. Pamiętam siebie, jak go czytam nad talerzem zupy pomidorowej i powoli układam sobie w głowie odpowiedź. I tak już miało być zawsze, aż do dziś - zawsze odpowiadam w sposób uporządkowany, odnosząc się do kolejnych zdań i akapitów, morderczo systematycznie. 

Dwa lata później moja przyjaciółka wróciła, a my już wiedzieliśmy, że nasza paczka znająca się od pierwszej klasy podstawówki bez niej nie istnieje. To ona, jedyna dziewczyna na pokładzie była zwornikiem i kimś, kto trzymał nas w kupie, ogarniając i rozumiejąc lepiej.

Kilka lat później to ja wyjeżdżałem, do Anglii. Wyjeżdżałem na chwilę, ale z opcją przeciągnięcia chwili do na zawsze. Bez pożegnań, zbędnych rozmów. Kiedy wróciłem, wszystko się zmieniło. Moja przyjaciółka właśnie przestała być z moim najlepszym przyjacielem, a nasza paczka przeżyła to mocno, bo przecież oboje w niej byli. I pamiętam podłogę mojego mieszkania, w dużym pokoju. Siedzimy w trzy pary - ja i moja ówczesna narzeczona, moja przyjaciółka i mój przyjaciel, oraz Agata i Gawło - jej przyjaciele z miasta, do którego wyjechała. Agata i Gawło byli parą, ale się rozstali, potem nieco wokół siebie chodzili i od tamtego wieczora znów się zeszli. Nieco później ja się rozstałem, a Agata i Gawło wzięli ślub.

Na ścianie nad schodami wisi tabliczka z nazwą ulicy. Zerwaliśmy ją z ulicy Edwarda, a ja dopisałem pod spodem markerem słowo "Veddera" na cześć wokalisty ulubionego zespołu mojej przyjaciółki. Ta tabliczka przeprowadzała się z nią w wiele miejsc, aż do teraz, gdy jednak zostanie w Łodzi.

Oprócz tabliczki była jeszcze mapa Łodzi, na której każde z nas zaznaczyło swoje miejsca i napisało coś od siebie. Potem ta mapa wisiała długo nad biurkiem w Szczecinku.

Agata rozstała się z Gawłem, przyjechała do Łodzi. Rozwód, złe samopoczucie, zły czas, ale od czego są przyjaciele. Przyszły, obie, do mnie. Ja już miałem córkę i siedzieliśmy chwilę nad herbatą, rozmawiając. Widziałem wtedy Agatę ostatni raz, bo gdy wreszcie wzeszło słońce i odbiła się by żyć, czad przerwał linię jej życia. Ale życie zostawia ślad!

Wyjmuję z torby "Grę o tron", upiornie drogą planszówkę, którą kupiliśmy na spółkę po moim powrocie z Anglii. Każde z nas dało trzydzieści złotych - ja, Ewa, Alicja, Łukasz i Przemek. 

Ewa znikła z mojego życia pół roku później, zostawiając po sobie pierścionek zaręczynowy i trzyletnią dziurę w życiorysie, dzięki której w lipcu 2007 ostatnie wspomnienia, jakie miałem, pochodziły z lata 2004, a reszta była jak film, którego nie pamiętałem. Łukasz, mój najlepszy przyjaciel, wybrał lojalność wobec swojej nowej żony i święty spokój, znikając z horyzontu zdarzeń. Mam nadzieję, że oboje są szczęśliwi. Zostaliśmy w trójkę, a teraz Alicja wyjeżdża, daleko, na zawsze. Gra wróciła do mnie, a ja schowałem ją do szafy.

Obiecałem sobie kiedyś nigdy już nie wracać do domu i płakać. Dzisiaj mi się znowu nie udało. Jechałem w noc, wioząc ze sobą kilka drobiazgów, jakieś płyty i obraz, który Alicja i jej chłopak, Wiktor, namalowali po śmierci Agaty. Życie zostawia ślad.

Stoję na drodze rowerowej, odprowadzam Alicję do domu. Obok przejeżdża Przemek, ostatni kawałek naszej czteroosobowej paczki. Rozmawiamy chwilę, rozjeżdżamy się w różne strony. Nieco później na tej samej drodze spotykam Asię i Patrycję, przyjaciółki Alicji, których nie widziałem całe wieki. Rozmawiamy, rozjeżdżamy się, ja siadam pod Almą na rogu Piłsudskiego i PKWN, czekam chwilę, żeby przyjechać po czasie i żebym nie przyjechał pierwszy na Tuwima, bo przede mną ważna i ciężka rozmowa. Siedzę i myślę, że to symboliczne, że to spotkałem ich wszystkich właśnie tu i teraz i że to jakiś znak. Boję się, że widzimy się po raz ostatni, ale na szczęście się mylę.

Dziś też mam to uczucie, tę panikę. To nie koniec świata. Ktoś mądry powiedział, że się zobaczymy, że to nie jest tak, że widzę ich ostatni raz. Wiem, że zobaczymy się za trzy miesiące, kiedy przylecą po świętach, bo bilety tańsze. Jest internet, są telefony i skype. Rozum wie, że będzie dobrze, ale serce jest przygniecione strachem, niepewnością i tęsknotą. Nie jest łatwo wypuścić kogoś, kogo się miało na wyciągnięcie ręki przez ostatnie 27 z 30 lat, które mam. 

Będzie dobrze.

23:15, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 września 2013
Pożytek z wycieku

Już w poprzednim wpisie sygnalizowałem, że sprawa wycieku danych z fejsbukowego konta Przemysława Holochera jest moralnie dwuznaczna. Tak, dane te zdobyto w sposób nielegalny, z pogwałceniem obowiązującego prawa i reguł społecznych. Mimo to potrafię to usprawiedliwić działaniem w interesie tego samego społeczeństwa, bo przecież to nie jest zwykły Iksiński z ulicy, ale prowodyr jawnie antypaństwowej organizacji słynącej z agresywnych wystąpień skierowanych wobec wszystkich, którzy nie zgadzają się z jej wizją świata. Dlatego też za chybioną uważam konkluzję Ewy Siedleckiej z Gazety Wyborczej, która zakończyła swój komentarz słowami dziś Holocher - jutro tyA to nieprawda tak długo, jak ten "ty" nie stanie się kimś takim jak Holocher, czyli osobą po prostu niebezpieczną dla otoczenia.

W podobnym tonie wypowiada się Jakub Dymek z Krytyki Politycznej, pytając czy naprawdę chcemy uznać wycieki za pełnoprawną metodę walki politycznej. Problem w tym, że to już nie jest walka pomiędzy stronnictwami politycznymi, tylko pełzająca otwarta wojna, którą narodowcy oficjalnie wypowiedzieli społeczeństwu 11 listopada zeszłego roku na warszawskiej Agrykoli. Sami wystawili się poza nawias cywilizowanych reguł gry, stawiając na nagą siłę i strach, wprost mówić o tym, że każdy, kto mówi i myśli inaczej powinien czuć się zagrożony. 

Tej wojny nie widać na co dzień. Ona się toczy na obrzeżach, z dala od spokojnych domów zamieszkanych przez intelektualistów i klasę średnią. Na razie dotyka innych - bezdomnych, Romów, uchodźców z Czeczenii, squatersów, homoseksualistów i lewaków. Doniesienia o pobiciach, podpaleniach, rozpędzaniu artystycznych wystaw na chwilę pojawiają się w mediach i znikają, zaludniając czwarte i piąte strony gazet. Od czasu do czasu przebiją się do mediów ogólnokrajowych, ale niewiele z tym się dzieje dalej. Raz do roku ta wojna przychodzi do Warszawy, ale i wtedy łatwo ją wytłumaczyć symetrystycznym zestawieniem burd pomiędzy kibolami i antifą. Postronni spokojni obserwatorzy nie widzą zagrożenia, widzą irytującą niedogodność niepozwalającą normalnie przejść z jednej strony ulicy na drugą. Postronni spokojni obserwatorzy nie czują się zagrożeni, bo nie zdają sobie sprawy, że są chronieni.

Pojawiające się co jakiś czas głosy o nadchodzącym zagrożeniu są bagatelizowane, czasem wręcz budzą rozbawienie i niezamierzony komizm. Przecież nic się nie dzieje, codzienna wyprawa po bułkę i coś do bułki jest niezagrożona, wszystko dzieje się swoim torem, więc o co ten krzyk? Wojny nie ma, bo jej nie widać. A nie widać jej, bo nie dotyka ciebie. I ciebie. I ciebie. Ale nie dotyka ciebie, bo na razie dotyka mnie.

Tu, na pierwszej linii frontu nie jest kolorowo. My też zepchnęliśmy wojnę głęboko w podświadomość, ale wiemy, że jest i żyjemy w ciągłym napięciu. Wiemy, że jesteśmy obserwowani i to obserwowani z pełną nienawiścią. Każdy telefon od najbliższej osoby na milisekundę zwija żołądek w ciężką ołowianą kulę, a po chwili budzi poczucie ulgi, że jednak wszystko w porządku. Każdego razu stając przed swoimi drzwiami cieszę się, że nie zostały pomazane czy podpalone, podobnie jak stojący pod domem samochód. Oczywiście, przesadzamy i zachowujemy się histerycznie, a bezpośrednie groźby pozbawienia życia, które usłyszeliśmy od prowodyra łódzkich narodowców wracając z marszu równości były powiedziane dla żartu. Czasem naprawdę żałuję, że nie spytałem go, czy to jego oficjalne stanowisko i czy może mi to dać na piśmie - może wtedy ktoś potraktowałby to poważnie. 

Życie na krawędzi wojny ma swoją cenę, którą płacimy. Napięte nerwy, ciągła czujność. Jesteśmy jak straż i czasem jesteśmy zmuszeni dokładnie się tak zachowywać, obstawiając niepodobające się narodowcom spotkania i wyprowadzając uczestników na zewnątrz, pilnując, żeby nikt ich nie pobił tylko za to, że spotkali się z kimś nie myślącym jak Holocher czy Małecki. Coraz częściej i częściej, bo incydenty z brunatnym kolorem w tle się mnożą, dosięgając coraz to nowe osoby. Wiemy, że ta fala rośnie i że któregoś dnia wreszcie przełamie wały i wleje się do bezpiecznego świata klasy średniej, a momentem otrzeźwienia będzie pogrzeb któregoś z nas.

Bardzo łatwo jest stanąć z boku i przywdziewając białą togę umyć ręce od całej tej sprawy, powołując się na święte zasady poszanowania prywatności i godności Holochera. Łatwo odwrócić się i z obrzydzeniem powiedzieć o niemoralnym zachowaniu, samemu stojąc na pozycji nieskazitelnego arbitra elegancji. Ja jednak uwielbiam oddychać i po prostu żyć i dla tych zasad nie zamierzam umierać. I jeśli ten wyciek w jakikolwiek sposób odsunie ode mnie wiszące nade mną ciągłe zagrożenie, to ja się z tego cieszę i się tej radości nie wstydzę. I nie dziwi mnie festiwal radości wokół mnie, bo wszyscy czujemy się dziś tak, jakby ciężka czarna chmura wisząca nad nami od tak długiego czasu zmalała i rozproszyła się. Tak, nie zniknęła, wiemy to. Ale przynajmniej po raz pierwszy od dawna możemy zdjąć z siebie choć część ciężaru i choć trochę się odprężyć. Choć tyle.

czwartek, 05 września 2013
Zróbmy to na Holochera

Święta przyszły w tym roku trzy miesiące wcześniej. Nieoczekiwany prezent w postaci starannie zebranych prywatnych wiadomości i postów w zamkniętych grupach popełnionych przez Przemysława Holochera po prostu pojawił się w internecie i chyba każdego lewaka przyprawił o szeroki uśmiech. Nieczęsto bowiem dostajemy w swoje ręce tak głęboki wgląd w to, jak działa polska skrajna prawica.

Ta radość jest oczywiście przyćmiona tym, że te dane wykradziono. Nie zostały udostępnione przez samego zainteresowanego, nie wyciekły dlatego, że ktoś był nieostrożny. Powiedzmy sobie wprost - te dane skradziono i jest to czyn kryminalny. Mimo to dający się wytłumaczyć w kategoriach działania na rzecz ogółu społeczeństwa, bo w końcu chodzi o człowieka będącego jedną z centralnych postaci ruchu nawołującego wprost do obalenia obecnego systemu politycznego w kraju i do eliminacji elementów jemu przeciwnych. Nie jest to baranek ani dbający o swój kraj łagodny patriota, tylko jeden z architektów bardzo niebezpiecznego antypaństwowego ugrupowania.

Przebijanie się przez niemal 700 prywatnych wiadomości Holochera jest lekturą fascynującą. Mamy tu wszystkich tuzów ruchu narodowego (Winnicki, Bosak, Zawisza, Małecki, Krejckant) jak i kilka znanych nazwisk zdawałoby się z nieco innej bajki (Ziemkiewicz, Kukiz, młody Wildstein). Z bliska widzimy jak wykuwały się struktury i jak przebiegały frakcyjne podziały, bardzo głęboko rysujące oblicze dotąd tak jednorodnego i zwartego organizmu, jakim Holocher et consortes chcieli się przedstawiać. Czytamy o organizowaniu zjazdów i marszów, czytamy wstępne projekty ideowych deklaracji, znajdujemy też zaskakujące smaczki, jak ten, w którym Paweł Kukiz otwarcie mówi, że lepiej przedstawiać się w mediach jako ofiara czy ten, gdy Holocher z jednym ze swych towarzyszy rozmawia o tym, jak konstruować przekaz medialny tak, by wina spadła na złych lewaków z antify. Pojawiają się też insynuacje pod adresem Krytyki Politycznej i Seweryna Blumsztajna, a nawet rozbrajające w swej naiwności doniesienie na policję, że przyjeżdża antifa - nieźle jak na antysystemowców brzydzących się donosami na "psiarnię".

Są elementy komiczne, jak ten, gdy Robert Winnicki wzdycha, że tak mało kobiet jest na prawicowych imprezach, są też elementy groźne, jak te dotyczące zwoływania "sekcji sportowej", a w rzeczywistości ulicznej bojówki. Niektóre dyskusje przypominają rozmowy chłopców, jak te dotyczące wyboru kroju mundurów dla Straży Marszu Niepodległości, a niektóre rozśmieszają do łez, jak ta, w której okazuje się, że nazwa "Ruch Narodowy" została wybrana poprzez... facebookową ankietę, a wygrała tylko dlatego, że ktoś usunął z niej konkurencyjną "Nową Polskę". Złapała się w tym wszystkim nawet pogwarka narodowych pań, nazywających siebie zdrobniale "grzybkiem" i "ziemniaczkiem" i dziergających różową jak kucyponek laurkę dla polonijnego mecenasa ruchu, Kobylańskiego.

Jest i śmieszno i straszno. Oczywiście można traktować to jako krotochwilę, ale jest to znalezisko niezwykle cenne pod względem operacyjnym. Dostajemy w swoje ręce np doskonale rozrysowaną strukturę ruchu na Górnym Śląsku, z nazwiskami, telefonami i emailami. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo namiary na wszystkich ważnych i mniej ważnych narodowców też tam są. Z tego chociaż powodu z tego prezentu cieszy się też zapewne policja i służby bezpieczeństwa wewnętrznego - te dane zwyczajnie zaoszczędziły im mnóstwa żmudnej operacyjnej pracy i wyjaśniły ogromną część wątpliwości, zawężając szeroki dotychczas krąg spekulacji.

Jaka nauka z tego płynie dla nas? Przede wszystkim taka, że nawet najlepsze zabezpieczenia nic nie znaczą, jeśli powierzamy je czemuś tak słabo strzeżonemu jak facebook. Wystarczy zgubić telefon (albo utracić go w dowolny sposób na czyjąś rzecz) i te dane, które powierzyliśmy facebookowi popłyną szerokim strumieniem w świat. Oczywiście najczęściej nie będzie to nic ważnego - jakieś plotki, jakieś małe sekrety, przez które ktoś się obrazi, a ktoś wypełni pozew rozwodowy albo i tego nie. Jeśli jednak już musimy ustalać ważne kwestie organizacyjne, jeśli już musimy dzielić się hasłami i istotnymi danymi dotyczącymi naszego życia, to nie róbmy tego poprzez portal społecznościowy, bo skończymy jak niedoszły führer ruchu narodowego w Polsce.

wtorek, 03 września 2013
Legenda o ul. Żurawiej

Wspominając dzieje Litzmannstadt Ghetto pojawia się czasem pytanie, jak to się stało, że za jego drutami udało się odciąć niemal 200 tys. osób i że byli oni tam zupełnie odcięci od zewnętrznej, aryjskiej strony. Aby zrozumieć ten fenomen, należy poznać kilka faktów, o których nie zawsze się pamięta, bądź ze sobą łączy.

Po pierwsze - getto, wbrew pozorom, miało swoje naturalne granice. Dziś, mieszkając w Łodzi, nie zawsze je widzimy i jako naturalną barierę wyobrażamy sobie dużą rzekę albo las - zupełnie zapominając, że południowa granica getta w zasadzie się o rzekę opierała. Tą rzeką była niewidoczna dziś niemal zupełnie Łódka, której niezabudowana dolina rozciągała się od cmentarzy na Dołach aż po dzisiejszy park staromiejski i Manufakturę. Tereny te w zasadzie do dziś są niezabudowane, nie licząc budynku dworca północnego (powojennego) i nielicznych, również powojennych budynków mieszkalnych. Bardziej zwarta zabudowa zaczynała się tam, gdzie dziś jest park staromiejski i to właśnie dlatego dziś jej tam nie ma - Niemcy w 1940 zadbali o to, żeby ta jedyna łączność z południem została przerwana, wyburzając istniejące tam budynki i tworząc pustą strefę buforową, na której pojawienie się groziło natychmiastową śmiercią. Pomiędzy gettem a dzisiejszą Manufakturą też jest dość pustego miejsca, a południowa strona ul. Lutomierskiej bliźniaczo przypomina południową stronę ul. Wojska Polskiego. 

Po drugie, teren getta nie był skanalizowany. Jak ważna była obecność kanałów, świadczy historia wojennej Warszawy, gdzie służyły one do kontaktów pomiędzy różnymi dzielnicami, szmuglu towarów i w końcu ludzi. W Łodzi było to niemożliwe - kanalizacja nie dotarła ani na Stare Miasto ani na Bałuty, a jedyną możliwością dostania się do wewnątrz getta było podejście pod same jego druty poprzez opisany już wyżej pas ziemi niczyjej, gdzie było się wystawionym na strzał wartowników jak na dłoni. Można też było "skorzystać" z którejś z przecinających getto ulic (Zgierska, Aleksandrowska), ale przejazd nimi był możliwy tylko tramwajem, który miał zasłonięte okna, nie miał przystanków, a na podeście jechał wachman.

Po trzecie, zdążyliśmy zapomnieć jak narodowościowo i terytorialnie zaludniona była przedwojenna i wojenna Łódź. Przywykliśmy myśleć, że Żydzi zamieszkiwali Bałuty i Stare Miasto - i tak było w istocie, na Starym Mieście w przytłaczającej wręcz większości 97%. Ale Żydzi zamieszkiwali też ogromną część dzisiejszego śródmieścia. Pomorska, Jaracza, Rewolucji, Narutowicza czy północna część Piotrkowskiej to były żydowskie ulice. Na dobrą sprawę limes ludności żydowskiej stanowiła dopiero ul. Andrzeja, a także tereny linii kolejowej, oddzielającej dwie części dawnej Nowej Dzielnicy - północną, wokół ul. Narutowicza, zamieszkaną przez polską i żydowską inteligencję i południową, zamieszkaną głównie przez polską biedotę (dzisiejsze ulice Tuwima, Nawrot, Targowa, Wodna, Wysoka etc).

Zimą 1939/40 okupant zarządził daleko idące przesiedlenia - Żydzi mieli zostać skupieni na Starym Mieście i na Bałutach, a puste mieszkania po nich w całym północnym Śródmieściu otrzymali Niemcy. Polacy również mieli się z tego terenu wynieść - w przeciwną stronę, do planowanej polskiej dzielnicy z centrum wokół dzisiejszego pl. Reymonta. W ten sposób dwie społeczności, żydowska i polska, zostały odseparowane od siebie szerokim pasem zamieszkanym przez Niemców, którzy w zdecydowanej większości byli nastawieni do swych niedawnych sąsiadów obojętnie bądź wrogo. Dodajmy do tego dziesiątki tysięcy świeżo przesiedlonych na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow do Łodzi Niemców z terenów zajętych przez ZSRR (Besarabia, Wołyń, kraje nadbałtyckie) którzy nie mieli żadnego interesu w tolerowaniu kontaktów polsko-żydowskich, a obraz odcięcia będzie niemal kompletny.

Po czwarte wreszcie, przyjmując warszawskocentryczną wizję historii II wojny światowej zapominamy, że nie wszystkie tereny przedwojennej Polski weszły w skład Generalnego Gubernatorstwa. Łódź, tak samo jak Wielkopolska, Pomorze i Śląsk weszła bezpośrednio w skład Rzeszy i miało to swoje dalekosiężne konsekwencje, których Polacy z terenów GG nie rozumieją. Dla zobrazowania tej różnicy posłużę się analogią, która mam nadzieję wybaczą mi ci, którzy wojnę pamiętają z autopsji. Mieszkając w Polsce doskonale zdajemy sobie sprawę z różnicy w skali niemieckiego terroru, jaka istniała między zachodem okupowanej Europy (Francja, kraje Beneluksu), a Polską. Niemiecka okupacja Francji przyjęła dla nas obraz znany z popularnego serialu Allo Allo - trochę straszna, a trochę śmieszna. Za to u nas... Wiadomo. Tymczasem gdybyśmy chcieli oddać skalę różnicy pomiędzy okupowaną Warszawą czy Krakowem a Łodzią czy Poznaniem, to musiałaby być ona równie duża. To, co udawało się w Warszawie w Łodzi było po prostu niemożliwe. Tutaj, w Rzeszy, polszczyzna miała być wytępiona i miało tu nie pozostać ani jednego Polaka (o Żydach nie wspominając). Terror i zastraszenie były niewspółmiernie większe, podobnie jak liczba miejscowych Niemców i volksdeutschów, gotowych donieść na gestapo o każdej podejrzanej działalności. Konspiracja w takich warunkach była niezwykle trudna i była znaczona raz po raz aresztowaniami i kolejnymi rozbiciami podziemnych komórek, a kolejni ich przywódcy salwowali się ucieczką właśnie do Warszawy, bo tam szło się jeszcze ukryć. O ile udało im się przedrzeć przez polsko-polską granicę pomiędzy ówczesną Rzeszą a GG, o której istnieniu też nie do końca zdajemy sobie sprawę, a która realnie istniała i była pilnowana równie nieustępliwie jak inne państwowe granice (i na której, nota bene, zginął mój wujek).

W tych warunkach jakakolwiek pomoc Żydom była niezwykle trudna, jeśli nie niemożliwa. Mimo to zdarzała się, a podejmujący się jej ryzykowali śmiercią nie tylko własną, ale też innych mieszkańców sąsiadującej ulicy czy domu. Opowiedziano mi kiedyś historię mieszkańców ul. Żurawiej, których po prostu rozstrzelano, po kolei, bo ktoś od tej strony przerzucił do getta jedzenie. Ile jest w tym prawdy, nie wiem, ale ta legenda dość dobrze oddaje stosunki w ówczesnej Łodzi i poziom zastraszenia, jaki w mieście panował. Tym większy szacunek należy się tym, co pomagali i te warunki powinniśmy mieć w głowie sądząc tych, którzy na tę pomoc się nie zdecydowali.

piątek, 30 sierpnia 2013
Dzięki wspaniałym

Kiedy żyjesz w kraju, w którym edukacja seksualna nie istnieje a jeszcze okazuje się, że Twoje dochodzące do głosu preferencje seksualne nie do końca zgadzają się z tym, co widzisz na co dzień, uczucia takie jak niepokój, strach i zaprzeczenie stają się Twoimi nieodłącznymi towarzyszami. Masz naście lat i wszystko zaczyna się składać w niepokojący, bardzo wyraźny obraz. Nie jestem taki/taka jak wszyscy, jestem inna/inny. 

Z czym wiąże się poczucie inności wiemy chyba wszyscy. Przede wszystkim z samotnością ale i wstydem - bo przecież to NIE jest normalne. To jest inne, nienormalne, więc trzeba to ukryć, zachować głęboko, zakopać, żeby nikt nie zauważył. Wyprzeć, może odrzucić. Ale nie da się, to wróci.

Kiedy masz naście lat, grupa rówieśnicza i jej wyroki są najważniejsze. A tu, jak w soczewce, skupia się cały konformizm i opresja, jakie dorosłe społeczeństwo daje swoim dzieciom. "Pedał", "ciota" - słowo jak stygmat, natychmiastowy wyrok i zesłanie w jedną stronę. Piekło, którego za wszelką cenę chce się uniknąć, więc inność chowa się głęboko w sobie, tak głęboko, że nie wie o niej nikt.

Efekty tego widzimy codziennie, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chłopak, który rozkwitł dopiero w momencie, gdy skończył trzydzieści lat. Dziewczyna, która dopiero przed czterdziestką odważyła się wreszcie ulec i pogodzić ze sobą i swoimi potrzebami. Pozytywne historie, za którymi stoją lata zaprzeczenia i wewnętrznej walki. Lata nieudanych związków i zawodów, zwątpienia, że kiedykolwiek będzie można żyć w zgodzie z samym sobą, bez bolesnego rozdwojenia. A przecież tyle jest tych, którzy albo wciąż walczą, albo już się poddali i zgaśli.

Ja miałem szczęście. Miałem naście lat i dostęp do telewizji satelitarnej, za pomocą której odbierałem niemieckie kanały, takie jak RTL 2, PRO7 czy VOX. A na nich programy, których nazwy pamiętam do dziś, jak litanię. Peep!, Liebe Sünde, Wa(h)re Liebe. Programy, które możemy nazwać erotycznymi, ale nie w sensie Różowej Landrynki (co nota bene doskonale pokazuje przepaść w postrzeganiu seksu w Polsce i w Niemczech), tylko w sensie poznawczym, poradnikowym, ale i rozrywkowym. 

Peep! był najlżejszy - był czymś w rodzaju talk show kończącego się tym, że zaproszeni goście konferowali z prowadzącą program piękną Veroną Feldbusch w basenie, popijając drinki i rozmawiając o seksie i wszystkim, co dookoła niego. Owszem, miało to lekko hedonistyczny posmak, ale przede wszystkim płynęła z tego afirmacja - seks to taka sama dziedzina życia jak pozostałe, więc czemu mielibyśmy się napinać. 

Pozostałe dwa programy składały się m.in. z krótkich felietonów pokazujących najróżniejsze kwestie dotyczące ludzkiej seksualności. To z nich dowiedziałem się, kim są swingersi i że mają w Niemczech swoje kluby. To tu mogłem zobaczyć, jak bawią się fani BDSM i że nikomu od tego nie dzieje się krzywda. To tu zobaczyłem po raz pierwszy transwestytów i transseksualistów i stąd dowiedziałem się, czym się od siebie różnią. I że jeden z nich, kryjący się pod zjawiskową personą Lilo Wanders, może prowadzić poradnikowy program w popularnej telewizji, dostając listy z całego świata, w tym i z Polski. To z tych programów uczyłem się, jak różnorodny jest świat i jak różni są ludzie i ich upodobania. I że moje własne nie są w żaden sposób wyjątkowe czy niecodzienne - ot, jestem jednym z wielu. I to było wspaniałe.

Te programy były niezwykle egalitarne. Pokazywały najróżniejszych ludzi - młodych, starych, chudych i grubych, zdrowych i niepełnosprawnych - i wszyscy oni mieli prawo do szczęścia i swojej seksualności. Teraz wiem, że tak jest, ale wtedy, w Polsce połowy lat 90-tych było to dla mnie prawdziwą rewolucją. 

Dziś już nie jest tak prosto. W Polskich kablówkach miejsce niemieckich kanałów zajęły kolejne klony ze stajni Polsatu i TVN. Dzieciaki dostały internet - przepastny i wypełniony informacją, ale tak naprawdę pusty, bo najpierw trzeba wiedzieć, czego szukać i gdzie. Edukacji seksualnej jak nie było w sposób systemowy, tak nie ma. Jeśli ma się kupę szczęścia, to można trafić na zajęcia prowadzone przez Fundację SPUNK, która przy okrzykach oburzenia ze strony kościelno-prawicowej niesie kaganek seksualnej oświaty wśród łódzkich gimnazjalistów. 

Marzę o kraju, w którym sprawy seksu przestaną być kwestią ideologiczną, a będą traktowane z należnym szacunkiem. Kraju, w którym seksualna inność nie będzie wykluczała, tak jak nie wyklucza to, że ktoś jest brunetem lub ma szare oczy. Kraju, w którym dzieci będą uczone w szkołach szacunku dla siebie nawzajem, a edukacja seksualna będzie oparta na stanie obecnej wiedzy naukowej, a nie na poglądach katechety prowadzącego zajęcia z wiedzy o życiu w rodzinie. Kraju, w którym urzędnik nie będzie pisał, że proponowany przez mieszkańców miasta punkt edukacji seksualnej dla młodzieży jest czymś mało dyplomatycznym i budzącym kontrowersje. Kraju, w którym ci "inni" nie będą musieli tłumić w sobie tego, jacy są i jak czują, rujnując życia swoje i swoich bliskich.

Wiem, że polskie stacje telewizyjne nie staną na wysokości zadania, podobnie jak nie zrobi tego internet, choć z zupełnie innych powodów. Widzę palącą potrzebę systemowego rozwiązania - powszechnej, obiektywnej edukacji seksualnej dla dzieci i młodzieży, ale też i szerszego mówienia o sobie i swoim życiu przez tych, którzy zdecydowali się wyjść z szafy. Na razie jednak pozostaje nam partyzantka i mozolna praca u podstaw - dlatego tak bardzo jestem wdzięczny dziewczynom ze SPUNKa i wszystkim ludziom dobrej woli, którzy im pomagają. Wdzięczny jestem radnym Urszuli Niziołek-Janiak i Pawłowi Bliźniukowi za to, że jasno powiedzieli, że urzędnicza nauka o dyplomacji jest niedopuszczalna i że dali punktowi edukacji zielone światło wpisując go na listę zadań możliwych do zrealizowania w ramach budżetu obywatelskiego. Wdzięczny jestem wszystkim tym, którzy dzwonili do urzędu miasta i kontaktowali się z urzędnikami innymi drogami, zmuszając wydział do pospiesznej zmiany zdania. Wdzięczny wreszcie jestem Michałowi, który postanowił prowadzić bloga opisującego jego życie człowieka niekoniecznie chcącego ubierać się tak, jak według społeczeństwa powinien ubierać się mężczyzna - bo dzięki temu, co pokazuje i co pisze bardzo wielu innych przekona się że można i że nie są z tym zupełnie sami.

Dzięki serdeczne Wam wszystkim za to, że jesteście i działacie, zbliżając nas codzienną żmudną pracą do realizacji mojego marzenia. Jesteście wspaniali!

 

Tagi: Łódź
17:47, gothmucha , am.tv
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 sierpnia 2013
W dole z wapnem

Co jakiś czas cyklicznie powracają pewne archetypiczne dyskusje, które nazywam kalibrującymi. Jedną z nich jest dyskusja o przysłowiowym "żulu", posiadająca dwie mutacje: "żul w tramwaju" i "żul na Piotrkowskiej". W tym pierwszym przypadku problemem jest to, że obywatel jedzie i śmierdzi, zatruwając swoją osobą podróż pozostałym pasażerom, w tym drugim, że obywatel nie dość dobrze wyglądający przebywa w reprezentacyjnej przestrzeni i nie konweniuje z przestrzenią wokół.

Typowa dyskusja toczy się w ten sposób, że najpierw określany jest problem ("żul śmierdzi" "żul żebrze"), a potem sypią się rozwiązania sytuacji. Są one mniej więcej zawsze te same: wysadzić (z tramwaju), wywieźć, wysiedlić gdzieś daleko na obrzeża miasta. Co bardziej radykalni mieszczanie dorzucają gratis zachętę dla służb porządkowych, aby częściej używały środków przymusu bezpośredniego. Do tego dochodzą refleksje natury ogólnej, również powtarzające się. Że to nieroby, że przepijają zasiłki, że darmozjady żyjące na "nasz" koszt, że patologia i że przysłowiowa plazma na ścianie, a w lodówce pusto (o tym co wolno biednemu można nota bene przeczytać tu). Więc należy przykręcić im śrubę - zabrać zasiłki, wysiedlić z centrum miasta (najlepiej z miasta w ogóle), zabronić wstępu do tramwaju, do parku, na reprezentacyjną ulicę i do centrum miasta w ogóle. Wszystko to tłumaczone jest estetyką, porządkiem, przewija się też specyficznie pojmowane bezpieczeństwo, a nawet kwestie zdrowotne (że wszy, że można się zarazić i tak dalej).

Wszystkie te głosy mają jedną podstawową cechę wspólną - ich przedmiot jest odczłowieczony, jest właśnie przedmiotem, a nie podmiotem równym dyskutującym. To nie jest mieszkaniec, obywatel czy nawet człowiek - to jest żul, menel, pijak, patologia, brudas. Gdy przypomnieć dyskutantom o tym, że to taki sam człowiek jak oni sami, podnosi się oburzenie. Dyskutanci nie widzą takiej możliwości. Nie zdają sobie sprawy, że za każdą taką osobą stoi ludzki dramat i nieszczęścia, jakimi w swoich szczęśliwych życiach najprawdopodobniej się nawet nie zetknęli. A nawet jeśli się zetknęli, to mieli po prostu więcej szczęścia, umiejętności bądź lepszą siatkę kontaktów pozwalających po prostu przetrwać. Będąc niemal bez wyjątku członkami klasy średniej, bądź klas aspirujących do bycia klasą średnią dyskutanci nie widzą, że ich własny kapitał kulturowy i społeczny jest bez porównania wyższy i że gdyby nie ten kapitał, odziedziczony i wypracowany nie przez nich samych, a przynajmniej nie wyłącznie, to prawdopodobieństwo znalezienia się w miejscu tych pogardzanych "żuli" wzrastałoby wielokrotnie.

Gdy w takiej dyskusji pojawia się głos wskazujący na to, że to są przecież ludzie i że trzeba im współczuć a nie ich prześladować, pojawiają się równie typowe odpowiedzi. "Skoro ich tak kochasz, to dlaczego nie weźmiesz ich pod swój dach?" "Czy dałabyś wykąpać się żulowi w twojej łazience?" "Dlaczego ich bronisz, przecież sami są sobie winni". Wyzierają zza nich dwie kwestie. Pierwszą z nich jest  samotność jednostki w systemie w zderzeniu z sytuacją problemową, drugą zaś brak empatii czy szerzej, zdolności do postawienia się w czyjejś sytuacji i zrozumienia mechanizmu który do tej sytuacji doprowadził.

Osoba nocująca na klatce schodowej bloku czy kamienicy i załatwiająca na niej swoje potrzeby fizjologiczne jest realnym problemem, na który państwo nie potrafi odpowiedzieć. W gospodarce ciągłego socjalnego niedoboru potrzeby opieki społecznej są zaspokajane na najniższym możliwym poziomie. System wspiera o tyle, żeby przeżyć, natomiast nie daje pieniędzy na narzędzia, które pozwoliłby wyciągnąć tych ludzi z ich kłopotów. Co z tego, że raz na jakiś czas zbierze się ich z ulicy, umyje, ostrzyże, odwszy i da nowe ubrania, skoro w żaden sposób nie rozwiązano powodu, dla którego na tej ulicy się znaleźli? To systemowe niedomaganie połączone z brakiem społecznej empatii, który owocuje społecznym przyzwoleniem na dalsze cięcia "socjalu" i powoduje, że sama chęć zwiększenia zasiłków staje politycznym samobójstwem powoduje, że znajdujemy się w sytuacji praktycznie bez wyjścia.

W takiej sytuacji rodzą się wołania o rozwiązania ekstremalne. Pojawiają się głosy, że już nie tylko wysiedlać czy nie wpuszczać, ale wprost eksterminować. Tytułowy dół z wapnem nie wziął się znikąd, nie jest poetycką przenośnią. Jest żywcem wyjęty z dyskusji, którą miałem nieprzyjemność obserwować niedawno. Brali w niej udział normalni, zwykli, sympatyczni ludzie, z jakimi chętnie spotykamy się wieczorem i których nie podejrzewalibyśmy o tak radykalne poglądy. A jednak. Po raz kolejny zadziałał stary mechanizm, znany nam choćby z lat II wojny światowej. Po jej zakończeniu dziwiono się, jak to się stało, że tak wielu porządnych ludzi robiło i przyzwalało na okrucieństwa w nieznanej wcześniej skali. Sednem było odczłowieczenie. Ci ludzie nie skrzywdziliby nikogo, kogo uważali za równego sobie, człowieka takiego jak oni sami. Ale kategoria "człowieka" nie obejmowała bowiem wszystkich homo sapiens, pozostawiając za nawiasem wszystkich pod- i nieludzi. A to już uchylało bramę prowadzącą do przemocy i bestialstwa.

Nie ma prostego rozwiązania problemu bezdomności, alkoholizmu, strukturalnej biedy i dziedziczonej bezradności. Lekarstwem na to nie są kontenery, ani kolejne cięcia w polityce socjalnej, nie jest nim też segregacja i oddzielanie „problemowych” obywateli od reszty „zdrowego” społeczeństwa. Rewitalizacja rozumiana nie jako remonty, ale jako wieloletnia praca u podstaw z lokalną społecznością, mądra polityka edukacyjna i socjalna, inkluzywność i tworzenie szans na poprawę swojej sytuacji – to wszystko narzędzia doskonale znane i od wielu lat z sukcesami wykorzystywane na szeroko pojętym Zachodzie ale nie tylko. Najwyższy czas odejść od leczenia objawowego, często przyjmującego formę zwyczajnego pudrowania rzeczywistości, a zająć się wreszcie przyczynami.


czwartek, 22 sierpnia 2013
And I will be too faithfull to you



Łódź Kaliska - Zgierz - Kutno - Włocławek - Toruń - Bydgoszcz - Piła - Jastrowie - Okonek - Szczecinek. Śmiech, papierosy, bułki na stacji i gra w tysiąca w piętrowym wagonie. Martensy, walkman i taśma z tą płytą, zgrana do ostatniej nuty. Wyprawy do nocnego i nad jezioro, kanałami, bo przecież na ulicach biją. Śliwkowe wino, wypijane duszkiem, autostop do Mielna i listy, dużo listów. 

Przyjaciele, którzy wyjeżdżają do innego kraju i przyjaciele, których już nie ma, choć zostawili w moim życiu niezacieralny ślad. Płaczę, a pod Okonkiem zakwitły wrzosy rozsiane przez czołgi

01:11, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 sierpnia 2013
Queer as Jolene

Kilka razy sygnalizowałem już, że bardzo lubię, gdy w jakiejś piosence zmienia się płeć podmiotu lirycznego, wprowadzając dodatkowy stopień napięcia i nieoczywistości. Weźmy stary hit Dolly Parton, Jolene:



Tekst nawet dziś robi wrażenie - jak nieczęsto zdarza się, że ktoś zdobywa się na akt tak krańcowej desperacji, żeby uznać publicznie że jest gorszy niż tytułowa Jolene, która jednym skinieniem palca może odebrać ukochaną osobę - tak po prostu, bo może. Ta piosenka to z jednej strony pean na jej cześć, a z drugiej prośba zdesperowanej do granic ostateczności kobiety. I o ile potrafimy sobie to jeszcze jakoś wyobrazić, to czy na podobny gest byłby w stanie zdobyć się mężczyzna? Tutaj z pomocą przychodzi nam Jack White i jego White Stripes:



I kiedy już się przekonujemy, że mężczyzna może, jak najbardziej, to jednak dochodzimy do wniosku, że od White'a może bardziej przekonywujący byłby ktoś z podobnej parafii, co sama Dolly Parton - może Roy Orbison? 

Ponieważ niestety nie dysponujemy Orbisonem, z pomocą przychodzi nam stara zabawa znana użytkownikom gramofonów - zwalniane i przyspieszanie obrotów. Każdy, kto kiedykolwiek bawił się gramofonem wie, że mamy do dyspozycji co najmniej dwie prędkości - 33 i 45 obrotów na minutę. I jeśli zwolnimy z 45 obrotów na 33, dostajemy w efekcie takie cacuszko: 



Brzmi perfekcyjnie, szczególnie że poleca tę wersję sam Stephen Fry, którego bardzo kochamy i ulubiamy i z tego miejsca serduszkujemy. Ale ponieważ jesteśmy ciekawymi misiami i chcemy, żeby nasz bohater cierpiał z jeszcze większym uczuciem, natchnieniem i basem, to zwalniamy jeszcze trochę... i w sumie dostajemy wersję The Sisters of Mercy:



Taaaak, jest absolutnie okropna i absolutnie straszna, ale the hell - jakże on pięknie cierpi przy mikrofonie! A Jolene i tak weźmie sobie co jej - nie bacząc na płacze, prośby i upokorzenie.

Tagi: queer
13:56, gothmucha , discotraxx
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52