środa, 14 sierpnia 2013
Rżewski rauSS

Aleksy Rżewski Urodził się w rodzinie robotniczej. Do 1923 roku działał w PPS. Wielokrotnie więziony. Uciekł z zesłania na Sybir. Uczestniczył w walce niepodległościowej. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej w Lublinie w listopadzie 1918 roku mianował go komisarzem rządowym miasta Łodzi. 27 marca 1919 roku Rada Narodowa miasta Łodzi wybrała go pierwszym prezydentem miasta w niepodległej Polsce. Wprowadził w Łodzi, jako pierwszym w Polsce mieście, powszechny obowiązek nauczania na poziomie szkoły powszechnej (podstawowej). Utworzył w 1919 roku Oddział Kanalizacji i Wodociągów. Pracował na stanowisku prezydenta miasta do lipca 1923. 1 kwietnia 1927 nominowany na stanowisko starosty łódzkiego, które piastował do 30 marca 1933. Następnie prowadził kancelarię notarialną. Około 11 listopada 1939 r. Aleksy Rżewski został aresztowany podczas dużej akcji łódzkiego gestapo przeciwko inteligencji Łodzi i okręgu łódzkiego, w ramach tzw. "Intelligenzaktion". Wraz z innymi osadzony w obozie przejściowym na Radogoszczu. Stąd krótko potem zabrany i po parodii sądu w siedzibie łódzkiego gestapo rozstrzelany wraz z wielu innymi prawdopodobnie 20 grudnia 1939 w Lesie Łagiewnickim.


piątek, 09 sierpnia 2013
W poszukiwaniu lewicowego think tanku

Mam duży problem z ostatnią notką Wojtka Orlińskiego. Z jednej strony bardzo mi się podoba opisanie mechanizmu, który wyjaśnia ciągłą obecność w mediach ekspertów Centrum im. Adama Smitha i podobnych. Nie to, żebym nie zdawał sobie z tego sprawy - ale zawsze dobrze jest mieć to zebrane w jednym miejscu i gotowe do podania dalej. Ale z drugiej strony - no właśnie, jest kilka problemów, które dość mocno uniemożliwiają mi zakwalifikowanie tej notki jako "podawalnej" dalej, a więc w pewien sposób godnej polecenia.

Po pierwsze i najważniejsze - nie potrafię się zgodzić z ostatnim akapitem wzmiankowanej notki. Zacytujmy: 

Teatr awangardowy, kultura afrykańska, kuchnia wegańska, transseksualizm, lud smoleński - wystarczy się zamachnąć zdechłym szczurem na placu Zbawiciela, żeby trafić w losowego lewicowego działacza NGO’sa, który będzie mógł na te tematy perorować długo i namiętnie. Zapytajcie go o gospodarkę, odleci w bełkot o posttowarowych komunach poliamorycznych.

W jednym akapicie Orliński zmieścił wszystko, co jego zdaniem jest mniej ważne niż gospodarka, unieważniając przy tym wiele dyskusji, które toczą się równolegle, zajmując jakąś część lewicowego dyskursu. Oczywiście, bardzo łatwo jest uciec w stereotyp hipstera w modnej warszawskiej knajpie rozprawiającego o alternatywnych formach seksualności czy o dobrodziejstwach jedzenia cieciorki, ale przy okazji wrzuca się do kosza na śmieci kwestie praw człowieka (bo to się przecież kryje za dyskusjami o transseksualistach czy prawach społeczności opisywanej ogólnie jako LGBT), czy kwestie podskórnego nacjonalizmu (tutaj jako "kultura afrykańska"), który pozostawiony samemu sobie owocuje chociażby kuriozalnymi uzasadnieniami sądowymi znanymi z Białegostoku czy Radomia. A i to w najlepszym wypadku, bo w tym gorszym kończy się to pobiciem i kalectwem.

Ten akapit jest też zwyczajnie nieprawdziwy. Nie jest prawdą, że lewicowe środowiska nie interesują się sprawami gospodarczymi. Krytyka Polityczna wydała serię książek ekonomicznych, a na swych łamach ma też publicystów takich jak Maciej Gdula czy Michał Sutowski, którzy zajmują się właśnie sprawami gospodarczymi. Nowy Obywatel skupia się właśnie na gospodarce, stojąc dokładnie w tym samym miejscu, w którym stanął właśnie Orliński, tworząc dość nieoczekiwany sojusz. I to przecież na łamach NO poszedł duży wywiad z Leokadią Oręziak o OFE (na trzy miesiące przed wywiadem w GW wspomnianym w notce) a ona sama wypowiadała się dla tej gazety wielokrotnie. Również Zieloni mają sporo do powiedzenia o sprawach gospodarki i zrównoważonego rozwoju, publikując regularnie teksty poświęcone tej tematyce w Zielonych Wiadomościach. Nie jest tak, że nie ma lewicowych publicystów gotowych do rozmowy o sprawach gospodarczych, nie jest też tak, że są niedostępni. Prawdą jest tylko to, że nie wyskakują sami z lodówki, zachwalając swoje teksty i to, że nie zawsze mieszkają w Warszawie, co nas płynnie prowadzi do drugiej kwestii.

Łatwo wykonać telefon do zawsze tego samego zestawu ekspertów, ale na dłuższą metę jest to dla medium zabójcze - bo i czemu ja jako odbiorca miałbym chcieć słuchać ciągle tych samych osób mówiących te same rzeczy? Dlatego też wyszukiwanie osób prezentujących inne poglądy jest działaniem jak najbardziej w interesie zarówno dziennikarza, jak i zatrudniającej go redakcji. Zgadzam się i doskonale rozumiem, co znaczy presja dedlajnu i konieczność dostarczenia niusa czy sklejki z gadającej głowy na konkretny czas i miejsce. Nie zgadzam się jednak z całkowitym jej uleganiem i wyrzeczeniem się riserczu na rzecz podręcznego kapownika wypełnionego telefonami do zaprzyjaźnionych dostarczycieli dowolnej ilości kontentu. Jeśli zgadzamy się na takie postawienie sprawy, redukujemy media do roli podajników czyichś idei, a wygrywać będą zawsze tylko ci, którzy są ekspertami na pełen etat, a więc właśnie Gwiazdowscy, Mordasewicze i Balcerowicze. Cała reszta musi po prostu najpierw zarobić na życie i obrażanie się na nich za to że nie zawsze są dostępni nie jest zbyt mądre, szczególnie że nie jest też prawdą to, że lewicowe środowiska są zupełnie niedostępne i że nie generują żadnych gotowców i komunikatów. Żeby jednak je znaleźć należy wykonać minimum wysiłku, którego coraz częściej mediom w dobie portalizacji i tabloidyzacji brakuje.

Orliński, sam walcząc z neoliberalnym dyskursem nieświadomie mu ulega. Hasło "gospodarka przede wszystkim" jest przecież jednym z głównych filarów na których się opiera, a ostatnie 25 lat historii Polski to nieustanne przekonywanie, że kwestia wskaźników na giełdzie, PKB, wzrostu gospodarczego i różnych wykresów jest żywotnie istotna, ważna i poważna, w przeciwieństwie do wszystkich innych niszowych i mało istotnych spraw, interesujących tylko niewielkie grupki i będących tematami zastępczymi. Narzekając na kiepską kondycję dzisiejszych mediów i wprost pisząc o ich upadku, godzi się na konserwowanie systemu, w którym dziennikarz uwolniony jest konieczności wyszukiwania różnych opinii, mogąc oprzeć się na wciąż tych samych nazwiskach. Wyciągając nośny wniosek o oddaniu kwestii gospodarczych walkowerem Orliński nieświadomie wskazuje przede wszystkim powierzchowność własnej wiedzy na temat tego, co się mówi i pisze w lewicowych kręgach oraz własne uprzedzenia skierowane przeciwko przedstawicielom tych środowisk, pogardliwie mówiąc o "bełkocie o posttowarowych komunach poliamorycznych". Gdybym był równie złośliwy, wytknąłbym mu jego własną niechęć do odwiedzania programów porannych i udzielania wywiadów za darmo, ale nie zrobię tego. Powtórzę za to za Hanną Gill-Piątek, że jeśli już coś oznacza porażkę lewicowych think tanków, to to, że udało się tak wytresować publicystów, nawet tych deklarujących lewicowość, że przejęli język neoliberałów i na potęgę krzyczą "gospodarka, gospodarka" zamiast "społeczeństwo, społeczeństwo".

15:10, gothmucha , versus
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Pamięć o Polmerino

Grzebanie na półkach antykwariatów jest dla mnie zajęciem dość nudnym. Znam zawartość każdej z nich jeśli tylko dotyczy ona Łodzi i znajdujące się na niej książki dzielę zazwyczaj na te, które już mam i na te, które mnie z jakiegoś powodu nie interesują. Jest też niewielka sekcja książek, na które mnie po prostu nie stać i tych, które chciałbym mieć, ale się ich boję (tu kłania się przede wszystkim Kronika Getta). Mimo to nadal grzebię - choćby po to, żeby raz na jakiś czas dać się zaskoczyć i wygrzebać coś, co bardzo chcę mieć, a o istnieniu czego dotychczas nie miałem pojęcia. Np o takim czymś:

Wydana w 1979 własnymi środkami zakładu Monografia... jest tak naprawdę liczącym nieco ponad 150 zapisanych obustronnie stron maszynopisem. Maszynopisem niesamowicie ciekawym, bo opisującym zakład który jest praktycznie nieznany. Leżący na uboczu, w cieniu gigantów takich jak szajblerowski Księży Młyn czy odpowiadające mu imperia Poznańskich, Geyerów czy Biedermannów. Zakład o tyle ciekawy, że będący przykładem obecności kapitału francuskiego w Łodzi i łamiący stereotyp Łodzi bawełnianej - bowiem tu zaczynano od wełny.

Fabryka ta podobnie jak inne wielkie łódzkie zakłady stworzyła swój własny zamknięty świat. Położony na uboczu, wzdłuż ul. Wróblewskiego, na tyłach obecnej Politechniki Łódzkiej. Świat, który tworzyło niemal cztery tysiące zatrudnionych w nim osób, ich rodziny oraz ci, którzy żyli z obsługiwania tychże - sklepikarze czy drobni rzemieślnicy. Świat wypełniony po brzegi historią żyjących w nim ludzi - od swego powstania poprzez strajki i wystąpienia w trakcie rewolucji 1905 roku, poprzez wielką wojnę, okres niepodległości i drugą, jeszcze bardziej tragiczną, podczas której produkcja w halach niemal zamarła, a wypełniła je swoją własną niemiecka BMW. No i oczywiście okres powojennej odbudowy i modernizacji, zakończony raptownie i brutalnie cezurą początku lat 90tych.

Dzisiaj nie ma już ani fabryki, ani otaczającego ją świata. Tam, gdzie stały fabryczne budynki, nie ma nic. Jest tylko pustynniejąca pustka z samotnie sterczącym ostańcem wieży. Nie ma fabryki, a po otaczającym ją świecie pozostała wymierająca dzielnica nędzy, kolejny łódzki zaklęty rewir wypełniony sypiącymi się kamienicami, z którego ucieka każdy, kto może i do którego zsyłani są ci, dla których nie starcza już miejsca w lepszych okolicach. Jeśli porównać fabrykę do gwiazdy wokół której orbitują dziesiątki światów, to teraz okolica ta jest jak czarna dziura okolona resztkami tego, co przetrwało zawieruchę wybuchu i ostatecznego kolapsu. Dość zresztą porównać dwa zdjęcia, z roku 1994 i 2007:

Nie ma już Polmerino. Nie ma zakładów Allarta i Rousseau. Zostały nieliczne zdjęcia, zetlałe wspomnienia i historie mówione dawnych mieszkańców tego małego świata. Zostały też nieliczne dokumenty takie jak ta monografia, pisana w momencie największego rozkwitu zakładu, a będąca tak naprawdę jego łabędzim śpiewem i samotną butelką wyrzuconą w przestrzeń, która dotarła do przypadkowego adresata 35 lat później. Jedyne, co mogę zrobić to otworzyć ją i podzielić się jej zawartością z innymi, przekazując tę pamięć dalej.

poniedziałek, 22 lipca 2013
Manifest lipcowy

Prekariuszki i prekariusze! Ludu pracujący Stolicy i innych miast Polski! Towarzysze nierównej walki o przelew!

Wy, którzy zaludniacie zagrody call centers, wy którym podsunięto umowy zlecenie i umowy o dzieło, wy, którzy codziennie budzicie się bez pewności, co będzie za rok, za miesiąc za tydzień. Wy, którzy walczycie od świtu do zmroku i dalej, aż po kolejny świt, biegnąc z pracy do pracy, od zlecenia do zlecenia, nie wiedząc, co to ośmiogodzinny dzień pracy, płatne nadgodziny czy płatny urlop. I wy, bezrobotni i na przymusowym lokaucie, bo projekt zawieszony, bo w tym miesiącu nie ma zleceń, bo musimy ciąć koszty. Wy, którzy na swoich barkach dźwigacie koszty kryzysu, wy, którzy nie macie zdolności kredytowej, ale dano wam Providenta i pożyczki chwilówki. Wy, którzy potraficie z niczego utrzymać siebie i swoje rodziny, wy, którzy byliście szaleni na tyle, żeby mieć dzieci. Wy, piękne duchy zmieniające świat po godzinach, wy, którzy tu zostaliście, choć mogliście wyjechać.

Rzućcie to, co robicie i zatrzymajcie się. Rozejrzyjcie się i pomyślcie, czemu lepiej już było i czemu nie macie siły, by walczyć o więcej. Zatrzymajcie się i rozejrzyjcie wokoło, żeby zobaczyć, jak wielu nas jest. To my, ofiary kolejnego cudu nad Wisłą, to my, których kosztem upaśli się Mordasewicze i ich Lewiatany, to my, którzy nosimy na swoich barkach uczonych ekonomów, bankierów i szychy z rynków finansowych. To my, trzydziesto i dwudziestolatkowie, których skazano na życie w stresie i strachu, bez pewności pracy i płacy, w ciągłej pogoni za następnym przelewem, żeby było co do garnka włożyć. My, którzy nie wiemy, co to stały etat, ubezpieczenie społeczne czy nadzieja na emeryturę. My, którzy płacimy za to wszystko naszym zdrowiem i naszym życiem rodzinnym. My, którzy jesteśmy wściekli, ale nie mamy czasu, aby to wszystko zmienić.

To my - przyszłość tego kraju, której dano złudzenie o bogactwie i prospericie, a która zna tylko ponure czasy kryzysu, który nigdy nie minął. To my - wykluczeni przez brak stałości i brak własności, zazdroszczący tym nielicznym, którym udało się dać przykuć do ściany trzydziestoletnim kredytem. To my - żyjący wciąż na krawędzi, na najwyższej prędkości, bez prawa do wytchnienia i odpoczynku, bo trzeba wykorzystać każdą szansę, by zdobyć kolejny przelew. To my - ofiary własnej pomysłowości i produktywności, elastyczni do granic wyzysku i daleko poza nie. To my - a to powinien być nasz wolny i pełnopłatny dzień.

Wyjdźmy na zewnątrz, połóżmy się na trawie, w słońcu. I zjedzmy czekoladę, by mieć siłę na dalszą walkę.

piątek, 19 lipca 2013
Potęga morza

Tak więc kawałek mojej cegiełki z pomocą Royal Mail dostał się w moje ręce i na zmianę z nową Austrą nie chce wyjść z odtwarzacza. Na razie za wcześnie, żeby ocenić Crystal World poza tym, że wbrew lodowemu tytułowi i mroźnej Islandii w której płyta powstała jest to kawałek bardzo ciepłej i płynnej elektroniki, bardzo w stylu środka lat 80tych zeszłego wieku, tak gdzieś lat '85-'86. 

Muszę się głębiej wsłuchać, objąć tę płytę, teraz, gdy mam ją już fizycznie i gdzie jak zwykle brzmi zupełnie inaczej niż z plików mp3, które dostałem niemal miesiąc temu. Już wiem, że jest bardzo dobrze, chyba nawet lepiej niż na ostatniej płycie Ladytron, a już na pewno spójniej i chyba bardziej od siebie.

Warto było czekać.

niedziela, 14 lipca 2013
Intymność

Nie planowałem dzisiaj żadnych zakupów ani wycieczek co miasta, ale jakoś tak wyszło, że nie mając co robić przejechałem się do Galerii Łódzkiej tak trochę bez celu, żeby zerknąć tu i tam. Z rozmysłem trzymałem się południowej strony centrum, nie przekraczając limes trasy W-Z, co na rowerze jest tak proste, bo ilość miejsc, w których można to zrobić jest ograniczona.

Już wcześniej nastawiłem się, żeby sobie kupić pewną książkę, którą nawet wypatrzyłem na półce w Manufakturze, ale nie o niej będzie tym razem. Po raz kolejny bowiem przekonałem się, że jestem beznadziejnym kolekcjonerem namacalnych i fizycznych nośników. Mimo, że nową Austrę w wersji elektronicznej mam odkąd tylko wyciekła kilka tygodni przed premierą, nie mogłem przejść obojętnie obok płyty wystawionej na półce. Siłą rozpędu zdjąłem też z półki ostatnie Radiohead (znów dwa lata karencji, In Rainbows kupiłem sobie też kilka lat po fakcie, w Berlinie), ale ponownie nie zachwyciło mnie. To normalne, ich płyty zawsze wchodzą mi ciężko, o czym mogliście sobie poczytać w poprzedniej notce, więc nie będę się tutaj nad tym więcej rozwodził.

Nowa Austra jest inna. To oczywiście truizm, ale jednocześnie ważna wskazówka. Nie będzie już tak łatwo, nie będzie wpadających w ucho hitów w stylu Spellwork czy Lose it. Jest za to zbiór piosenek bardziej wyciszonych, skupionych, rozwijających się z rozmysłem i powoli, jak Sleep czy We become. Jest też kilka momentów absolutnie kluczowych, jak rozdzierający serce Home czy wieńczący płytę Hurt me now. To już nie jest młodzieńcza płyta o odkrywaniu siebie, swojej świadomości i seksualności. To już jest płyta dorosła, o podejmowaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.



Już same tytuły, takie jak What we done?, Forgive me czy Painful like dość dobrze wprowadzają w krajobraz tej płyty. To nie jest płyta wesoła, a opowieści z niej płynące nie nastrajają optymizmem. Jest tu miejsce dla pomyłek, złych wyborów, przypadkowych miłości, zdrad i rozczarowań, ale też i dla pogodzenia się z sobą i z tym, co się stało, z wyboru własnego lub cudzego. Nieliczne promienie nadziei i optymizmu przenikają ciemności i wydobywają się w najmniej spodziewanych momentach (You changed my life).



Słuchanie Olympii przynosi nieoczywiste uczucia. Sprawia przyjemność mimo znacznie większego ciężaru niż ten, który towarzyszył nam przy Feel it break. Choć dla mnie minął tylko rok, wszystko nabrało głębi, stało się mocniejsze i wyraźniejsze. Nie ma już potrzeby jaskrawego wyrażania siebie i swoich potrzeb, teraz jest czas na cierpliwą pracę u podstaw.

czwartek, 11 lipca 2013
30, 20, 10



Fakt, że Radiohead zostało założone niemal 30 lat temu jakoś mi umknął. Dopiero dziś, jak sobie zguglałem, usiłując sobie przypomnieć, kto jest ich pierwszym/drugim gitarzystą, zerknąłem że zespół powstał w 1985, czyli 28 lat temu. Kawał czasu.

Niemal równo 20 lat temu udało im się wydać swoją debiutancką płytę, która długo leżała u mnie na półce niemal niepoznana. Każda z ich płyt zresztą wchodziła mi trudno, powoli, uzależniając na końcu i doprowadzając do stanu, w którym znałem każdą nutę i każdą głoskę. Przez pewien czas nie było dla mnie większego i ważniejszego zespołu i dorobiłem się też ksywki "pan Radiohead".

10 lat temu opublikowano moją pierwszą recenzję płyty. Było to na portalu muzyka.pl, a recenzja dotyczyła epki My iron lung. W pakiecie poszły jeszcze recenzje The Bends i OK Computer. Dziś już bym tak nie pisał (żadna niespodzianka), ale kilka lat później przyjemnie zdziwiło mnie, że ktoś pamięta mnie właśnie po nich. Szkoda, że nie ma już ich w sieci.

piątek, 05 lipca 2013
W krainie szczęśliwych szczurów

Ostatni tydzień był dla mnie niezwykle pouczający. Najpierw dowiedziałem się, że namalowana na murze swastyka nie jest niczym złym, albowiem przedstawia starożytny symbol szczęścia i pomyślności doskonale kojarzący się Azjatom. Cholerna szkoda, że akurat tu, lokalnie, kilku Azjatom kojarzy się wyłącznie źle, ale przymknijmy na to oko. 

Chwilę później dowiedziałem się, że wyzywanie kogoś w internecie od grubego Żyda czy żydowskiego ścierwa jest absolutnie w porządku, bo przecież to ironia i satyra. I absolutnie nikt nie powinien się poczuć urażony, bo przecież osoby piszące takie komentarze na pewno nie były antysemitami.

Po drodze okazało się również, że wyliczając kolejne dokonania łysych chłopców spod brunatnej flagi dla niepoznaki tylko ukrytej za barwami białą i czerwoną histeryzuję i nie zachowuję należytego analitycznego chłodu. Zapewne byłoby mi łatwiej o analityczność, gdybym osobiście nie usłyszał z ust miejscowego prowodyra narodowców co by zrobił z takimi jak ja, kiedy wracaliśmy z marszu równości.

Przy tym wszystkim stwierdzenie, że nazwanie inicjatywy, w którą się zaangażowałem "szczurzą" nie jest niczym obraźliwym, bo przecież szczury to inteligentne stworzonka i wcale nie kojarzą się źle kwalifikuje się tylko do oznaczenia blipowym tagiem #najmniejszezdziwienieświata.

Co niniejszym czynię, życząc wszystkim miłego weekendu.

piątek, 28 czerwca 2013
Wolny najmita



A więc już po wszystkim. Przypięliśmy kotyliony, pogratulowano nam sukcesu i doskonale wykonanej roboty. Osiągnęliśmy wielki sukces. Wykazaliśmy się profesjonalizmem i stanęliśmy na wysokości zadania. Wszysycy wiwatują i przesyłają podziękowania. Powinienem czuć smak zwycięstwa.

Ale ja nie czuję nic, bo wiem, że znowu wracam tam, gdzie każdy prekariusz po zakończeniu projektu - w otchłań strachu o jutro i niepewności następnego dnia. Dzień, w którym osiągam sukces, jest jednocześnie dniem w którym kamień spada na dno i znów trzeba szukać sposobu jak wtaszczyć go na szczyt.

Wolny! - Wszak może iść albo spoczywać

Albo kląć z zgrzytem tłumionej rozpaczy

Może oszaleć i płakać, i śpiewać - Bóg mu przebaczy..

 

20:58, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 czerwca 2013
Cegiełka od siebie



Jest coś niesamowicie przywiązującego w serwisach crowdfundingowych. Coś, na co dało się własne pieniądze, dzięki którym w jakiejś części to powstało i działa ogniskuje wokół siebie ciepłe myśli i buduje odpowiedzialność za dalszy rozwój takiej inicjatywy. To oczywiście haczyk, ale co przyjemniejszego niż oglądanie jak coś, do czego przyłożyło się rękę rośnie i się rozwija?

Ostatnio przyłożyłem rękę do dwóch inicjatyw. Pierwszą była budowa Fablabu w Łodzi pod szyldem Cohabitat MAKE i jestem naprawdę dumny z tego, że mogłem się do tego choć w małej części dołożyć. Udało się do tej pory zebrać ponad 85 tys. zł (z wymaganych 60!) i dzięki temu powstanie bardzo fajne miejsce w samym sercu dawnej fabryki. Kreatywne, ale we właściwym tego słowa znaczeniu, stawiające na dzielenie się wiedzą i współpracę. 

Drugą rzeczą, do której się dołożyłem, było coś z zupełnie innej półki. Była to solowa płyta Helen Marnie, wokalistki Ladytron. Któregoś dnia na facebookowym profilu zespołu pojawiło się info, że Helen nagrywa płytę, ale potrzebuje na to pieniędzy. Wydanie kilku funtów nie było niczym trudnym i teraz, po kilku miesiącach płyta po prostu jest. Na razie w formie mp3 udostępnionych każdemu wspierającemu, za chwilę również fizycznie, jak tylko dotrze przesyłka. 

To dziwne uczucie, kiedy słucham dźwięków wygenerowanych przez kogoś, kogo nigdy nie widziałem na oczy i kogo nigdy nie poznałem - a jednak też w jakiejś cząstce dzięki mnie. Czuję się z tą płytą dużo bardziej związany już od pierwszego przesłuchania niż z innymi, które kupuję tu czy tam. Przy okazji ta płyta jest po prostu bardzo dobra i już sam otwierający ją Hunter powoduje że nie żałuję ani jednego wydanego pensa. 

Crowdfunding nie zastąpi tradycyjnych form finansowania i nie może być traktowany jako lekarstwo na niedomagania systemowe. Ale może być i powinien być traktowany jako ciekawa alternatywa pozwalająca na sfinansowanie czegoś ekstra i szansa na wprowadzenie czegoś nowego do powszechnego obiegu. Korzystajmy z crowdfundingu, ale nie pozwólmy, by państwo czy samorządy uczyniły z niego czy podobnych inicjatyw partycypacyjnych wygodną wymówkę dzięki której będą mogły wycofać się ze swoich obowiązków.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52