sobota, 15 czerwca 2013
Freedom? I don't give a fuck

Czerwcowa popołudniowa Warszawa. Leniwa, niezbyt ruchoma. Środkiem ulicy idzie parada, w jej środku jadą ciężarówki z platformami. Na każdej z nich trochę ludzi podrygujących w takt głośnej muzyki, ale wyraźnie zmęczonych ostrym słońcem. Pomiędzy ciężarówkami ludzie, niektórzy tańczą, większość jednak powoli idzie wtapiając się w gorący asfalt. Za szpalerem policjantów grupka mężczyzn w sztafażu narodowo-katolickim, jakaś zmęczona kobieta z transparentem na którym chciała zmieścić całą swoją krzywdę i niezgodę. Stoją, tak samo jak ci idący zmęczeni słońcem.

Odbijam w bok, uciekając w stronę dworca Śródmieście. Idę tą samą drogą co zwykle, od patelni w stronę dworca Centralnego, w zupełnie innej scenerii. Jakiś chłopak gra na perkusji postawionej przy ławce, obok jego kolega stroi gitarę. Obok nich stoi dziewczyna w czarnej sukience, chroniąca się przed słońcem pod czarną koronkową parasolką. Sprzedawca lodów przez megafon nawołuje do kupowania jego towarów dla ochłody. Gdzieś w tle huczy parada, leci Freedom George'a Michaela, odlegle i daleko. Nikt nie zwraca na to uwagi

[Tu miało być zdjęcie, którego nie chciało mi się zrobić]

W podziemiach Centralnego błąkam się czekając pół godziny na pociąg powrotny do Łodzi. Odbijam się od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska, szukając czegokolwiek, co przyciągnie moją uwagę. W końcu w morzu generycznego niczego dostaję prosto w twarz pop martyrologią w najlepszym krwawiącym polskością gatunku.

Uciekam w stronę Coffee Heaven, sterylnej i bezpiecznie nijakiej przystani dla ludzi znikąd takich jak ja. Na ścianie obok ktoś powiesił mapę, na której można sobie porównać, jak zmieniło się centrum Warszawy w wyniku II wojny światowej i powstania warszawskiego. Przystaję i przyglądam się, jedyny w obojętnym tłumie. Po chwili idę dalej, z myślą, że nie mogę ulec narracji narzuconej nostalgii za czymś, co było i czego nie ma, dominującej w kraju, w którym coś musi zostać zniszczone w możliwie spektakularny sposób, aby mogło zostać docenione.

Rozglądam się i oddycham głębiej. Odrywam się od tych myśli i zanurzam się w płynące dookoła mnie życie. Naprawdę lubię dworzec Centralny.

piątek, 14 czerwca 2013
We have a dream

Ostatnimi czasy dużo się dzieje i nie zawsze są to rzeczy pozytywne, co widać na blogasku i minorowych notkach, które tu lądują. Ale nie jest tak, że jest tylko źle i tylko złe rzeczy się dzieją. Jest też mnóstwo dobrego i walki o to, żeby tego dobrego było jeszcze więcej.

Jak tylko mogę, staram się działać i zmieniać miasto - moje miasto, przestrzeń wokół mnie. Ostatnio najczęściej słowem, jak tu, gdzie przypominam najlepszy pomnik, jaki po sobie zostawiły międzywojenne władze miasta:

Gdy myślę o szklanych domach, przed oczami staje mi postać Stefana Kopcińskiego i rajców świeżo utworzonej u progu niepodległości rady miejskiej w Łodzi, którzy postanowili wystawić sobie pomnik trwalszy niźli spiż. To oni doprowadzili do tego, że w Łodzi, jako pierwszym mieście w odrodzonej Rzeczpospolitej, każde dziecko mogło pójść do bezpłatnej miejskiej szkoły. To ich decyzją w Łodzi powstał cały szereg nowoczesnych budynków szkolnych, z których nasze dzieci korzystają do dziś. Nie pamiętamy dziś nazwisk tych ludzi, ale widzimy realny i namacalny dorobek ich czynów. Czuję niezwykłą dumę z ich mądrości.

Nieco dalej zaś w doborowym towarzystwie (Iza Desperak, Hania Gill-Piątek, Gosia Świderek, Ewa Kamińska, Tomek Bużałek, Kuba Kronenberg, Michał Gruda) przekazujemy wizję tego, jak byśmy widzieli nasze miasto, naszą Łódź:

Chciałbym, żeby moje miasto nie dzieliło się na enklawy bogactwa i biedoty, porozcinane płotami i murami, ale żeby było wspólną przestrzenią, w której mogą bytować wszyscy jego mieszkańcy niezależnie od zasobności portfela. Chciałbym, żeby wspólna przestrzeń była pełna zieleni i zadbana, pełna bawiących się dzieci i spacerujących dorosłych. Chciałbym, żeby moje miasto dbało o swoje chodniki, zieleńce i parki, ale i śródmiejskie podwórka czy osiedlowe przestrzenie między blokami i przykładało do tego wagę równie wielką jak do budowy nowego stadionu.

Ale przecież nie tylko to. Serdecznie polecam poczytać wszystko to, co napisaliśmy, bo są tam tak doskonałe fragmenty jak ten:

Zamiast angażować się w bezsensowną wojnę z innymi miastami na większe, wyższe i szybsze, moglibyśmy bardziej dbać o własnych mieszkańców, zapewniając im coraz wyższą jakość życia w mieście. Oznacza to inwestycje w rzeczy, na których trudno przeciąć wstęgę: edukację, rewitalizację, dobrą politykę społeczną. Wtedy Łódź stałaby się miastem bardziej atrakcyjnym również dla przyjezdnych.

czy ten:

Chciałabym też uczestniczyć w konsultacjach społecznych bez poczucia, że legitymizuję w ten sposób poczynania władzy, która nie ma najmniejszego zamiaru mnie słuchać, a tylko potrzebuje podpisów na liście ze spotkań konsultacyjnych. Chciałabym, by władze rozumiały, że rozwój miasta nie polega na laniu asfaltu, lecz na inwestowaniu w ludzi - w edukację i równość szans.

A tak poza tym to dzięki Eli Pędziwiatr  i Justynie Tomaszewskiej udało się nam też odzyskać kawałek miasta dla najmłodszych, którzy w optyce prywatnego zarządcy prywatnej kamienicy nie byli nikim więcej, jak tylko uciążliwymi wandalami. Dzieciaki miały świetną zabawę, a i samej administracji nie przynieśliśmy rózgi, na którą ewidentnie zasłużyła, ale kwiatka:

O dobre samopoczucie dzieciaków zadbali Kolorek z Łodzi i sam Pacman:

Dzieje się!

sobota, 08 czerwca 2013
A więc wojna

Zakończył się zjazd narodowców w Warszawie. Na tapecie to, co zwykle plus podtrzymanie tego, co 11 listopada. Prężenie muskułów, militarystyczna retoryka, górnolotne frazy i przemieszanie pojęć ze świata nacjonalizmu z tymi prosocjalnymi.

Mamy się bać. Mamy czuć niepewność, po to to było. Mamy się obawiać armii, która po nas przyjdzie. Czy będą nas wieszać czy tylko podpalą nam drzwi? Raczej to drugie. 

Nie, nie powinniśmy się bać. Powinniśmy jednak wyczulić uwagę i obserwować. Nie jest bowiem groźne to, co na wierzchu, te narodowe bajki z flagą biało-czerwoną w tle. Groźne jest to, że ruch narodowy jest obecnie jedyną siłą polityczną, która mówi jasno i wyraźnie do wykluczonych - jesteśmy z wami, jesteśmy dla was, chodźcie z nami. I ta siła zbiera chłopaków ze śródmiejskich bram i osiedlowych klatek schodowych, wściekłych i sfrustrowanych tym, że nie ma dla nich miejsca we własnym kraju. Ta siła daje im jasne recepty, jasno zdefiniowanego wroga, którego można obwinić za swoje niepowodzenia.

Nie boję się rewolucji, nie przewiduję przewrotu czy zamachu stanu. Nie mają jeszcze takiej siły. Ale wiem, że będą się powtarzać pobicia, podpalenia i być może pojawią się pierwsze ofiary w ludziach. Musimy nawzajem się sobie przyglądać i bronić, także tych, którzy są słabsi i bardziej wystawieni na cel. Musimy jasno stawać po stronie najsłabszych i bezbronnych - imigrantów, bezdomnych, mniejszości seksualnych. Musimy mówić jasno, że jesteśmy z nimi, że nie są sami, zdani na pastwę napadów dokonywanych zawsze przez "nieznanych sprawców".

Nie dam się zastraszyć. To mój kraj i moje miasto, którego ulicami maszerowałem pod flagami biało-czerwoną i tęczową. To tu mieszkają wszyscy, których kocham i którzy są mi bliscy. Dla nich zamierzam być i działać i walczyć ile tylko będzie trzeba. Nie boję się was.

poniedziałek, 03 czerwca 2013
Call to the past

Czasami są takie momenty, kiedy myśli się, że szkoda, że dana rzecz nie przydarzyła nam się wcześniej, w innym czasie. Że być może wcześniejsze pojawienie się tego czegoś zapobiegłoby wielu rzeczom, które stały się później, w tym przede wszystkim tym złym. Być może by tak było, ale jednak dość szybko dochodzę do wniosku, że wcale nie.

Kiedyś, w innych czasach, byłem inny. Nieważne, że młodszy, ale po prostu inny, bo nieukształtowany przez wszystkie wydarzenia, które doprowadziły mnie akurat w to miejsce, w którym znajduję się dziś. Nieraz bawię się w tworzenie historii alternatywnych i zastanawiam się, co by się stało, gdybym podjął pewne decyzje życiowe inaczej, niż je na pewnym etapie podjąłem (lub podjęły się za mnie same). I za każdym razem wychodzi mi jednak, że coś bym na tym stracił. Pewnych rzeczy zapewne bym nie docenił, inne po prostu ominął. Być może nawet nie zauważyłbym czegoś, co dziś jest dla mnie niezmiernie ważne - ale stało się takim, bo w pewnym momencie stałem się gotowy

Nie oglądam się za siebie i nie żałuję niczego z mojej przeszłości. Nie pragnę jej zmieniać - jest częścią mnie, świadectwem tego, jak stawałem się tym, kim jestem dzisiaj. Owszem, pewnie wiele rzeczy mogłem zrobić lepiej i szybciej, ale czy skończyłoby się to dla mnie lepiej? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć. Ważne, że te drogi doprowadziły mnie tu, gdzie jestem tutaj, najszczęśliwszy w całym moim dotychczasowym życiu. Niech ta chwila trwa jak najdłużej.

00:57, gothmucha , am.tv
Link Komentarze (2) »
środa, 29 maja 2013
Wspaniałe uczucie

Jestem supermenem. Wszystko, co robię, muszę zrobić najlepiej i, co oczywiste, najlepiej jest zrobione wtedy i tylko wtedy, gdy zrobię to ja sam. Nieistotne, czy chodzi o zmycie naczyń, powieszenie prania czy napisanie dużego wniosku o grant - nikt nie umie zrobić tego tak dobrze, jak ja.

Jestem surowym krytykiem tego, co dzieje się wokół mnie. Jeszcze surowszy jestem dla siebie samego, doskonale wiedząc, że to, co robię, zawsze mogłoby być lepsze. Wystraczyłoby, gdybym tylko bardziej się postarał, poświęcił temu więcej czasu i uwagi. Supermeni nie powinni odwalać fuchy, supermeni robią wszystko najlepiej.

Kiedyś uważałem, że mogę stosować tę samą miarę wobec siebie jak i wobec innych. Dziś już się nauczyłem, że to bardzo zły i nieempatyczny korwinizm. Dlatego też mam zdecydowanie więcej współczucia i pobłażania mam dla innych, ale nie dla siebie. Jeśli tylko mogę, chronię i zastępuję moich współpracowników, przyzwyczajając ich, że nie nawalam i że zawsze jestem w odwodzie.

Większość ostatniego miesiąca przejechałem na rezerwie, odżywiając się głównie kofeiną i cukrem. W końcu mój organizm powiedział mi "stop" i w sobotę rano musiałem się wreszcie przyznać przed samym sobą, że wskazówka spadła poniżej zera, a w baku znajdują się już tylko opary. Mimo to dałem radę, bo jestem supermenem. Ale nie próbujcie tego w domu.

Na szczęście powoli się tego oduczam. Powoli uczę się, że mogę okazać słabość. Że wolno mi powiedzieć, że tego dnia moja dyspozycja jest zła lub że nie ma jej wcale. Że mogę zaufać i oddać swoje zadania komuś innemu, kto zrobi je naprawdę doskonale - tak samo doskonale jak zrobiłbym to ja. I nawet jeśli jestem poniżej zera, to ktoś to poniesie i mnie razem z nim. To naprawdę wspaniałe uczucie. 

19:23, gothmucha , am.tv
Link Komentarze (2) »
środa, 22 maja 2013
O pomniku


Nie przepadam za pomnikami. Stoją tu i ówdzie, lepsze i gorsze, ładniejsze i mniej ładne, artystycznie udane bądź nie. Wszystkie jednak mają jedną cechę - są statyczne i nieruchome, zastygłe i martwe.

Pomnik nie ma woli. Jest tylko bladym odbiciem tego, kim była przedstawiona przezeń osoba. Częściej jeszcze nie jest nawet tym - jest tylko odbiciem wyobrażenia swego twórcy o osobie, którą przedstawia. 

Pomnik jest bezwolny i martwy, więc można wypełnić go dowolną treścią. Można nadać mu ton tryumfalny, można za jego pomocą wyrazić własne kompleksy, można też uczynić z niego ciekawostkę czy wręcz kuriozum. Osoba za jego pomocą przedstawiona nie ma tu nic do gadania. Czasem tylko jej rodzina zaprotestuje, ale kto by się tam tym przejmował.

Więc pomnik stoi, czasem siedzi, czasem leży. Obok przechodzą ludzie i robią z nim co tylko chcą. Jeśli dziś poniedziałek, to pomnik staje się atrakcją dla wycieczki, jeśli wtorek, to popiera demonstrację, jeśli środa, to przyjmuje kwiaty na swoją cześć, jeśli czwartek to popiera demonstrację, ale całkiem inną, a jeśli piątek, to kibicuje piłkarskiej drużynie, bo ktoś mu nałożył szalik, którego żadną miarą nie może sam zdjąć.

Pomnik nie może nic. Jest symbolem, punktem odniesienia, ale tak samo bezwolnym i martwym jak góra czy budynek. Nie ma swojego głosu, bo mieć go nie może - no chyba że ktoś litościwie wyrył mu cytat z pierwowzoru. Ale jak zmieścić całego człowieka w czterech linijkach?

niedziela, 19 maja 2013
A place called home

Z różnych powodów ostatnio bardzo często wracam na Olechów. Spędziłem tam kilkanaście lat, najwięcej z mojego życia. Wcześniej zmieniałem miejsca zamieszkania bardzo często (z dłuższym przystankiem na Grembachu), później poprzez Anglię osiadłem na Dąbrowie, z okresowymi powrotami na Olechów gdy działo się bardzo źle. Mimo to od pięciu już niemal lat nieprzerwanie trwam poza miejscem, które przez tyle lat było mi domem i które chyba powinienem mieć wreszcie prawo nazwać domem rodzinnym.

Jestem w Łodzi kundlem-przybłędą. Przybyłem tu na fali wyborów moich rodziców, którzy mazowieckie wsie i miasteczka porzucili na rzecz wielkiego miasta, jakim wtedy wydawała się być Łódź. Wyrosłem więc w podwójnej tożsamości, odziedziczonej chłopsko-małomiasteczkowo-podmiejskiej i tej nowej, wielkomiejskiej, którą musiałem stworzyć sobie sam. To zresztą nigdy do końca mi się nie udało, bo pozostałem najpierw z wyboru rodziców, a potem z własnego człowiekiem półcienia, mieszkańcem pierścienia wielkich osiedli otaczających miasto, ale miastem już niebędących. 

Nie jestem prawdziwym łodzianinem i nie czuję się nim. Tak, jestem z tym miastem zrośnięty, ale nigdy nie umiałem nazwać go swoim domem. Mój dom, mój dom rodzinny, jest w Sochaczewie albo pod Płockiem, ale ten dom też nie jest już mój, bo oddaliłem się z niego zbyt bardzo. 

Teraz, przy okazji prac nad budżetem obywatelskim wracam do różnych miejsc, które kiedyś były moje. Byłem już na Stokach i na Grembachu, byłem na Zarzewie i byłem na Olechowie. W każdym z tych miejsc zostawiłem część serca i o każdym mogłem powiedzieć, że jestem stąd i być wiarygodnym. A jednak kłamałem, bo to poczucie przynależności było tylko przeszłością, do której już nie ma powrotu, cieniem w kalendarzu, który zetlał i przeminął.

Pamiętam każdą przeprowadzkę i każdą wyprowadzkę. Jedne bardziej, inne mniej. Tylko dwa razy zdarzyło mi się przeżyć ją głębiej - gdy opuszczałem Grembach i gdy po raz pierwszy wyprowadzałem się od rodziców z moją przyszłą niedoszłą byłą żoną. Tylko wtedy jasno widziałem problem, gdzie jest mój dom i czy w ogóle go mam. 

Dzisiaj niemal nie widzę problemu, jaki mam z domem. Nie widzę go, zapominam o nim, staje się on przezroczysty. Czasem tylko zostaję z nim skonfrontowany i wtedy czuję dotkliwą pustkę pomiędzy korzeniami, które już są odcięte a mną, tak usilnie szukającym swojego miejsca i nadzieją, że wreszcie je znajdę. Tej pustki, mimo całego mego zespolenia z tym miastem, nie załatam chyba nigdy.

Więc siedzę i klepię te słowa, siedząc w moim dawnym pokoju i pisząc na moim dawnym komputerze, a za oknem jest ten sam widok co kiedyś i słychać ścigających się na motocyklach na alei ofiar. Siedzę i piszę, jednym okiem spoglądając w okienko, w którym odezwała się dawno niewidziana znajoma, znajoma właśnie z tamtych lat i znów jest 2007, ale tylko na chwilę, bo muszę już iść, żeby zdążyć na ostatni autobus do domu. W końcu przyszedłem tutaj tylko nakarmić kota.

czwartek, 16 maja 2013
Push for change

Jest strasznie dużo rzeczy, na które nas, tutaj w Łodzi, nie stać. Nie stać nas na remonty dróg, nie stać nas na wyrównanie chodników, nie stać nas na zwiększenie częstotliwości kursowania tramwajów i autobusów, nie stać nas na większą ilość miejsc dla dzieci w przedszkolach i nie stać nas na utrzymanie szkół, więc je likwidujemy, w zamian oferując dzieciom dłuższą drogę do szkoły i naukę w przepełnionych klasach.

Nie stać nas na remonty kamienic (Mia100 Kamienic to kropla w morzu potrzeb, chciałbym, żeby jego budżet był tak z trzy-cztery razy większy), nie stać nas na kupno nowych tramwajów, nie stać nas nawet na to, żeby przy okazji planowanego remontu wykorzystać pomysły ludzi, które zostały miastu przedstawione podczas konsultacji społecznych

Stać nas jednak na kilka rzeczy. Stać nas na Nowe Centrum Łodzi, a raczej na EC1, które będzie generować kilka milionów zł kosztów utrzymania rocznie i dwie szerokie drogi przecinające je na cztery części, znane dziś jako Nowotargowa i Nowowęglowa. Stać nas na dwa stadiony, w różnych konfiguracjach (trzy trybuny tu, jedna tam, potem jeszcze jeden, cały, gdzieś indziej, aktualnie cały tam i jedna trybuna tu, albo na odwrót, bo już się zgubiłem). Stać nas na wiadukty na Trasie Górna, które będą stały niewykorzystane przez wiele, wiele lat, bo prowadzą albo w środek ogródków działkowych (nowa Śląska, która być może nie powstanie nigdy, bo mamy już al. Ofiar), albo w pole kapusty (tu wykop od Rzgowskiej w stronę wschodnią, też nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie wykorzystany). 

Bilans ten wisi mi w głowie od dłuższego czasu, a czarę goryczy przelała informacja o tym, że nie mamy pół miliona zł na to, żeby porządnie wymalować pasy dla pieszych - ale przecież mamy setki milionów na te wszystkie misie na miarę naszych możliwości w akapicie powyżej. Chciałem w tym momencie powiedzieć coś bardzo brzydkiego i bezsilnie powymachiwać pięścią, ale przypomniałem sobie, że jest coś jeszcze:



Tak, nie zmienię miasta i jego złych decyzji jednym guzikiem. Ale mam szansę zmienić przestrzeń wokół siebie i podjąć lepszą decyzję, niż pani prezydent i miejscy rajcy. A wraz ze mną my wszyscy, mieszkańcy Łodzi. Napierajmy z pomysłami, te dwadzieścia milionów jest nasze!

piątek, 10 maja 2013
It's awfully considerate of you to think of me here



It's awfully considerate of you to think of me here

And I'm much obliged to you for making it clear that I'm not here

Jugband blues zalicza się do kategorii tych piosenek, które uważam za najsmutniejsze. Nie tylko ze względu na to, że jest przejmująco szczerą kroniką ostatecznego odcięcia się Syda Barretta od świata, ale też przez to, że pokazuje, jak niewiele potrzeba, żeby ten stan odcięcia i odepchnięcia uzyskać. Mały krok, jeden gest i rusza lawina odrzucenia, na końcu której wyrasta nieprzenikniona, choć przezroczysta ściana. Your lips move but I can't hear what you say zaśpiewają wiele lat później jego koledzy, kiedy już będzie tak wiele lat za późno.

Mam słabość do angielskich zdań, które w bardzo uprzejmej formie zagrzebują ładunek uczuć, chowając go za kolejnymi formalnymi słowami. Jedno z nich zacytowałem powyżej i jest ono jednym z moich ulubionych. Jest z nim duża dawka ironii, ale i smutnej rezygnacji. Rezygnacji, bo nie ma już żadnej walki, jest jasne, że świat poszedł swoją drogą, a podmiot liryczny został na poboczu, właściwie bez niczego. Więc I don't care if sun doesn't shine and I don't care if nothing is mine. I w sumie nie wiadomo, co będzie dalej się dziać, bo wszelkie drogi zostały odcięte, nie ma powrotu. Zostaje tylko po cichu wyjść wiedząc, że nie zostanie się zatrzymanym, choć wyciągały się za tobą ręce.

And what exactly is a dream? And what exactly is a joke?

wtorek, 07 maja 2013
Dzień smutnych notek

Z lekkim spóźnieniem wziąłem się za poranny przegląd tego, co przez poprzedni wieczór, noc i dzisiejszy poranek zdążyli naprodukować moi znajomi. Słonko stało dość wysoko, przyjaźnie świecąc przez okno, w tle szumiała pralka i nic nie zwiastowało, że poranny rogalik stanie mi kością w gardle. A jednak.

Na dzień dobry zaatakował blogger mrw, rozkładając na czynniki pierwsze kuriozalny wstępniak akcji "Orzeł może" popełniony przez Jarosława Kurskiego. Rozkładając i dokładnie zaorywując, w najlepszym stylu nieistniejącego #ttdkn, za co cześć mu i chwała, bo ja już orać tego nie muszę.

Chwilę później w oko wpadł mi nameste (którego stąd pozdrawiamy), linkujący do notki o tytule "zabić pasożyta". Notki krótkiej, ale bezlitośnie punktującej hipokryzję stojącą za propozycją, aby pozbawić bezrobotnych prawa do bezpłatnej opieki medycznej przez 9 miesięcy, co ekspertka PKPP Lewiatan nazywa eufemistycznie "dyscyplinowaniem". "Wykreślenie z rejestru osoby bezrobotnej, która nie chce podjąć zatrudnienia, jest bez wątpienia elementem dyscyplinującym do uczestnictwa we wszelkich formach aktywizacji zawodowej. Utrata prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej i to aż na 9 miesięcy jest bowiem dużą niedogodnością dla osób bezrobotnych. I z tego punktu widzenia możemy uznać taką propozycję jako słuszną, chociaż nie jest ona niczym nowatorskim" pisze pani ekspert, ex definitio uznając, że to, co niedogodne jest słuszne. "Czekaliśmy na dalej idące zmiany" kontynuuje, a ja się zastanawiam, jakie by one miały być? Pozbawienie takich osób praw publicznych? Oznakowanie ich specjalną łatą na stroju? Wydalenie poza granice Zielonej Wyspy Szczęśliwości? Blisko. "To rozwiązanie połowiczne, ponieważ nie zlikwiduje innych problemów. Urzędy pracy skarżą się na konieczność obsługi administracyjnej bezrobotnych, którzy nie są zainteresowani podjęciem zatrudnienia, a rejestrują się wyłącznie dla bezpłatnego ubezpieczenia zdrowotnego. I nadal (aż do wykreślenia z rejestru) będą musiały się takimi osobami zająć, co nie wpłynie znacząco ani na jakość pracy PUP-ów, ani na obniżenie kosztów funkcjonowania publicznych służb zatrudnienia." Ni mniej ni więcej - zniknąć pasożyta, żeby nie trzeba było się nim już więcej zajmować. Zniknąć, wyrzucić poza nawias, wykreślić i eradykować ze zdrowego organizmu społeczeństwa.

Ale zaraz zaraz, to niejedyne pasożytnicze jednostki żerujące na nas wszystkich. Zapomnijmy na chwilę o bezczelnych bezrobotnych wysysających nasze składki z NFZ, bo oto po raz kolejny nadchodzą kobiety, oczywiście bezczelnie roszczeniowe. Notkę tę należy czytać w całości, od początku do końca, bo nigdzie jeszcze nie widziałem tak jasno i wyraźnie wyłożonego losu polskiej kobiety od momentu zostania ciężarną aż po przejście na wcześniejszą emeryturę, aby tyrać na bezpłatnym podwójnym etacie opiekunki rodziców i wnuków.

Oba te problemy mają część wspólną, który polega na programowym niezauważaniu niepłatnej, ukrytej pracy, którą wykonują ci ponoć roszczeniowi i pasożytujący na nas, zdrowych, ludzie. Wróć, ludźmi jesteśmy tutaj my - zdrowi, pracujący, elastyczni i uśmiechnięci przedstawiciele klasy średniej i półśredniej-aspirującej, biegnący ochoczo w wyścigu, na którego końcu majaczy fatamorgana stania się nowym Kulczykiem. Oni to nie ludzie, to podludzie, których utrzymujemy z naszych podatków i naszych pensji, zupełnie nie zauważając, że możemy zarabiać i że możemy kupować tylko i wyłącznie dlatego, że ci pogardzani podludzie pracując na czarno bez żadnego licznika przepracowanych godzin wychowują nasze dzieci, wyładowują nasze jedzenie z ciężarówek na sklepowe półki, naprawiają nasze samochody i pilnują ich na strzeżonych parkingach, zamiatają nasze klatki schodowe i sprzątają po naszych psach. Ich praca jest niewidzialna i zupełnie przezroczysta, bo przecież to takie oczywiste, że dzieckiem zajmie się babcia, która przy okazji zrobi zakupy w pobliskim sklepie. Oczywiste jest, że warsztat, do którego odwozimy nasze auto przyjmie je od ręki i nie interesuje nas wcale ile godzin i na jakich warunkach reperujący je człowiek pracuje i jak to właściwie robi, że mając tyle zleceń jest w stanie to ogarnąć w ciągu jednego dnia roboczego. Nie zastanawia nas to, że na strzeżonym parkingu niezależnie od pory dnia i nocy siedzi ten sam człowiek i czy on w ogóle kiedykolwiek śpi. 

Ale przecież jest dobrze. Jest świetnie. Nie mamy się czym martwić i o co walczyć. W końcu średnia płaca na Zielonej Wyspie Szczęśliwości powoli zbliża się do 4 tys. zł brutto. Tylko, że jak pisze kolejna bloggerka, "podawanie płacy brutto jest jak podawanie długości penisa wraz z kręgosłupem" i jeśli z tych średnich czterech tysięcy zostanie nam do dyspozycji kilkaset złotych do "wolnej" dyspozycji (pod "wolne" podstawmy np zakup jedzenia czy podstawowych środków czystości), to już jest dobrze. A o potrzebnej do osiągnięcia tego efektu kombinatoryce może lepiej nie wspominajmy, bo nam się zrobi smutno. A przecież jest dobrze, świetnie.

***

Jeśli nie macie dość i potrzebujecie jeszcze więcej wesołych wieści, to serdecznie polecam mój własny tekst o tym, co się dzieje z dzieciakami i lokalnymi społecznościami, gdy likwiduje się szkoły, szczególnie tam, gdzie panuje bieda i niedostatek. Polecam, choć to bardzo smutne.