wtorek, 17 grudnia 2013
W dymach czarnych budzi się Łódź

Nie jestem wielkim miłośnikiem poezji. Moja znajomość jej jest niewielka i ograniczona do ściśle określonego grona autorów. Lubię Tuwima, bliski jest mi Gałczyński. Zdarzało mi się podczytywać Majakowskiego i polskich futurystów, czasem sięgałem też po rzeczy wcześniejsze, datowane na przełom wieków. 

Wiersze, które mnie zajmowały nie tworzyły żadnego dającego się łatwo odczytać schematu. Za każdym razem musiało być w nich coś, co mnie poruszyło. Czasem to były wiersze pełne gniewu, jak Wolny najmita Konopnickiej, czasem pełne rezygnacji i tęsknoty, jak Ojciec Tuwima (Myślałem kiedyś, że potrafię/Dać tobie wieczność modlitwami/I tak cię jakoś przysposobić/Byś wieczną starość miał — szczęśliwą./Dziś — wszystko, co syn może zrobić,/To spojrzeć, westchnąć — i na ścianie/Poprawić twoją fotografię,/Gdy wisi krzywo.)

Nad tym wszystkim, a może trochę obok, stał Broniewski. Broniewski, którym zaraziła mnie moja mama, córka Płocka, z którym tak mocno związany był i on sam. Broniewski to jej młodość, letnie popołudnia na Tumach pod starymi drzewami (Z Tumskiej spoglądam Góry/na Królewski Las,/zaciera jego kontury/czas.), Broniewski to też piosenki śpiewane do jego wierszy przez moją ciocię, u której mama się zatrzymywała po szkole i czasem pomieszkiwała. Piosenki jak ta:



Broniewski, tak jak i Gałczyński, był w moim domu zawsze. Nie wprost, nie bezpośrednio, ale był. W książkach, ale też w cytatach, powiedzeniach, które dopiero później odkrywałem jako pochodzące od niego. Oraz w tym, co odkrywałem już sam, niezależnie, nikogo nie pytając i orientując się poniewczasie, że tymi ścieżkami ktoś tak mi bliski już przede mną szedł.

Dzisiaj, w 116 rocznicę swoich urodzin też ze mną jest, choć nie w tych strofach, których się spodziewałem. Myślami byłem przy gniewnych, pełnych mocy wierszach takich jak Łódź (Ciąży sercu troska i pieśń,/troskę w sercu ukryj i nieś,/pieśń jak kamień podnieś i rzuć./W dymach czarnych budzi się Łódź)czy Zagłębie Dąbrowskie (Po gniew, moja pieśni, najgłębiej/w serce ziemi się wwierć!/Węgiel dobywa Zagłębie!/Zagłębie dobywa śmierć), ale im dłużej szukałem, tym jaśniejsze dla mnie było, że tak jak i on sam, zakończyć muszę w rodzinnej ziemi, tam, na Mazowszu.

A kiedy runę, to na tę ziemię,/którą kocham,/i ciebie, pieśni, też pogrzebiemy/z ostatnim szlochem.

 

Tagi: Broniewski
14:22, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 grudnia 2013
Tyle co nic w długą zimową noc

Mimo tego, że za oknem jest słonecznie, wokół mnie jest grudzień. Szaro, mdło, nijako. Kształty są zamazane, a światło, jeśli już w ogóle się pojawia, sączy się niechętnie przez grubą warstwę chmur. Nie ma siły ani ochoty na nic. Wszystko śpi głęboko ukryte, wymęczone długim listopadem, który w tym roku był wyjątkowo zły. Przełom? Być może nastąpi w noc św. Łucji, gdy siły dobra i zła wychodzą mierzyć się w dorocznej walce o panowanie nad światem. Być może jednak dopiero w przesilenie zimowe, kiedy wreszcie znów zacznie przybywać dnia. A może dopiero w styczniu, gdy już skończy się przeklęty trójskok mierzony moimi urodzinami, świętami i sylwestrem. Dopiero po prawosławnej wigilii będę mógł odetchnąć.

Nie ma o czym mówić więcej, w długą zimową noc niech nie wie nic Zły.

wtorek, 29 października 2013
Październikowa notka #2



Kiedy słuchaliśmy tego ostatni raz, to nagranie po prostu leciało sobie w tle, ale rozpoznałem je od razu. Powiedziałem Ci o tym i o tym, że jest dla mnie ważne. Ty powiedziałaś, że dla Ciebie też, że jest dobre. I słuchaliśmy, a potem rozmawialiśmy o milionie rzeczy, jak zawsze, a przecież widywaliśmy się tak rzadko. Nigdy nie było tego czuć, po tym chyba rozpoznaje się dobre znajomości. 

Październik się kończy i znów nie będę miał czasu, żeby do Ciebie pojechać i zapalić Ci świeczkę. Ale cały czas o Tobie pamiętam i za Tobą tęsknię.

23:36, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 września 2013
On my own

Kilka ostatnich dni upłynęło pod znakiem maksymalnego zmęczenia. Bardzo wymagająca praca, problemy bliskich mi osób i moje własne, potrzeba uporządkowania tego, co zabałaganione i potrzeba zaplanowania teraz i natychmiast najbliższej przyszłości - wszystko to zostawiło mnie kompletnie wyczerpanym, jak nigdy dotąd. W środę nie potrafiłem dojechać na rowerze, musiałem go prowadzić dwie ostatnie przecznice. W czwartek posłuszeństwa odmówiły nerwy, będące już dawno poza skrajem nadszarpnięcia. W piątek padłem na łóżko i nie potrafiłem z niego wstać. Ale dochodzę do siebie, a pomaga mi w tym poczucie dobrze wykonanej roboty.

Wbrew stereotypom

W budżet obywatelski wszedłem z marszu w lutym tego roku i zaangażowałem się w niego w całości. Usynowiłem go i jest to moje ukochane dziecko, którym to poczuciem dzielę się jeszcze z kilkoma osobami. Dołożyliśmy wszelkich starań, aby się udał i doprowadziliśmy go do szczęśliwego finału. Gdy o północy ruszyło głosowanie i mogłem otworzyć aplikację służącą do wyboru propozycji zadań, coś ścisnęło mi gardło. Wzruszyłem się i zaszkliły mi się oczy, bo to chwila porównywalna do tej, gdy dziecko przynosi do domu świadectwo maturalne. Od teraz już nie jestem potrzebny, mogę stanąć z boku i życzliwie kibicować, pomagać, ale już niewiele zależy ode mnie. Mogę się przyglądać i przyjąć do wiadomości, że to potężny sukces, także w jakiejś mierze mój własny, na który bardzo ciężko zapracowałem. I którego nie byłoby bez wszystkich osób, z którymi go wypracowałem, a przede wszystkim bez mieszkańców, którym się chciało wziąć w nim udział i urzędników, którzy zaprezentowali maksymalne otwarcie na mieszkańców i na ich potrzeby - zupełnie wbrew stereotypom.

Wszystko albo nic

Nie umiem zaangażować się na pół gwizdka. Biorę wszystko albo nic, nie zadowalam się półśrodkami. Dlatego mam tak niewiele. O to, co chcę mieć, walczę do upadłego, o to, co jest dla mnie letnie, nie walczę w ogóle. Z tym, czego nie chcę jest identycznie - zwalczam do upadłego lub odpuszczam, bo półśrodki nie mają sensu. Dlatego tak ważne jest, żeby mnie zmotywować i przekonać, że warto, że to także moje - bo moment, w którym coś przestaje być moje jest momentem, w którym to dla mnie umiera i znika. Jeśli wierzę, to do końca, jeśli nie ufam, to na zawsze. Białe jest białe, czarne jest czarne, a moja mowa jest prosta. Nie jestem letni.

Piotr

Jestem silny, choć nieraz wątpię w to. Miarę swojej siły poznaję, gdy czasem muszę się zatrzymać i podsumować ile rzeczy i ludzi niosę przez życie. Ta siła jest ogromna i podtrzymuje wiele osób i jeszcze więcej inicjatyw. Gdy znika lub na chwilę się załamuje, pojawia się zamęt, zwątpienie i strach, bo nie ma takiej siły, która byłaby większa od mojej i która poniosłaby także i mnie. Dlatego za każdym razem, gdy ogarnia mnie słabość i zwątpienie, zatrzymuję się i układam się na nowo, za każdym razem wyglądając pomocnej dłoni, która przychodzi, ale niemal nigdy z tej strony, z której bym jej oczekiwał. 

Zbudowałem sobie sieć przyjaznych mi ludzi, którzy są mi bliscy i wiedzą o mnie dużo. Każdy z nich ma jakiś kawałek mnie i wyciąga do mnie rękę, gdy nadchodzi kryzys. Są moją siatką ratunkową, a ja jestem rybakiem dusz.

Am Ende bleib ich doch alleine

Moja ścieżka jest osobna, wyboista i trudna. Idę nią sam, pozwalając od czasu do czasu komuś się do mnie przyłączyć. Czasem wierzę, że od tej pory to jest już nasza wspólna ścieżka, ale z tyłu głowy zawsze jest świadomość, że na końcu zostanę sam i sam zmierzę się z moimi demonami. One są mi wierne.

Paweł

Nie umiem chodzić prostymi drogami. Moje są zawsze trudne, prowadzą wertepami, opłotkami, pod górę. Są moje własne, nawet jeśli prowadzą poprzez maski samochodów czy nocne dachy zrujnowanych kamienic. Ale na ich końcu jest Światło i ku niemu dążę. Odzyskałem wiarę, choć był czas, gdy ona znikła. Musiałem zrozumieć, że nawet jeśli bardzo będę chciał, to jej nie będzie, ale przyjdzie dokładnie wtedy, gdy będzie trzeba. Bo to jest łaska, co tak dumnej osobie jak ja ciężko przyjąć, a co dopiero zgiąć kark i paść na kolana. Ale tak jest i nie wstydzę się tego, nawet jeśli tak modnym jest wyśmiewanie i scjentystyczny dystans. 

Słucham głosów takich jak ten, że katolicy to wyznają nienawiść, uprzedzenia i jako najwyższy stopień wtajemniczenia - opluwanie każdego, kto im nie pasuje, słucham słów o niewidzialnym przyjacielu z nieba, przez znajomą buddystkę bywam nazywany katolem, bo przecież moja wiara jest zapewne mniej fancy niż jej własna. Ale to jest moja droga, którą przyjąłem i której się nie zaprę już nigdy więcej.

Niebo jest zachmurzone, ale przebija się słońce

Powoli dochodzę do siebie, mija kolejny kryzys. Mija zmęczenie, ciało odzyskuje dawną formę. Umysł też, bo poranek jest zawsze mądrzejszy od samotnego wieczora. Rzeczy układają się na nowo, a ja rozumowo ustawiam je, pamiętając o priorytetach i o tym, że muszę dać upust emocjom, nawet jeśli trafią w próżnię. Przede mną cały świat - nowe wyzwania, nowe zadania, nowe trudy. Już nie mogę się doczekać.                          

11:05, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 września 2013
Ulica Edwarda Veddera



Są takie dni, że myśli są splątane, niejasne, trudne do zapisania. Nie są słowami - są raczej obrazami, zapisanymi filmami, śladami odczuć i emocji. Niełatwo je ułożyć i przekazać, a przecież chce się je wyjąć z głowy, żeby uzyskać nieco spokoju. Nie mam pod ręką potterowskiej myślodsiewni, więc będę musiał zrobić to po swojemu, na piechotę.

Jest jesienny wieczór, na Stokach. Idziemy na spacer, wiemy, że to jeden z ostatnich. Za chwilę moja przyjaciółka wyjedzie z miasta, a my, pozostali, zostaniemy tutaj, na miejscu. Nie wiemy, na ile wyjedzie, ale chyba na zawsze, To ogromna strata dla piętnastolatka, szczególnie, gdy tę drugą osobę zna od trzeciego roku życia. Więc idziemy i rozmawiamy, zapewniając się, że będziemy pisać listy. I że jest dobrze, tak dobrze we własnym towarzystwie.

Faktycznie, zaczęliśmy do siebie pisać. Pierwsze listy otrzymałem jeszcze w wakacje. Jeden z pierwszych dostałem będąc u babci w Sochaczewie. Pamiętam siebie, jak go czytam nad talerzem zupy pomidorowej i powoli układam sobie w głowie odpowiedź. I tak już miało być zawsze, aż do dziś - zawsze odpowiadam w sposób uporządkowany, odnosząc się do kolejnych zdań i akapitów, morderczo systematycznie. 

Dwa lata później moja przyjaciółka wróciła, a my już wiedzieliśmy, że nasza paczka znająca się od pierwszej klasy podstawówki bez niej nie istnieje. To ona, jedyna dziewczyna na pokładzie była zwornikiem i kimś, kto trzymał nas w kupie, ogarniając i rozumiejąc lepiej.

Kilka lat później to ja wyjeżdżałem, do Anglii. Wyjeżdżałem na chwilę, ale z opcją przeciągnięcia chwili do na zawsze. Bez pożegnań, zbędnych rozmów. Kiedy wróciłem, wszystko się zmieniło. Moja przyjaciółka właśnie przestała być z moim najlepszym przyjacielem, a nasza paczka przeżyła to mocno, bo przecież oboje w niej byli. I pamiętam podłogę mojego mieszkania, w dużym pokoju. Siedzimy w trzy pary - ja i moja ówczesna narzeczona, moja przyjaciółka i mój przyjaciel, oraz Agata i Gawło - jej przyjaciele z miasta, do którego wyjechała. Agata i Gawło byli parą, ale się rozstali, potem nieco wokół siebie chodzili i od tamtego wieczora znów się zeszli. Nieco później ja się rozstałem, a Agata i Gawło wzięli ślub.

Na ścianie nad schodami wisi tabliczka z nazwą ulicy. Zerwaliśmy ją z ulicy Edwarda, a ja dopisałem pod spodem markerem słowo "Veddera" na cześć wokalisty ulubionego zespołu mojej przyjaciółki. Ta tabliczka przeprowadzała się z nią w wiele miejsc, aż do teraz, gdy jednak zostanie w Łodzi.

Oprócz tabliczki była jeszcze mapa Łodzi, na której każde z nas zaznaczyło swoje miejsca i napisało coś od siebie. Potem ta mapa wisiała długo nad biurkiem w Szczecinku.

Agata rozstała się z Gawłem, przyjechała do Łodzi. Rozwód, złe samopoczucie, zły czas, ale od czego są przyjaciele. Przyszły, obie, do mnie. Ja już miałem córkę i siedzieliśmy chwilę nad herbatą, rozmawiając. Widziałem wtedy Agatę ostatni raz, bo gdy wreszcie wzeszło słońce i odbiła się by żyć, czad przerwał linię jej życia. Ale życie zostawia ślad!

Wyjmuję z torby "Grę o tron", upiornie drogą planszówkę, którą kupiliśmy na spółkę po moim powrocie z Anglii. Każde z nas dało trzydzieści złotych - ja, Ewa, Alicja, Łukasz i Przemek. 

Ewa znikła z mojego życia pół roku później, zostawiając po sobie pierścionek zaręczynowy i trzyletnią dziurę w życiorysie, dzięki której w lipcu 2007 ostatnie wspomnienia, jakie miałem, pochodziły z lata 2004, a reszta była jak film, którego nie pamiętałem. Łukasz, mój najlepszy przyjaciel, wybrał lojalność wobec swojej nowej żony i święty spokój, znikając z horyzontu zdarzeń. Mam nadzieję, że oboje są szczęśliwi. Zostaliśmy w trójkę, a teraz Alicja wyjeżdża, daleko, na zawsze. Gra wróciła do mnie, a ja schowałem ją do szafy.

Obiecałem sobie kiedyś nigdy już nie wracać do domu i płakać. Dzisiaj mi się znowu nie udało. Jechałem w noc, wioząc ze sobą kilka drobiazgów, jakieś płyty i obraz, który Alicja i jej chłopak, Wiktor, namalowali po śmierci Agaty. Życie zostawia ślad.

Stoję na drodze rowerowej, odprowadzam Alicję do domu. Obok przejeżdża Przemek, ostatni kawałek naszej czteroosobowej paczki. Rozmawiamy chwilę, rozjeżdżamy się w różne strony. Nieco później na tej samej drodze spotykam Asię i Patrycję, przyjaciółki Alicji, których nie widziałem całe wieki. Rozmawiamy, rozjeżdżamy się, ja siadam pod Almą na rogu Piłsudskiego i PKWN, czekam chwilę, żeby przyjechać po czasie i żebym nie przyjechał pierwszy na Tuwima, bo przede mną ważna i ciężka rozmowa. Siedzę i myślę, że to symboliczne, że to spotkałem ich wszystkich właśnie tu i teraz i że to jakiś znak. Boję się, że widzimy się po raz ostatni, ale na szczęście się mylę.

Dziś też mam to uczucie, tę panikę. To nie koniec świata. Ktoś mądry powiedział, że się zobaczymy, że to nie jest tak, że widzę ich ostatni raz. Wiem, że zobaczymy się za trzy miesiące, kiedy przylecą po świętach, bo bilety tańsze. Jest internet, są telefony i skype. Rozum wie, że będzie dobrze, ale serce jest przygniecione strachem, niepewnością i tęsknotą. Nie jest łatwo wypuścić kogoś, kogo się miało na wyciągnięcie ręki przez ostatnie 27 z 30 lat, które mam. 

Będzie dobrze.

23:15, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 sierpnia 2013
Dzięki wspaniałym

Kiedy żyjesz w kraju, w którym edukacja seksualna nie istnieje a jeszcze okazuje się, że Twoje dochodzące do głosu preferencje seksualne nie do końca zgadzają się z tym, co widzisz na co dzień, uczucia takie jak niepokój, strach i zaprzeczenie stają się Twoimi nieodłącznymi towarzyszami. Masz naście lat i wszystko zaczyna się składać w niepokojący, bardzo wyraźny obraz. Nie jestem taki/taka jak wszyscy, jestem inna/inny. 

Z czym wiąże się poczucie inności wiemy chyba wszyscy. Przede wszystkim z samotnością ale i wstydem - bo przecież to NIE jest normalne. To jest inne, nienormalne, więc trzeba to ukryć, zachować głęboko, zakopać, żeby nikt nie zauważył. Wyprzeć, może odrzucić. Ale nie da się, to wróci.

Kiedy masz naście lat, grupa rówieśnicza i jej wyroki są najważniejsze. A tu, jak w soczewce, skupia się cały konformizm i opresja, jakie dorosłe społeczeństwo daje swoim dzieciom. "Pedał", "ciota" - słowo jak stygmat, natychmiastowy wyrok i zesłanie w jedną stronę. Piekło, którego za wszelką cenę chce się uniknąć, więc inność chowa się głęboko w sobie, tak głęboko, że nie wie o niej nikt.

Efekty tego widzimy codziennie, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chłopak, który rozkwitł dopiero w momencie, gdy skończył trzydzieści lat. Dziewczyna, która dopiero przed czterdziestką odważyła się wreszcie ulec i pogodzić ze sobą i swoimi potrzebami. Pozytywne historie, za którymi stoją lata zaprzeczenia i wewnętrznej walki. Lata nieudanych związków i zawodów, zwątpienia, że kiedykolwiek będzie można żyć w zgodzie z samym sobą, bez bolesnego rozdwojenia. A przecież tyle jest tych, którzy albo wciąż walczą, albo już się poddali i zgaśli.

Ja miałem szczęście. Miałem naście lat i dostęp do telewizji satelitarnej, za pomocą której odbierałem niemieckie kanały, takie jak RTL 2, PRO7 czy VOX. A na nich programy, których nazwy pamiętam do dziś, jak litanię. Peep!, Liebe Sünde, Wa(h)re Liebe. Programy, które możemy nazwać erotycznymi, ale nie w sensie Różowej Landrynki (co nota bene doskonale pokazuje przepaść w postrzeganiu seksu w Polsce i w Niemczech), tylko w sensie poznawczym, poradnikowym, ale i rozrywkowym. 

Peep! był najlżejszy - był czymś w rodzaju talk show kończącego się tym, że zaproszeni goście konferowali z prowadzącą program piękną Veroną Feldbusch w basenie, popijając drinki i rozmawiając o seksie i wszystkim, co dookoła niego. Owszem, miało to lekko hedonistyczny posmak, ale przede wszystkim płynęła z tego afirmacja - seks to taka sama dziedzina życia jak pozostałe, więc czemu mielibyśmy się napinać. 

Pozostałe dwa programy składały się m.in. z krótkich felietonów pokazujących najróżniejsze kwestie dotyczące ludzkiej seksualności. To z nich dowiedziałem się, kim są swingersi i że mają w Niemczech swoje kluby. To tu mogłem zobaczyć, jak bawią się fani BDSM i że nikomu od tego nie dzieje się krzywda. To tu zobaczyłem po raz pierwszy transwestytów i transseksualistów i stąd dowiedziałem się, czym się od siebie różnią. I że jeden z nich, kryjący się pod zjawiskową personą Lilo Wanders, może prowadzić poradnikowy program w popularnej telewizji, dostając listy z całego świata, w tym i z Polski. To z tych programów uczyłem się, jak różnorodny jest świat i jak różni są ludzie i ich upodobania. I że moje własne nie są w żaden sposób wyjątkowe czy niecodzienne - ot, jestem jednym z wielu. I to było wspaniałe.

Te programy były niezwykle egalitarne. Pokazywały najróżniejszych ludzi - młodych, starych, chudych i grubych, zdrowych i niepełnosprawnych - i wszyscy oni mieli prawo do szczęścia i swojej seksualności. Teraz wiem, że tak jest, ale wtedy, w Polsce połowy lat 90-tych było to dla mnie prawdziwą rewolucją. 

Dziś już nie jest tak prosto. W Polskich kablówkach miejsce niemieckich kanałów zajęły kolejne klony ze stajni Polsatu i TVN. Dzieciaki dostały internet - przepastny i wypełniony informacją, ale tak naprawdę pusty, bo najpierw trzeba wiedzieć, czego szukać i gdzie. Edukacji seksualnej jak nie było w sposób systemowy, tak nie ma. Jeśli ma się kupę szczęścia, to można trafić na zajęcia prowadzone przez Fundację SPUNK, która przy okrzykach oburzenia ze strony kościelno-prawicowej niesie kaganek seksualnej oświaty wśród łódzkich gimnazjalistów. 

Marzę o kraju, w którym sprawy seksu przestaną być kwestią ideologiczną, a będą traktowane z należnym szacunkiem. Kraju, w którym seksualna inność nie będzie wykluczała, tak jak nie wyklucza to, że ktoś jest brunetem lub ma szare oczy. Kraju, w którym dzieci będą uczone w szkołach szacunku dla siebie nawzajem, a edukacja seksualna będzie oparta na stanie obecnej wiedzy naukowej, a nie na poglądach katechety prowadzącego zajęcia z wiedzy o życiu w rodzinie. Kraju, w którym urzędnik nie będzie pisał, że proponowany przez mieszkańców miasta punkt edukacji seksualnej dla młodzieży jest czymś mało dyplomatycznym i budzącym kontrowersje. Kraju, w którym ci "inni" nie będą musieli tłumić w sobie tego, jacy są i jak czują, rujnując życia swoje i swoich bliskich.

Wiem, że polskie stacje telewizyjne nie staną na wysokości zadania, podobnie jak nie zrobi tego internet, choć z zupełnie innych powodów. Widzę palącą potrzebę systemowego rozwiązania - powszechnej, obiektywnej edukacji seksualnej dla dzieci i młodzieży, ale też i szerszego mówienia o sobie i swoim życiu przez tych, którzy zdecydowali się wyjść z szafy. Na razie jednak pozostaje nam partyzantka i mozolna praca u podstaw - dlatego tak bardzo jestem wdzięczny dziewczynom ze SPUNKa i wszystkim ludziom dobrej woli, którzy im pomagają. Wdzięczny jestem radnym Urszuli Niziołek-Janiak i Pawłowi Bliźniukowi za to, że jasno powiedzieli, że urzędnicza nauka o dyplomacji jest niedopuszczalna i że dali punktowi edukacji zielone światło wpisując go na listę zadań możliwych do zrealizowania w ramach budżetu obywatelskiego. Wdzięczny jestem wszystkim tym, którzy dzwonili do urzędu miasta i kontaktowali się z urzędnikami innymi drogami, zmuszając wydział do pospiesznej zmiany zdania. Wdzięczny wreszcie jestem Michałowi, który postanowił prowadzić bloga opisującego jego życie człowieka niekoniecznie chcącego ubierać się tak, jak według społeczeństwa powinien ubierać się mężczyzna - bo dzięki temu, co pokazuje i co pisze bardzo wielu innych przekona się że można i że nie są z tym zupełnie sami.

Dzięki serdeczne Wam wszystkim za to, że jesteście i działacie, zbliżając nas codzienną żmudną pracą do realizacji mojego marzenia. Jesteście wspaniali!

 

Tagi: Łódź
17:47, gothmucha , am.tv
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 sierpnia 2013
And I will be too faithfull to you



Łódź Kaliska - Zgierz - Kutno - Włocławek - Toruń - Bydgoszcz - Piła - Jastrowie - Okonek - Szczecinek. Śmiech, papierosy, bułki na stacji i gra w tysiąca w piętrowym wagonie. Martensy, walkman i taśma z tą płytą, zgrana do ostatniej nuty. Wyprawy do nocnego i nad jezioro, kanałami, bo przecież na ulicach biją. Śliwkowe wino, wypijane duszkiem, autostop do Mielna i listy, dużo listów. 

Przyjaciele, którzy wyjeżdżają do innego kraju i przyjaciele, których już nie ma, choć zostawili w moim życiu niezacieralny ślad. Płaczę, a pod Okonkiem zakwitły wrzosy rozsiane przez czołgi

01:11, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 lipca 2013
30, 20, 10



Fakt, że Radiohead zostało założone niemal 30 lat temu jakoś mi umknął. Dopiero dziś, jak sobie zguglałem, usiłując sobie przypomnieć, kto jest ich pierwszym/drugim gitarzystą, zerknąłem że zespół powstał w 1985, czyli 28 lat temu. Kawał czasu.

Niemal równo 20 lat temu udało im się wydać swoją debiutancką płytę, która długo leżała u mnie na półce niemal niepoznana. Każda z ich płyt zresztą wchodziła mi trudno, powoli, uzależniając na końcu i doprowadzając do stanu, w którym znałem każdą nutę i każdą głoskę. Przez pewien czas nie było dla mnie większego i ważniejszego zespołu i dorobiłem się też ksywki "pan Radiohead".

10 lat temu opublikowano moją pierwszą recenzję płyty. Było to na portalu muzyka.pl, a recenzja dotyczyła epki My iron lung. W pakiecie poszły jeszcze recenzje The Bends i OK Computer. Dziś już bym tak nie pisał (żadna niespodzianka), ale kilka lat później przyjemnie zdziwiło mnie, że ktoś pamięta mnie właśnie po nich. Szkoda, że nie ma już ich w sieci.

piątek, 28 czerwca 2013
Wolny najmita



A więc już po wszystkim. Przypięliśmy kotyliony, pogratulowano nam sukcesu i doskonale wykonanej roboty. Osiągnęliśmy wielki sukces. Wykazaliśmy się profesjonalizmem i stanęliśmy na wysokości zadania. Wszysycy wiwatują i przesyłają podziękowania. Powinienem czuć smak zwycięstwa.

Ale ja nie czuję nic, bo wiem, że znowu wracam tam, gdzie każdy prekariusz po zakończeniu projektu - w otchłań strachu o jutro i niepewności następnego dnia. Dzień, w którym osiągam sukces, jest jednocześnie dniem w którym kamień spada na dno i znów trzeba szukać sposobu jak wtaszczyć go na szczyt.

Wolny! - Wszak może iść albo spoczywać

Albo kląć z zgrzytem tłumionej rozpaczy

Może oszaleć i płakać, i śpiewać - Bóg mu przebaczy..

 

20:58, gothmucha , am.tv
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 czerwca 2013
Cegiełka od siebie



Jest coś niesamowicie przywiązującego w serwisach crowdfundingowych. Coś, na co dało się własne pieniądze, dzięki którym w jakiejś części to powstało i działa ogniskuje wokół siebie ciepłe myśli i buduje odpowiedzialność za dalszy rozwój takiej inicjatywy. To oczywiście haczyk, ale co przyjemniejszego niż oglądanie jak coś, do czego przyłożyło się rękę rośnie i się rozwija?

Ostatnio przyłożyłem rękę do dwóch inicjatyw. Pierwszą była budowa Fablabu w Łodzi pod szyldem Cohabitat MAKE i jestem naprawdę dumny z tego, że mogłem się do tego choć w małej części dołożyć. Udało się do tej pory zebrać ponad 85 tys. zł (z wymaganych 60!) i dzięki temu powstanie bardzo fajne miejsce w samym sercu dawnej fabryki. Kreatywne, ale we właściwym tego słowa znaczeniu, stawiające na dzielenie się wiedzą i współpracę. 

Drugą rzeczą, do której się dołożyłem, było coś z zupełnie innej półki. Była to solowa płyta Helen Marnie, wokalistki Ladytron. Któregoś dnia na facebookowym profilu zespołu pojawiło się info, że Helen nagrywa płytę, ale potrzebuje na to pieniędzy. Wydanie kilku funtów nie było niczym trudnym i teraz, po kilku miesiącach płyta po prostu jest. Na razie w formie mp3 udostępnionych każdemu wspierającemu, za chwilę również fizycznie, jak tylko dotrze przesyłka. 

To dziwne uczucie, kiedy słucham dźwięków wygenerowanych przez kogoś, kogo nigdy nie widziałem na oczy i kogo nigdy nie poznałem - a jednak też w jakiejś cząstce dzięki mnie. Czuję się z tą płytą dużo bardziej związany już od pierwszego przesłuchania niż z innymi, które kupuję tu czy tam. Przy okazji ta płyta jest po prostu bardzo dobra i już sam otwierający ją Hunter powoduje że nie żałuję ani jednego wydanego pensa. 

Crowdfunding nie zastąpi tradycyjnych form finansowania i nie może być traktowany jako lekarstwo na niedomagania systemowe. Ale może być i powinien być traktowany jako ciekawa alternatywa pozwalająca na sfinansowanie czegoś ekstra i szansa na wprowadzenie czegoś nowego do powszechnego obiegu. Korzystajmy z crowdfundingu, ale nie pozwólmy, by państwo czy samorządy uczyniły z niego czy podobnych inicjatyw partycypacyjnych wygodną wymówkę dzięki której będą mogły wycofać się ze swoich obowiązków.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11