czwartek, 05 maja 2016
Spalić wiedźmę

Abandon all reason
Avoid all eye contact
Do not react

Choć powstała co najmniej 10 lat temu i choć śladów jej tekstu można się doszukać w enigmatycznych wiadomościach na okładce Hail to the Thief, to dopiero teraz ta piosenka ma swój moment. Gdy wtedy myśleliśmy, że świat zwariował, dekadę później już wiemy, jak bardzo było wtedy "normalnie" i jak dziwnie i niebezpiecznie zrobiło się teraz.

Dobrze, że wracają, brakowało mi soundtracku do tych dziwnych czasów.

 

wtorek, 20 sierpnia 2013
Queer as Jolene

Kilka razy sygnalizowałem już, że bardzo lubię, gdy w jakiejś piosence zmienia się płeć podmiotu lirycznego, wprowadzając dodatkowy stopień napięcia i nieoczywistości. Weźmy stary hit Dolly Parton, Jolene:



Tekst nawet dziś robi wrażenie - jak nieczęsto zdarza się, że ktoś zdobywa się na akt tak krańcowej desperacji, żeby uznać publicznie że jest gorszy niż tytułowa Jolene, która jednym skinieniem palca może odebrać ukochaną osobę - tak po prostu, bo może. Ta piosenka to z jednej strony pean na jej cześć, a z drugiej prośba zdesperowanej do granic ostateczności kobiety. I o ile potrafimy sobie to jeszcze jakoś wyobrazić, to czy na podobny gest byłby w stanie zdobyć się mężczyzna? Tutaj z pomocą przychodzi nam Jack White i jego White Stripes:



I kiedy już się przekonujemy, że mężczyzna może, jak najbardziej, to jednak dochodzimy do wniosku, że od White'a może bardziej przekonywujący byłby ktoś z podobnej parafii, co sama Dolly Parton - może Roy Orbison? 

Ponieważ niestety nie dysponujemy Orbisonem, z pomocą przychodzi nam stara zabawa znana użytkownikom gramofonów - zwalniane i przyspieszanie obrotów. Każdy, kto kiedykolwiek bawił się gramofonem wie, że mamy do dyspozycji co najmniej dwie prędkości - 33 i 45 obrotów na minutę. I jeśli zwolnimy z 45 obrotów na 33, dostajemy w efekcie takie cacuszko: 



Brzmi perfekcyjnie, szczególnie że poleca tę wersję sam Stephen Fry, którego bardzo kochamy i ulubiamy i z tego miejsca serduszkujemy. Ale ponieważ jesteśmy ciekawymi misiami i chcemy, żeby nasz bohater cierpiał z jeszcze większym uczuciem, natchnieniem i basem, to zwalniamy jeszcze trochę... i w sumie dostajemy wersję The Sisters of Mercy:



Taaaak, jest absolutnie okropna i absolutnie straszna, ale the hell - jakże on pięknie cierpi przy mikrofonie! A Jolene i tak weźmie sobie co jej - nie bacząc na płacze, prośby i upokorzenie.

Tagi: queer
13:56, gothmucha , discotraxx
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lipca 2013
Potęga morza

Tak więc kawałek mojej cegiełki z pomocą Royal Mail dostał się w moje ręce i na zmianę z nową Austrą nie chce wyjść z odtwarzacza. Na razie za wcześnie, żeby ocenić Crystal World poza tym, że wbrew lodowemu tytułowi i mroźnej Islandii w której płyta powstała jest to kawałek bardzo ciepłej i płynnej elektroniki, bardzo w stylu środka lat 80tych zeszłego wieku, tak gdzieś lat '85-'86. 

Muszę się głębiej wsłuchać, objąć tę płytę, teraz, gdy mam ją już fizycznie i gdzie jak zwykle brzmi zupełnie inaczej niż z plików mp3, które dostałem niemal miesiąc temu. Już wiem, że jest bardzo dobrze, chyba nawet lepiej niż na ostatniej płycie Ladytron, a już na pewno spójniej i chyba bardziej od siebie.

Warto było czekać.

niedziela, 14 lipca 2013
Intymność

Nie planowałem dzisiaj żadnych zakupów ani wycieczek co miasta, ale jakoś tak wyszło, że nie mając co robić przejechałem się do Galerii Łódzkiej tak trochę bez celu, żeby zerknąć tu i tam. Z rozmysłem trzymałem się południowej strony centrum, nie przekraczając limes trasy W-Z, co na rowerze jest tak proste, bo ilość miejsc, w których można to zrobić jest ograniczona.

Już wcześniej nastawiłem się, żeby sobie kupić pewną książkę, którą nawet wypatrzyłem na półce w Manufakturze, ale nie o niej będzie tym razem. Po raz kolejny bowiem przekonałem się, że jestem beznadziejnym kolekcjonerem namacalnych i fizycznych nośników. Mimo, że nową Austrę w wersji elektronicznej mam odkąd tylko wyciekła kilka tygodni przed premierą, nie mogłem przejść obojętnie obok płyty wystawionej na półce. Siłą rozpędu zdjąłem też z półki ostatnie Radiohead (znów dwa lata karencji, In Rainbows kupiłem sobie też kilka lat po fakcie, w Berlinie), ale ponownie nie zachwyciło mnie. To normalne, ich płyty zawsze wchodzą mi ciężko, o czym mogliście sobie poczytać w poprzedniej notce, więc nie będę się tutaj nad tym więcej rozwodził.

Nowa Austra jest inna. To oczywiście truizm, ale jednocześnie ważna wskazówka. Nie będzie już tak łatwo, nie będzie wpadających w ucho hitów w stylu Spellwork czy Lose it. Jest za to zbiór piosenek bardziej wyciszonych, skupionych, rozwijających się z rozmysłem i powoli, jak Sleep czy We become. Jest też kilka momentów absolutnie kluczowych, jak rozdzierający serce Home czy wieńczący płytę Hurt me now. To już nie jest młodzieńcza płyta o odkrywaniu siebie, swojej świadomości i seksualności. To już jest płyta dorosła, o podejmowaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.



Już same tytuły, takie jak What we done?, Forgive me czy Painful like dość dobrze wprowadzają w krajobraz tej płyty. To nie jest płyta wesoła, a opowieści z niej płynące nie nastrajają optymizmem. Jest tu miejsce dla pomyłek, złych wyborów, przypadkowych miłości, zdrad i rozczarowań, ale też i dla pogodzenia się z sobą i z tym, co się stało, z wyboru własnego lub cudzego. Nieliczne promienie nadziei i optymizmu przenikają ciemności i wydobywają się w najmniej spodziewanych momentach (You changed my life).



Słuchanie Olympii przynosi nieoczywiste uczucia. Sprawia przyjemność mimo znacznie większego ciężaru niż ten, który towarzyszył nam przy Feel it break. Choć dla mnie minął tylko rok, wszystko nabrało głębi, stało się mocniejsze i wyraźniejsze. Nie ma już potrzeby jaskrawego wyrażania siebie i swoich potrzeb, teraz jest czas na cierpliwą pracę u podstaw.

piątek, 10 maja 2013
It's awfully considerate of you to think of me here



It's awfully considerate of you to think of me here

And I'm much obliged to you for making it clear that I'm not here

Jugband blues zalicza się do kategorii tych piosenek, które uważam za najsmutniejsze. Nie tylko ze względu na to, że jest przejmująco szczerą kroniką ostatecznego odcięcia się Syda Barretta od świata, ale też przez to, że pokazuje, jak niewiele potrzeba, żeby ten stan odcięcia i odepchnięcia uzyskać. Mały krok, jeden gest i rusza lawina odrzucenia, na końcu której wyrasta nieprzenikniona, choć przezroczysta ściana. Your lips move but I can't hear what you say zaśpiewają wiele lat później jego koledzy, kiedy już będzie tak wiele lat za późno.

Mam słabość do angielskich zdań, które w bardzo uprzejmej formie zagrzebują ładunek uczuć, chowając go za kolejnymi formalnymi słowami. Jedno z nich zacytowałem powyżej i jest ono jednym z moich ulubionych. Jest z nim duża dawka ironii, ale i smutnej rezygnacji. Rezygnacji, bo nie ma już żadnej walki, jest jasne, że świat poszedł swoją drogą, a podmiot liryczny został na poboczu, właściwie bez niczego. Więc I don't care if sun doesn't shine and I don't care if nothing is mine. I w sumie nie wiadomo, co będzie dalej się dziać, bo wszelkie drogi zostały odcięte, nie ma powrotu. Zostaje tylko po cichu wyjść wiedząc, że nie zostanie się zatrzymanym, choć wyciągały się za tobą ręce.

And what exactly is a dream? And what exactly is a joke?

wtorek, 01 stycznia 2013
Ta w skórze to drań

Zawsze zazdrościlem anglosasom tego, że ich język jest tak cudownie wyprany z rodzajów. Pierwsza i druga osoba liczby pojedynczej mogą mieć całkowicie dowolną płeć i jeśli nie zostanie to doprecyzowane w innym miejscu, to nieraz do samego końca utworu nie mamy pewności, jakiej płci jest narrator lub osoba, do której się zwraca.

W języku polskim nie ma tak dobrze i trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby ukryć płeć lub chociaż zasugerować, że nie do końca jest tą, którą by się wydawała być. Jest kilka takich piosenek, w których to się dość ładnie udało, ale ja nie o nich. Ja o jednej z tych, które są zamęczone ogniskową gitarą, chóralnym wyciem do księżyca i trojkowym topem wszechczasów. Ja o Skórze Ayi RL.

Historia stara jak świat - ktoś mi popchnął panienkę, ja mu przylałem, on mi oddał, ach, jaki jestem męski i superfajny, swoje problemy rozwiązując pięścią i testosteronem. Sytuacja prosta, piosenka też, aż chciałoby się wpakować w to wszystko jakiś twist, jakieś zakłócenie, jakieś złamanie, które ściągnie uwagę na nowo. A może by tak pokombinować z płcią?

Oto mamy tę samą Skórę, ale zmieńmy Małą w Małego. Nagle maczystowski (a teraz pewnie również i truckersko wąsaty) samiec przestaje być heteronormatywny, staje się otwarcie homoseksualny. Przed oczami wyrasta nam apetyczna para - on, podmiot liryczny, duży i szeroki koleżka w skórzanej kurtce i obok niego delikatny chłopiec o eterycznych rysach. A może inaczej - niech narrator stanie się narratorką i nagle to kobieta będzie rycerzem w skórze ratującym biednego małego wystraszonego i oplutego chłopca? Fakt, tutaj gramatyka nam zazgrzyta na "draniu", ale sama wizja jest jednak przesłodka, a po nachalnej oczywistości oryginalu nie pozostaje ślad.

Ale sam tekst to przecież nie wszystko. Jest jeszcze wykonanie, od którego zależy wszystko. Już sam oryginał, zaspiewany kukizowym falsetem zdradzał, że coś tu jest na rzeczy. Jeśli jednak na scenie postawić osobę o celowo zamazanej tożsamości płciowej, androgyniczną lub przeciwnie, wprost transpłciową. Możliwości jest ogromnie wiele i mam nadzieję, że gdzieś w końcu ktoś tak to zrobi, bo na razie pozostaje mi się borykać z oryginałem do znudzenia ogranym w trzecim programie polskiego radia.

poniedziałek, 31 grudnia 2012
Please remember to mention me in tapes you might leave behind

Limitowana albo i żadna znajomość języka obcego pozwala cieszyć się muzyką. Niestety powyżej pewnego poziomu zaczyna się zwracać uwagę na tekst towarzyszący muzyce i wtedy zaczynają się schody. Oczywiście można trafić na teksty, które są doskonałe, albo przynajmniej bardzo dobre i dobre, ale niestety najczęściej trafia się na coś, od czego w najlepszym razie nie bolą zęby. Wielokrotnie miałem marzenie, żeby móc nie zwracać uwagi na tekst, ale niestety, nie umiem i często z żalem muszę się rozstać z piosenkami do których mam sentyment.

Mistrzem w pisaniu dobrze brzmiących tekstów o niczym był Vince Clarke. Pierwsza płyta Depeche Mode jest ich pełna, ze sztandarowym New Life na czele. Pozostali członkowie zespołu wprost mówili, że nie mają pojęcia, o czym są te piosenki, bo Vince dobierał słowa tak, żeby mu dobrze brzmiały do rytmu i zestawione ze sobą. Nie ma w tym zresztą niczego złego - jako produkt taneczno-zabawowy pierwsza płyta depeszów sprawdza się znakomicie i zdarzało mi się opierać na niej całe imprezy. Ponadto teksty Clarke'a nie bolały, bywając przyjemnie abstrakcyjne no i nie zdarzały mu się zbyt czesto denerwujące rymy.

Przypadek Depeche Mode jest jednak osobny. Zazwyczaj jednak ewolucja idzie od tekstów znaczących i dobrych w stronę tych bardzo niedobrych, a nie na odwrót. Tutaj sztandarowym przykładem takiej zmiany jest dla mnie Ultravox, który wraz z frontmanem zmienił niestety również tekściarza. Malowana przez Foxxa ballardowska miejska paranoja ustąpiła miejsca noworomantycznemu smęceniu, przeplatanemu coraz częściej ucieczką w pseudoceltyckie rejony, od których pękało szkliwo na zębach.

W nowych tekstach zespół usiłował się odnieść, lepiej lub gorzej, do tego, co zostawił po sobie Foxx. W New Europeans jeszcze jakoś to wychodziło, ale próba skopiowania wprost stylu byłego wokalisty zakończyła się klęską (Mr X). Jeszcze gorzej wygląda to w Western promise, w którym tekst aż boli (Mistyczny Wschodzie, o borze tucholski...), płynnie przechodzącym w utwór tytułowy.

Vienna, utwór ukochany przez wszystkich młodych romantyków, wszystkie mroczne dusze cierpiące i przeżywające go za każdym razem, gdy tylko usłyszą jego pierwsze takty. Utwór legenda, okraszony melodramatycznym teledyskiem i dramatycznym śpiewem, utwór, w który można włożyć praktycznie wszystko, jeśli tylko nie zna się za dobrze języka angielskiego. Można z tego w głowie zrobić historię wielkiej, tragicznej miłości, przerwanej przez jakieś niezwykle wstrząsające wydarzenie, najpewniej czyjąś śmierć, dopisać do tego całe tomy o cierpieniu, tęskocie i czym tam jeszcze. Tymczasem jest to historia przelotnego romansu, dość bucersko zresztą puentowanego "it means nothing to me". I cały czar pryska, sprowadzając się do hotelowej przygody w tytułowym Wiedniu.

 

Jest jednak jeden tekst, który mi się na tej płycie podoba. Oszczędny, praktycznie współczesny All stood still, malowany prostymi, oznajmującymi zdaniami. Zamrożony awarią elektryczności (a co za tym idzie sterujących całością jego systemów komputerowych) budynek staje się metaforą całej cywilizacji przełomu wieków, uzależnionej od komputerów i wyczerpujących się źródeł energii w sposób całkowity. Awaria i wyciemnienie, bezruch i martwota - oto, co nas czeka, prędzej czy później.

W tym wszystkim tylko jedno brzmi zaskakująco nieaktualnie. Desperacka prośba autora, "please, remember to mention me in tapes you might leave behind" - kto dziś używa jeszcze taśm? A jednak coś w tym jest - taśma magnetyczna, tak nietrwała i podatna na zniszczenie jako jedyna może się oprzeć elektronicznej zimie. Gdy nasze telefony komórkowe, laptopy i tablety zamilkną, wciąż jeszcze gdzieś będzie zwykły kasetowiec, na którym damy radę odtworzyć nasze wspomnienia.

piątek, 14 grudnia 2012
Queer as Manics



Jakiś czas temu pisałem o debiutanckiej płycie Manic Street Preachers, podglądając ją od strony muzyczno-tekstowej. Pominąłem wtedy jeden bardzo ważny aspekt związany z tą płytą, aspekt queerowy.



Oglądając towarzyszące płycie teledyski, fotografie czy zapisy koncertów nie sposób nie zauważyć jednego - to nie jest zwyczajny zespół, jakich było wtedy wiele. Chłopcy otwarcie grają swoim niejednoznacznym seksualnie wizerunkiem, w czym przodują basista Nicky Wire i gitarzysta Richey Edwards. Mamy do czynienia nie tylko z ciężkim makijażem (to już było przerabiane tyle razy choćby przez Iggy Popa czy Davida Bowiego) czy damskimi ciuchami (tu znów kłania się Bowie i jego męskie sukienki), ale z otwarcie prowokującymi zachowaniami. Obaj wspomniani panowie obejmują się, całują i zachowują całkowicie jednoznacznie niezgodnie z obowiązującą w życiu (i w rock'n'rollu) heteroseksualną normą. Nie jest przy tym istotna ich faktyczna orientacja seksualna - istotny jest wysyłany w świat przekaz. Możemy, wolno nam, pieprzcie się, jeśli wam to przeszkadza.



Dziś, gdy oglądamy to z perspektywy dwudziestu lat, może się to wydawać mocno naiwne, ale nie wolno zapomnieć, że jest to świadectwo siły i śmiałości. Mało kto wtedy mógł sobie na to pozwolić, ale oni byli zwyczajnie zbyt bezczelni i zbyt pewni siebie, żeby się tym dłużej przejmować. Byli wtedy jak supernowa, która wybuchła i po której wydawało się, że nie będzie już nic, tylko tu i teraz. Stąd pewnie ta straceńcza odwaga i desperacja, a jednocześnie niewrażliwość na to, co sądzi otoczenie. Oto my, kochajcie nas lub nienawidźcie, nam to wisi. Ale jesteśmy i musicie to zauważyć, zmierzyć się z tym, to jest nasz granat rzucony wam w wasze zadowolone twarze. Przełknijcie to lub zwymiotujcie tym, ale my tu jesteśmy i będziemy, czy wam się to podoba czy nie. Nie macie prawa nas osądzać i nie macie prawa odmawiać nam tego, jacy jesteśmy - na każdym polu. 



Choć samo słowo queer w kontekście Manics pada dość rzadko, powyższe jest jego kwintesencją. Łatwo skupić się na samej muzyce, czasem na tekstach, ale ten przekaz trzeba przyjmować w całości, jako całkowity i kompletny komunikat. Komunikat niezwykle ważny, jednych ośmielający, a innym otwierający umysły. To nie są tylko zwykłe obrazki z ładnymi, bezczelnymi chłopcami, to coś bardzo ważnego i istotnego, także tu i teraz. Dobrze, że zostało wypowiedziane i dobrze, że zawsze można do tego wrócić. Bless you, Manics.

 

sobota, 24 listopada 2012
B-sides (themselves)

Z okazji wczorajszego koncertu Muse zrobiłem sobie nostalgiczną jazdę po starych i mniej znanych utworach tego zespołu. Ponieważ zabrakło mi na koncercie reprezentantów drugiej płyty, Origin of symmetry (było tylko Plug-in baby), to wrzuciłem sobie Hullaballo, czyli zestaw składający się z płyty ze stronami b singli z dwóch pierwszych płyt i z płyty z koncertem z Paryża z 2001, składającego się z utworów z Origin... właśnie. Z tego miejsca był już żabi skok do zrobienia sobie rejsu po jutjubie w poszukiwaniu różnych b-side'ów (tak, mam je na płytach, ale do cholery, komu by się chciało grzebać w szafie i latać do odtwarzacza co chwilę). A że jestem leniwy i pewnie nie będzie mi się chciało grzebać kolejny raz, a jednocześnie mam wrażenie, że zrobiłem sporo piękna i dobra, to postanowiłem wynik tych poszukiwań wrzucić jako notkę na bloga. Każdy może sobie klikać po kolei albo w dowolny sposób, warto bardzo.

Showbiz



























Origin of symmetry























Hullaballoo









Absolution







Black holes nad revelations







Uprising







I takie tam, ostatnie na koniec:



Dobranoc.

Tagi: Muse
23:30, gothmucha , discotraxx
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 listopada 2012
Miłość w listopadzie




Achtung Baby to płyta zimowa. Kiedy po raz pierwszy się z nią spotkałem, był zimny i śnieżny listopad. Dni składały się głównie z ciemnych poranków i jeszcze ciemniejszych popołudni i wieczorów, kończących się jasnymi, rozświetlonymi leżącym śniegiem nocami. Panujące wokół ciemność i zimno ogarniały mnie wtedy od długiego czasu i właśnie wtedy, w jednym momencie to się zmieniło.

Jeśli chciałoby się opisać tę płytę jednym słowem, to będzie to słowo miłość. Każda kolejna piosenka jest kolejną odsłoną uczuć, które szaleją i trawią płomieniem od środka. Otwierające płytę Zoo Station, które jest przyznaniem się do tego, że oto zaczyna się podróż, nad którą nie ma żadnej kontroli. Szalone Even better than the real thing, będące dokładnym wręcz opisem endorfinowego szału i haju, w jakim znajduje się świeżo zakochany mózg. One, przejmujące wołanie o wzajemną akceptację i Until the end of the world, kronika zdrady i bezgranicznej cierpliwości, która zawsze zaczeka, aż do samego końca. Who's gonna ride your wild horses,czyli dzikość serca w pięciu minutach i kilku podejściach, o związku z dziką osobą, której nie da się zatrzymać w swoim życiu, i po spotkaniu z którą zawsze zostaje bolesny, ale i piękny ślad. Pierwszą stronę kasety zamyka So cruel, w którym patrzymy na rozpad miłości i rosnącą wzajemną nienawiść. Utrzymuję się na powierzchni tylko po to, żeby móc zobaczyć jak toniesz.

Drugą stronę kasety otwierają dwie najistotniejsze dla mnie wtedy piosenki, The Fly i Mysterious ways, o których pisałem już trochę wcześniej tu. Teraz jednak skupiam się raczej na sennym, nadrannym Tryin' to throw your arms around the world (a kobieta potrzebuje mężczyzny tak, jak ryba roweru), które płynnie przechodzi w Ultraviolet (light my way) (Kiedy byłem zupełnie zagubiony twoja miłość była jak żarówka wisząca nad moim łóżkiem), ostatnią prostą przed przejmującą kodą płyty - Acrobat i linkowane wyżej Love is blindness, które jest jak podróż do piekła, zimnego i jasnego. Materia się drze, pętla zaciska i widzę już koniec, a jedynym marzeniem są już tylko twoje ręce, którymi otulisz mnie nocą. Nie chcę widzieć.

Wszystko powyżej to słowa, ale pozostają jeszcze uczucia, które mnie wtedy wypełniały. Czasem miałem wrażenie, że były one tak silne, że ich odcisk na taśmie magnetofonowej jestem do dziś w stanie poczuć, gdy tylko wkładam kasetę do magnetofonu. Nie muszę wtedy nawet zamykać oczu ani nawet specjalnie się skupiać - one opływają mnie same, bez mojego świadomego udziału. Uczucia, które zawsze wracają, słowa, które mam wypisane na tylnej ścianie powiek. Nie sięgam po tę płytę często, ale wiem, że zawsze będzie ze mną, gdy mnie znów napadnie listopad, jasny i mroźny.

Ps - zaembedowana wersja piosenki pochodzi z albumu z coverami, nagranego na 25-lecie wydania płyty. Tutaj coverującym jest Jack White, w swojej wersji wyciągający na wierzch bluesowe korzenie tej kompozycji. Zostawiam to tu, bo lubię tę wersję, ale również dlatego, że nie mogę znaleźć wersji oryginalnej w znośnej wersji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6