poniedziałek, 01 sierpnia 2016
Gdzie jest polska lewica?

Gdzie jest polska lewica? – pyta redaktorka łódzkiego dodatku do Gazety Wyborczej. Pytanie zdałoby się retoryczne, ale jednak nie. Bo Estera Flieger odpowiada sobie na nie natychmiast – na Facebooku.

ikon


Nie umiem się z tym zgodzić. Ledwie zdążył upłynąć miesiąc od wielkich obchodów 111 rocznicy wybuchu Powstania Łódzkiego, będącego częścią szerszych wydarzeń, znanych jako Rewolucja 1905 roku. Obchody te przyciągnęły kilkaset osób, które przeszły w marszu ulicą Piotrkowską i w jej podwórkach obserwowało zainscenizowane przez aktorów scenki z epoki. Tłumy łodzian miały szansę dotknąć historii swojego miasta i to nie pierwszy raz. Tegoroczne obchody nie były przecież pierwszymi, impreza organizowana jest od kilku lat i stoją za nią te same osoby z łódzkiego Klubu Krytyki Politycznej, uhonorowanego zresztą w tym roku odznaką za zasługi dla miasta Łodzi.
Ale to nie jedyne miejsce, gdzie jest lewica. Czy znacie państwo inicjatywę „Food not bombs”? Jeśli nie, spieszę z wyjaśnieniem. Aktywiści i aktywistki przygotowują jedzenie, które za darmo rozdają osobom potrzebującym. Utrzymują się przede wszystkim z własnych środków, inwestując własny czas i własne pieniądze. Ktoś gotuje, ktoś zdobywa jedzenie, ktoś rozdaje ulotki informujące potrzebujących o tym, gdzie i kiedy można zjeść ciepły posiłek. I tak od wielu lat, bez przerwy, czy to latem, czy zimą, gdy gorąca zupa ratuje życie.
Gdzie jeszcze można znaleźć lewicę? W więzieniach. Tak, proszę państwa. W więzieniu siedzi Łukasz Bukowski, poznański poeta i działacz lokatorski. Siedzi w więzieniu, bo blokował eksmisję staruszki na bruk. W innym więzieniu siedział Piotr Ikonowicz, niezmordowany szef Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, która jest ostatnią deską ratunku dla osób, które czyściciele kamienic wyrzucają z mieszkań. Ten sam Piotr Ikonowicz blokował ze współpracownikami eksmisję matki z dziećmi na ul. Orlej w Łodzi i on jeden nie bał się wejść do gabinetu wiceprezydenta odpowiedzialnego za politykę mieszkaniową w Łodzi, żądając wyjaśnień i odwołania eksmisji. Kiedy ostatnio widziałem Piotra, nie miał siedział w Starbuksie nad sojową latte, ale w niewielkim zagrzybionym pomieszczeniu w piwnicy na warszawskiej Pradze. Siedział tam i zastanawiał się z żoną, skąd wziąć pieniądze na czynsz i skąd wziąć więcej czasu, żeby wysłuchać i pomóc wszystkim potrzebującym.
Ale miało być o lewicy. Gdzież ona? Ostatnio widziałem ją w radzie miejskiej, gdzie doprowadziła do tego, że miasto Łódź współfinansuje program in vitro dla wszystkich rodzin borykających się z niepłodnością. Widziałem ją w urzędzie miasta, gdzie opracowano najnowocześniejszą w Polsce politykę społeczną, która po raz pierwszy w kraju mówi, że edukacja, zdrowie, kultura czy mieszkalnictwo dotyczą nas wszystkich, a nie tylko 15% mieszkańców korzystających z pomocy społecznej. I że dlatego trzeba tym dziedzinom poświęcić znacznie więcej uwagi niż dotychczas.
Widziałem też łódzką lewicę na ulicach – wśród streetworkerów pracujących z osobami bezdomnymi, w świetlicach dla dzieciaków z trudnych rodzin, gdzie robiona jest ogromna praca, żeby dzieciaki z enklaw biedy nie podzieliły losów rodziców i starszego rodzeństwa. Widziałem łódzką lewicę w szkołach, gdzie uczy nastolatki, jak zapobiegać niechcianym ciążom i czym jest szacunek dla drugiego człowieka. Widziałem łódzką lewicę, jak pomaga w Centrum Praw Kobiet kobietom, które uciekły przed przemocą mężów i konkubentów. Widziałem łódzką lewicę, kiedy stawała w obronie sprzątaczek zatrudnionych na śmieciówki na uniwersytetach i w innych publicznych instytucjach.
Być może jest nas mało i jesteśmy nieliczni, ale robimy robotę u podstaw. Robotę mało widoczną, niewdzięczną, której owoce być może zbiorą nasze dzieci. Daleko nam do stereotypowego hipstera w czapeczce na ostrym kole, który nad sojowym latte czyta Lacana. Jeśli miałbym powiedzieć, jak wygląda typowa łódzka przedstawicielka lewicy, to byłaby to kobieta po trzydziestce, biegnąca z jednej śmieciowej pracy do drugiej, pracująca zdecydowanie ponad kodeksowe 40 godzin w tygodniu. Kobieta samotnie wychowująca dziecko, a mimo to znajdująca czas, żeby stać na zimnie i rozdawać jedzenie ubogim, albo ślęczeć do późna w noc nad kolejnym konspektem na zajęcia dodatkowe dla dzieciaków ze świetlicy podwórkowej. Być może to mało dla redaktorki poczytnej liberalnej gazety, ale nic na to nie poradzimy. Nasze miasto nas potrzebuje.

23:02, gothmucha , versus
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 czerwca 2016
Glad to see you go

A więc Brytania wyszła. Powinienem się tym martwić, bo tym krokiem Zjednoczone Królestwo nie tylko stworzyło niebezpieczny precedens w samej UE, ale też zapewne zrobiło wielki krok naprzód, żeby przestać być Zjednoczonym Królestwem. Ale na razie skupiam się na obserwowaniu reakcji na te wydarzenia, w tym też swojej własnej.

A te reakcje są naprawdę przeróżne. Sam poczułem ulgę - jeśli porównać Unię do zjazdu rodzinnego, to wreszcie trzasnęła drzwiami bogata niesympatyczna ciotka Hiacynta znana głównie z tego, że jeśli już dawała prezenty dzieciom, to raczej te najtańsze i że wszystko jej się nie podobało - od koloru ścian poprzez dania na stole, na doborze kwiatów w wazonie kończąc. Mam wrażenie, że chociaż niektórym osobom jest trochę przykro, szczególnie kuzynowi Waldkowi, który dorabiał do kieszonkowego myjąc okna i ścinając trawnik u ciotki Hiacynty, to jednak większość biesiadników odetchnęła z ulgą i teraz będzie mniej lub bardziej skrycie przedrzeźniać ją i wyśmiewać.

Ale bynajmniej nie angielskie wyjście starej ciotki oczywiście ucieszyło nie tylko niektórych z nas. Mogę się założyć, że korki wystrzeliły na Kremlu, a i w Pekinie pewnie przyjęto tę decyzję z lekkim niedowierzaniem, że ten mały półwysep gdzieś na zachodzie znowu zwariował i sam sobie strzelił w stopę. W Ameryce prezydent Trump też pewnie nie zapłakał, bo doskonale wie, że teraz ciotka będzie mu jeszcze bardziej powolna.

putin

Proces wychodzenia Brytanii z Unii potrwa pewnie jeszcze kilka lat, podczas których będziemy się wykłócać o rodowe srebra i zaległe zobowiązania. Kłótnia będzie eskalować, bo nowy premier Brytanii, kimkolwiek by nie był, będzie miał za plecami nacjonalistów z UKIP, a jego przeciwnicy z Paryża i Berlina swoich własnych eurosceptyków, z Marine Le Pen na czele. Zapewne tymi, którzy oberwą po głowie najwięcej będą nasi współziomkowie, których przez ostatnią dekadę uzbierało się na Wyspie około miliona i liczebnością udało się im prześcignąć Hindusów. A ich rola, wbrew pozorom i temu, co się im wydaje, była kluczowa.

Jako zdeklarowany lewak nie mogę nie widzieć pewnej bardzo prostej zależności. Najwięcej głosów za wyjściem padło tam, gdzie kiedyś, ponad 30 lat temu Żelazna Maggie, do której wszyscy tak w Polsce wzdychamy, złamała górnicze protesty. To właśnie tam, od Yorkshire poczynając, a na zagłębiach Walii kończąc, eurosceptycyzm jest najsilniejszy. Nie dlatego, że ci ludzie urodzili się angielskimi nacjonalistami, ale dlatego, że pamiętają, że ich ojcowie i dziadkowie żyli na pewnym, może nie najwyższym, ale poziomie i czerpali ze swego zajęcia dumę. Ich synowie i wnukowie nie mają niczego takiego - mogą co najwyżej zatrudnić się w magazynach, czy nisko opłacanych pracach, które nie niosą za sobą żadnego poważania w społeczeństwie. Ale nawet tam, od dekady, są wygryzani przez sprawnych migrantów ekonomicznych z Europy Wschodniej, którzy godzą się pracować za uwłaczające godności stawki i którym nie zależy na społecznym poważaniu. Frustracja rośnie, napędzana poczuciem niższości wobec własnych przodków i poczuciem bezsilności wobec obecnej sytuacji. Klasowa analiza całej sytuacji jasno pokazuje, że sytuacja dojrzewała do wybuchu od lat, szczególnie że kolejne rządy zamiast spróbować podnieść standard życia przeciętnego Johna Smitha zamiast dać mu lepsze warunki pracy dawały mu głównie angielski nacjonalizm i rojenia o Brytanii, która znów będzie samodzielnie rządzić falami, podlewane codziennymi doniesieniami Daily Mail o tym, jak to źli imigranci ukradli mu pracę i godność. I John Smith istotnie uwierzył, że kiedy znikną Kowalski z Brazauskasem, to i jemu się polepszy - i faktycznie tak się może stać, bo pracodawcy zmuszeni brakiem dopływu świeżej krwi roboczej być może istotnie będą musieli te stawki podnieść.

Chcąc muzycznie zakończyć ten niewesoły wpis, polecam posłuchać sobie w całości płyty Spokojnie Kultu. I chociaż Arahja może w tej sytuacji zabrzmieć naprawdę profetycznie, a Jeźdźcy zmrożą krew w żyłach, to jednak wieńczące płytę Wstać! pozostawia jeszcze jakąś nadzieję.

11:16, gothmucha , versus
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Trzy i pół tysiąca

abo1

Kiedy szedłem na demonstrację, zastanawiałem się, ile nas będzie. Sto? Dwieście? Trzysta? Pięćset? Może tysiąc? Każda z tych liczb oznaczała przekroczenie jakiejś mentalnej bariery. Dwieście do trzystu uczestniczek potrafiła zgromadzić manifa. Pięćset to pułap większych demonstracji, które mieliśmy w Łodzi. Tysiąc i więcej to już Masa Krytyczna, która w największych momentach potrafiła przyciągnąć ponad dwa tysiące rowerzystek i rowerzystów.

Po cichu liczyłem, że będzie nas dwieście do trzystu osób, choć bałem się, że przyjdzie pięćdziesiąt. Niedziela, pora obiadowa, zaraz po maratonie, w dodatku zaczynająca się w dziwnie z powodu tego właśnie maratonu umiejscowionej lokalizacji. A jednak. Kiedy dotarłem pod scenę piętnaście minut przed godziną zero, na oko było nas już kilkaset. Kiedy zaczęły się przemówienia, było jasne, że jest nas już prawie tysiąc, a ciągle dochodziły kolejne i kolejne osoby. Gdy zaczynało się ostatnie przemówienie, wypełniliśmy szczelnie całą szeroką w tamtym miejscu Aleję Kościuszki od ściany do ściany.

A potem ruszyliśmy. Najpierw Radwańską, potem Piotrkowską. Gdy zatrzymaliśmy się przy Żwirki, odwróciłem się i zobaczyłem, że tłum z Radwańskiej cały czas skręca. Wtedy już wiedziałem, że biorę udział w czymś naprawdę WIELKIM.

Ale zanim o samym przejściu, wypada wrócić do przemówień. Nie umiem powiedzieć, które zrobiło na mnie większe wrażenie. Czy to rozpoczynające, gdy przywołano Marię Kaczyńską i to, że potrafiła stanąć w obronie kobiet, w zamian za co doczekała się wiadra pomyj i stwierdzenia, że jest czarownicą? Tak, wszyscy jesteśmy czarownicami. Czy może to przemówienie, w którym odczytano list organizacji Catholics for Choice mówiące o tym, że fundamentem wiary katolickiej jest ludzka godność i wolność sumienia, a także empatia i wsparcie dla uciśnionych, a uciśnionymi są właśnie kobiety? Czy może przemówienie działaczki LGBT, która w krótkich słowach powiedziała, że jesteśmy tu wszystkie razem i że razem za sobą stoimy, niezależnie od tego, kim jesteśmy i jakie mamy wyznanie, orientację seksualną czy poglądy? To był naprawdę silny początek, choć może i nieco przydługi. Ale rozumiem organizatorki, bo naprawdę, przy tej ilości tak ważnej treści nie było czego ucinać i wyrzucać z programu.

A więc szliśmy. Powoli, bo wśród nas były różne osoby. Widziałem starszego pana idącego o lasce, widziałem starsze panie z pieskami, widziałem młodego chłopaka bez nóg, który jechał na deskorolce (a tak swoją drogą - jakie Ty masz usprawiedliwienie, żeby nie przyjść na demonstrację?). Widziałem mnóstwo twarzy, których nie widziałem nigdy wcześniej, nawet na demonstracjach KODu, które pełne są ludzi, którzy nie włączali się w tego typu protesty nigdy wcześniej. Byli z nami ludzie w niemal każdym wieku - z jednym smutnym wyjątkiem. Prawie nie było z nami ludzi naprawdę młodych, studentek, uczennic. Niestety, one i oni są gdzieś indziej, i to jest nasza własna wina. Tak, to właśnie to pokolenie, które wykształciło się po 1999, pokolenie, które miało dwie lekcje religii w tygodniu, ale tylko jedną geografii, historii czy biologii. To pokolenie, które najliczniej popiera całkowity zakaz aborcji, to pokolenie, które w szkole nauczono, że nie ma płodu, ale jest dziecko poczęte, że aborcja to nie zabieg medyczny, ale zabójstwo.

Szliśmy, a ja myślałem o wielu rzeczach. O tym, jak bardzo podziwiam sprawność organizatorek tej manifestacji. Kobiet z nieformalnej grupy Dziewuchy Dziewuchom, która istnieje ledwie dwa tygodnie i kobiet z łódzkiego KODu, który istnieje ledwie kilka miesięcy. O tym, że z tak dalekiej i zajętej swoimi sprawami Warszawy dojechały tylko pojedyncze osoby, w tym wspaniałe dziewczyny z Porozumienia Odzyskać Wybór, ale jakoś nie dojechał niemal nikt z tak licznych i tak głośno deklarujących wsparcie dla kobiecych praw organizacji i partii lewicowych, w tym mojej ulubionej Zielonej partii. O tym, że jedyną lewicą zainteresowaną marszem było łódzkie SLD i łódzka Inicjatywa dla Polski - na pewno o tym sobie przypomnę, gdy kolejny raz przeczytam, że SLD to nie lewica, a ta prawdziwa lewica niestety nie przyszła, mimo że miała zjazd całej partii akurat w Łodzi, bo w pocie czoła pracowała nad swoim statutem, o czym na pewno nie omieszka poinformować kolejnym memem na facebooku. Ale brutalnie mówiąc, nawet najlepszym statutem żadnej kobiety jeszcze nie uratowano.

Szliśmy, ramię w ramię, kobiety i mężczyźni, katoliczki, ateistki, buddystki i wyznawczynie latającego potwora spaghetti. Wyborczynie i wyborcy PO, Nowoczesnej, SLD, sympatyczki i sympatycy KODu. Przestałem liczyć, przestałem myśleć, ile nas było. Dopiero w domu przeczytałem, że ponad trzy i pół tysiąca. Trzy i pół tysiąca. Ktoś napisał, że to najwięcej od czasu słynnych strajków głodowych, od czasu zdesperowanych, zmęczonych, ale broniących swojej godności łódzkich włókniarek. Kobiet, które wychodziły na ulice dopiero w ostateczności i przed którymi drżała komunistyczna władza. Drżała, bo wiedziała, że żarty się skończyły i że z kobietami jeszcze nikt nie wygrał. Zobaczymy, czy obecna władza będzie umiała z tamtych lekcji wyciągnąć wnioski.

 

 

 

00:21, gothmucha , versus
Link Komentarze (10) »
czwartek, 05 grudnia 2013
Ciesz się że jeszcze żyjesz lewacki debilu

Komentarz powyższej treści znalazłem na swoim blogu pod notką po kolejnym zdemolowaniu Warszawy w Święto Niepodległości. Osoba pisząca go z serwerów Politechniki Łódzkiej zapewne chciała mnie przestraszyć, ale jakoś nie umiem zacząć się bać.

Nie jestem jedyną osobą, która po listopadowych wydarzeniach otrzymała podobną wiadomość. Internetowi chuligani spod znaku falangi i celtyckiego krzyża postanowili przejść do ofensywy, w twórczy sposób mszcząc się za ujawnienie ich tajemnic. Kilka dni wcześniej doszło bowiem do kolejnego wycieku danych, tym razem z zamkniętego forum skrajnie prawicowego Obozu Narodowo-Radykalnego. Na jaw wyszły nie tylko starannie ukrywane rasistowskie i antydemokratyczne zamiary „prawdziwych patriotów”, ale przede wszystkim, co dla nich najbardziej bolesne, ich własna mizeria organizacyjna i finansowa.

Oto bowiem okazało się, że tak zwarci i gotowi do boju o nową, lepszą Polskę są tak naprawdę bardzo skłóceni i darzą się niechęcią i pogardą. Tworzące Ruch Narodowy ONR i Młodzież Wszechpolska nawzajem oskarżają się o jak najgorsze intencje, a adwersarzy wyzywają od Żydów i pedałów, co w ich słowniku jest największą możliwą obelgą. Nie lepiej jest jednak we własnych szeregach. "Brygady" organizowane w różnych rejonach Polski nie są w stanie zebrać składki wynoszącej kilkaset złotych, a na koncie organizacji mającej przejąć władzę w kraju znajduje się ledwie 7 tysięcy złotych. Członków jest na tyle niewielu, że "brygada" łódzka licząca w porywach około trzydziestu osób uważana jest za jedną z największych i wszyscy drżą o sojusz z kibolami, bez których liczebności sny o potędze będzie trzeba odłożyć między bajki.

Po tej lekturze trudno się bać narodowców. Owszem, istnieje ryzyko, że kogoś pobiją albo podpalą komuś drzwi, jak już robili to w Białymstoku czy Wrocławiu. Mimo to nie boimy się, bo jesteśmy doskonale widoczni i gdyby tylko chcieli, już dawno zrobiliby nam jakąś krzywdę. Jak zauważył Wiktor Skok, inny z obdarowanych "uprzejmą" wiadomością, jestem prawie codziennie na mieście, wiadomo dobrze gdzie pracuję i gdzie można mnie znaleźć. podczas gdy wy udajecie konspirację, boicie się ujawniać ja żyję i działam.

Nie boję się narodowców i ich pogróżek. Tym, co naprawdę mnie martwi, jest to, że ruchy narodowe są objawem czegoś znacznie poważniejszego i trudniejszego do wyleczenia. Są radykalną odpowiedzią na frustrację całego młodego pokolenia, które nie ma dla siebie miejsca i któremu kazano żyć od fuchy do fuchy, zawsze na umowach śmieciowych, bez żadnych szans na lepszą i stabilną przyszłość. Są odbiciem strachu, gniewu i zagubienia, łatwą i prostą odpowiedzią, bo przecież to na pewno jest czyjaś wina. Tak, jest – ale nie emigranta z Wietnamu, nie Żyda, których w Łodzi zostało ledwo trzystu, nie studenta medycyny z Afryki czy Azji. To wina architektów obecnego systemu politycznego w którym żyjemy, ludzi postawionych bardzo wysoko i do dziś zasiadających albo w ławach sejmu i senatu, albo w radach nadzorczych wielkich koncernów. Co ciekawe, przeciwko nim narodowcy bardzo rzadko się wypowiadają, wiedząc, że tylko oni mogą dać im pieniądze, tak potrzebne na bieżącą działalność. Kto nie wierzy, może sobie przeczytać wyimki z ich rozmów, w których na wyścigi zastanawiają się, co kupić na urodziny polonijnemu biznesmenowi Kobylańskiemu, bojąc się, że prezent od konkurencyjnej organizacji będzie okazalszy i bardziej się jubilatowi spodoba.

Władzy narodowcy nie przeszkadzają. Co więcej, są jej wygodni. Można z ich powodu wzbudzić w społeczeństwie panikę, można się na ich tle pokazać jako gwarancja spokoju i porządku. Można zagrozić, że jeśli nie my, to oni. Przy okazji można też pozbyć się niewygodnych obywateli, zaostrzając warunki organizowania legalnych manifestacji. Kibol czy narodowiec tymi zakazami się nie przejmie i będzie po dawnemu demolował miasto z odpaloną racą w ręku. Protestująca pielęgniarka czy walczący o podwyżkę nauczyciel będzie miał za to trudniej, bo przecież nie będzie chciał łamać prawa.

Nie pozwólmy władzy ograniczać naszych praw pod osłoną moralnej paniki i wykreowanego strachu. Nie dajmy się wziąć w dwa ognie władzy i będącemu jej na rękę zagrożeniu. Nie wolno nam się wycofać, bo to jest nasze miasto i nasz kraj i jesteśmy za nie odpowiedzialni.

piątek, 09 sierpnia 2013
W poszukiwaniu lewicowego think tanku

Mam duży problem z ostatnią notką Wojtka Orlińskiego. Z jednej strony bardzo mi się podoba opisanie mechanizmu, który wyjaśnia ciągłą obecność w mediach ekspertów Centrum im. Adama Smitha i podobnych. Nie to, żebym nie zdawał sobie z tego sprawy - ale zawsze dobrze jest mieć to zebrane w jednym miejscu i gotowe do podania dalej. Ale z drugiej strony - no właśnie, jest kilka problemów, które dość mocno uniemożliwiają mi zakwalifikowanie tej notki jako "podawalnej" dalej, a więc w pewien sposób godnej polecenia.

Po pierwsze i najważniejsze - nie potrafię się zgodzić z ostatnim akapitem wzmiankowanej notki. Zacytujmy: 

Teatr awangardowy, kultura afrykańska, kuchnia wegańska, transseksualizm, lud smoleński - wystarczy się zamachnąć zdechłym szczurem na placu Zbawiciela, żeby trafić w losowego lewicowego działacza NGO’sa, który będzie mógł na te tematy perorować długo i namiętnie. Zapytajcie go o gospodarkę, odleci w bełkot o posttowarowych komunach poliamorycznych.

W jednym akapicie Orliński zmieścił wszystko, co jego zdaniem jest mniej ważne niż gospodarka, unieważniając przy tym wiele dyskusji, które toczą się równolegle, zajmując jakąś część lewicowego dyskursu. Oczywiście, bardzo łatwo jest uciec w stereotyp hipstera w modnej warszawskiej knajpie rozprawiającego o alternatywnych formach seksualności czy o dobrodziejstwach jedzenia cieciorki, ale przy okazji wrzuca się do kosza na śmieci kwestie praw człowieka (bo to się przecież kryje za dyskusjami o transseksualistach czy prawach społeczności opisywanej ogólnie jako LGBT), czy kwestie podskórnego nacjonalizmu (tutaj jako "kultura afrykańska"), który pozostawiony samemu sobie owocuje chociażby kuriozalnymi uzasadnieniami sądowymi znanymi z Białegostoku czy Radomia. A i to w najlepszym wypadku, bo w tym gorszym kończy się to pobiciem i kalectwem.

Ten akapit jest też zwyczajnie nieprawdziwy. Nie jest prawdą, że lewicowe środowiska nie interesują się sprawami gospodarczymi. Krytyka Polityczna wydała serię książek ekonomicznych, a na swych łamach ma też publicystów takich jak Maciej Gdula czy Michał Sutowski, którzy zajmują się właśnie sprawami gospodarczymi. Nowy Obywatel skupia się właśnie na gospodarce, stojąc dokładnie w tym samym miejscu, w którym stanął właśnie Orliński, tworząc dość nieoczekiwany sojusz. I to przecież na łamach NO poszedł duży wywiad z Leokadią Oręziak o OFE (na trzy miesiące przed wywiadem w GW wspomnianym w notce) a ona sama wypowiadała się dla tej gazety wielokrotnie. Również Zieloni mają sporo do powiedzenia o sprawach gospodarki i zrównoważonego rozwoju, publikując regularnie teksty poświęcone tej tematyce w Zielonych Wiadomościach. Nie jest tak, że nie ma lewicowych publicystów gotowych do rozmowy o sprawach gospodarczych, nie jest też tak, że są niedostępni. Prawdą jest tylko to, że nie wyskakują sami z lodówki, zachwalając swoje teksty i to, że nie zawsze mieszkają w Warszawie, co nas płynnie prowadzi do drugiej kwestii.

Łatwo wykonać telefon do zawsze tego samego zestawu ekspertów, ale na dłuższą metę jest to dla medium zabójcze - bo i czemu ja jako odbiorca miałbym chcieć słuchać ciągle tych samych osób mówiących te same rzeczy? Dlatego też wyszukiwanie osób prezentujących inne poglądy jest działaniem jak najbardziej w interesie zarówno dziennikarza, jak i zatrudniającej go redakcji. Zgadzam się i doskonale rozumiem, co znaczy presja dedlajnu i konieczność dostarczenia niusa czy sklejki z gadającej głowy na konkretny czas i miejsce. Nie zgadzam się jednak z całkowitym jej uleganiem i wyrzeczeniem się riserczu na rzecz podręcznego kapownika wypełnionego telefonami do zaprzyjaźnionych dostarczycieli dowolnej ilości kontentu. Jeśli zgadzamy się na takie postawienie sprawy, redukujemy media do roli podajników czyichś idei, a wygrywać będą zawsze tylko ci, którzy są ekspertami na pełen etat, a więc właśnie Gwiazdowscy, Mordasewicze i Balcerowicze. Cała reszta musi po prostu najpierw zarobić na życie i obrażanie się na nich za to że nie zawsze są dostępni nie jest zbyt mądre, szczególnie że nie jest też prawdą to, że lewicowe środowiska są zupełnie niedostępne i że nie generują żadnych gotowców i komunikatów. Żeby jednak je znaleźć należy wykonać minimum wysiłku, którego coraz częściej mediom w dobie portalizacji i tabloidyzacji brakuje.

Orliński, sam walcząc z neoliberalnym dyskursem nieświadomie mu ulega. Hasło "gospodarka przede wszystkim" jest przecież jednym z głównych filarów na których się opiera, a ostatnie 25 lat historii Polski to nieustanne przekonywanie, że kwestia wskaźników na giełdzie, PKB, wzrostu gospodarczego i różnych wykresów jest żywotnie istotna, ważna i poważna, w przeciwieństwie do wszystkich innych niszowych i mało istotnych spraw, interesujących tylko niewielkie grupki i będących tematami zastępczymi. Narzekając na kiepską kondycję dzisiejszych mediów i wprost pisząc o ich upadku, godzi się na konserwowanie systemu, w którym dziennikarz uwolniony jest konieczności wyszukiwania różnych opinii, mogąc oprzeć się na wciąż tych samych nazwiskach. Wyciągając nośny wniosek o oddaniu kwestii gospodarczych walkowerem Orliński nieświadomie wskazuje przede wszystkim powierzchowność własnej wiedzy na temat tego, co się mówi i pisze w lewicowych kręgach oraz własne uprzedzenia skierowane przeciwko przedstawicielom tych środowisk, pogardliwie mówiąc o "bełkocie o posttowarowych komunach poliamorycznych". Gdybym był równie złośliwy, wytknąłbym mu jego własną niechęć do odwiedzania programów porannych i udzielania wywiadów za darmo, ale nie zrobię tego. Powtórzę za to za Hanną Gill-Piątek, że jeśli już coś oznacza porażkę lewicowych think tanków, to to, że udało się tak wytresować publicystów, nawet tych deklarujących lewicowość, że przejęli język neoliberałów i na potęgę krzyczą "gospodarka, gospodarka" zamiast "społeczeństwo, społeczeństwo".

15:10, gothmucha , versus
Link Komentarze (27) »
czwartek, 24 stycznia 2013
Księga cudności

Uwielbiam być chory. Pomijając drobne niedogodności takie jak nieustający ból głowy, palące gardło i lejący się wodospad u nosa i zapominając na chwilę o tym, że czuję się jak wyżęta ścierka, mogę porozkoszować się posiadaniem nieco większej ilości wolnego czasu niż zwykle - oczywiście w granicach, jakie wyznaczy mi moja córka i mój dom. Więc skoro już udało mi się doprowadzić do błysku kuchnię i sypialnię (duży pokoju i łazienko, czekajcie cierpliwie na swoją kolej), zasiadłem do internetu i zostałem od wejścia zaatakowany blogiem niejakiego naprawicowca.

Tenże naprawicowiec, publikujący zresztą na portalu znajdującym się na prawo od ściany, w kilku akapitach zawarł tyle cudności, że aż sam nie wiem, za co zabrać się najpierw. Zacznijmy może od tego, że już na samym wstępie otrzymujemy myśl, jakoby prawo jazdy (i egzamin na nie) był tylko urzędniczym wymysłem, który w "normalnym państwie" nie powinien w ogóle istnieć. Człowiek wolny ma prawo wsiąść do swojego Samochodu i nim po prostu jechać - nie potrzeba do tego żadnego papierka ani zaświadczenia. Ponieważ Polska państwem normalnym nie jest (podobnie jak wszystkie inne, może poza Somalią) i prawo jazdy jest od autora wymagane, proponuje on wprowadzenie prawa chodu, czyli odpowiednika prawa jazdy dla pieszych.

Swoją propozycję podpiera natychmiastowym ssaniem z palucha ("Multum wypadków dzieje się z winy pieszych"), nie dając na podparcie swoich słów żadnych liczb i cyferek. I nic dziwnego, bo te akurat są nieubłagane i wyraźnie wskazują, że niemal 80% wypadków powstaje z winy kierujących pojazdami, a jedynie 11,4% z winy pieszych. Co typowe, swoje ssanie palucha naprawicowiec podpiera od razu figurą "babiny jednej z drugą, co do Kodeksu Drogowego w życiu na oczy nie widziały", w kontrze do siebie, doskonale znającego się na przepisach ruchu drogowego mężczyzny w sile wieku. Jakże mi przykro, że również w tym wypadku statystyki są nieubłagane - 77% wypadków powodują mężczyźni, najczęściej właśnie z tej grupy wiekowej (25-39 lat, 34% wypadków), w jakiej znajduje się naprawicowiec. Przywoływane przez niego "babiny" (starsze kobiety) w statystykach praktycznie nie istnieją jako sprawcy - za to nader często jako ofiary. 

Zostawmy jednak to nieszczęsne prawo chodu i przyjrzyjmy się temu, co znajduje się pod kreseczką. Otóż nasz bloger okazuje się być pisarzem, który wydał kryminał pt. Hexa. Książka ta jest promowana przez samego autora jako "prawdopodobnie pierwsza konserwatywno-liberalna powieść kryminalna z elementami BDSM w Polsce." Żeby tego było mało, po kliknięciu w zamieszczony w notce odnośnik możemy się dowiedzieć, co autor rozumie przez konserwatyzm, liberalizm i BDSM, jak również to, czy można połączyć dwa ostatnie ze sobą i czemu jest to takie fajne. Co prawda przeczytać tam również można, że "głównym wątkiem powieści jest wątek kryminalny, a powyższe wplecione zostały jako swego rodzaju garnir i nie stanowią znaczącej objętościowo części utworu." ale nie miejmy złudzeń - autor na zbitce tych trzech pojęć buduje reklamę swojej książki, a i sama okładka nie pozwala na inne skojarzenia:

I tutaj docieramy do następnego rezerwuarku cudności. Oto zlewaczałe feministki nie poznały się na artystycznej jakości okładki prawdopodobnie pierwszej konserwatywno-liberalnej powieści kryminalnej z elementami BDSM w Polsce i umieściły ją na blogasku z najgorszymi okładkami. Despekt ten okrutnie ubódł autora, o czym świadczy to, że użył on wszystkich najgorszych przekleństw, jakimi mógł obdarować kobietę - nie dość, że feministka, to jeszcze zlewaczała. 

Rzadko zdarza się, żeby w jednej notce kumulowało się aż tyle rozmaitych cudności. Mamy tu niewiedzę autora, nieznajomość podstawowych faktów, przekonanie o własnej nieomylności, wreszcie pogardę dla kobiet i dla osób starszych, być może nawet nie do końca uświadomioną. Pietrzak w tym jednym wpisie prezentuje się jako mizogin i ignorant, gardząc tak podstawową wiedzą o otaczającym świecie, jak i osobami uważanymi przez niego za słabsze i gorsze (piesi, kobiety, osoby starsze). Jest to zestaw cech normalnie budzących niechęć, a nawet odrazę, ale zebrane tutaj, w  kilku akapitach, budzą jednak głównie wesołość, w sam raz na krótki przerywnik pomiędzy wytarciem kurzu z komody a zabraniem się za szorowanie wanny.

Tagi: bdsm prawica
14:06, gothmucha , versus
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Przecież nie stało się nic

Ulicami mojego miasta przeszedł faszystowski marsz. W jego wyniku jedna osoba została pobita i został zdemolowany jeden azjatycki bar. Spłonęła jedna flaga. Powszechnie zgodzono się, że było spokojnie i nie stało się nic, bo przecież oczekiwano co najmniej drugiego Wrocławia, jeśli nie Warszawy. Nic bardziej mylnego.

Stało się bardzo wiele. Z perspektywy właścicieli i pracowników zdemolowanego baru zmieniło się wszystko. Całe poczucie bezpieczeństwa, i tak chwiejne, zawaliło się. W kilka minut runęło jak domek z kart. Jego miejsce zajął czysty strach - o siebie, swoje rodziny, swój dobytek. Kilkunastu łysych Polaków pokazało im, że jeśli chcą być bezpieczni, to mają się wynosić - byle dalej od Łodzi i Polski. Ale oni są twardzi, zresztą nie mają wyjścia. Musieli zagryźć zęby i zakrzątnąć się do pracy. Zmazać obraźliwe napisy, wstawić wybite szyby, naprawić porozwalane meble i udawać, że nic się nie stało, bo przecież za chwilę przyjdą klienci, którzy zostawią pieniądze, a trzeba żyć i za coś posłać dzieci do szkoły. Polskiej szkoły. 

To jest ogromna siła. Siła, którą podziwiam. Siła, na którą powinniśmy odpowiedzieć wsparciem i zrozumieniem. Tymczasem odwracamy się i mówimy, że nic się nie stało. Żadnemu Polakowi nie stała się krzywda. Ale zaraz zaraz, jest przecież jeszcze pobity Leszek Jażdżewski, Polak. Oczywiście, jest. Ale przecież sam jest sobie winny, kto przy zdrowych zmysłach idzie na faszystowską demonstrację, wdziera się między młodocianych fuhrerów z tablicą przypominającą o zamachu na prezydenta Narutowicza i jeszcze ma czelność głośno mówić? Nikt. Sam jest sobie winien, powinien był siedzieć w domu, po co się tam w ogóle pchał i prowokował.

Nic bardziej błędnego. W ten sposób ciężar winy pobicia Leszka spada z tych, którzy go pobili, na niego samego. Oto ofiara staje się winna tego, że sprowokowała, nie ważne zresztą czym. Ci, którzy bili i kopali są bez winy, zostali sprowokowani w swoim słusznym, narodowym gniewie. Winny jest ten, który się na kopniaki wystawił. Nie ma na to zgody.

Jażdżewski stanął sam naprzeciw setek faszystów, korzystając z prawa, jakie daje mu demokratyczne państwo, w którym żyje. Stanął i wygłosił swoje zdanie i nie miał prawa spaść mu włos z głowy. Stało się inaczej, co jest jasnym i czystym wskazaniem na to, jak wyglądają prawdziwe intencje Małeckiego, Winnickiego i Holochera. Jażdżewski na swoim przykładzie pokazał, jak będzie wyglądał wymarzony przez nich kraj - kraj zamordyzmu, kraj jedynie słusznej wizji. Wszyscy, którzy się z nią nie będą zgadzać, będą usuwani i zastraszani. A podręczny chór wujów podpowie, że są sami sobie winni, bo przecież nie idzie się w paszczę lwa z własnej woli. Nie ma żadnych wątpliwości - Polska ruchu narodowego będzie właśnie taka i tak będzie traktowała swoich poddanych.

Ale przecież nie stało się nic. Ogólnopolskie media nie wykazały zbytniego zainteresowania. Wolały skupić się na czymś innym. Tego samego dnia Gazeta Wyborcza postanowiła wydrukować w swoim kobiecym dodatku wywiady z ideowymi koleżankami maszerujących w Łodzi panów w brunatnym. Owszem, ze wstępniakiem, że to be i brzydkie i że nie bardzo. Ale potem już leciały ich wypowiedzi, nie kontrowane niczym. Kilka stron ogólnokrajowej promocji, podkreślonej ładnymi zdjęciami miłych dziewczęcych twarzy, pozwalających zapomnieć, że to dokładnie ta sama formacja ideowa i dokładnie te same poglądy, które w Łodzi doprowadziły do pobicia Jażdżewskiego i do spalenia azjatyckiego baru. 

Kiedy o tym wszystkim mówię po raz tysięczny, mam wrażenie zmęczenia materiału. Zwyczajni ludzie są zmęczeni, nie chcą o tym myśleć. Ale zmęczeni i znudzeni są też ludzie nieco mniej zwyczajni, od których wymagam więcej. Są oddzieleni szklaną ścianą korpopracy w Default City, szklaną ścianą przepustki, bramek i zakładowej stołówki serwującej jedzenie za pół ceny dla pracowników. Wydarzenia w dalekiej Łodzi są albo niezauważalne, albo mało znaczące. Łatwo jest nie wiązać ze sobą faktów, łatwo jest zbagatelizować, zza szkła wszystko jest dalekie i nieco rozmyte. A mnie pozostaje stanąć oko w oko z pracownikiem azjatyckiego baru, który gdzieś pomiędzy jednym a drugim zanurzeniem ścierki w miednicy z wodą zapytał, czy w Polsce już zawsze tak będzie.

09:41, gothmucha , versus
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 26 listopada 2012
Dzień jak co dzień w kraju Poego

Internetowe prawo Poego mówi, że niemożliwym jest stworzenie parodii fundamentalistycznego stwierdzenia, której ktoś nie wziąłby na poważnie. Podobnie w drugą stronę - każde fundamentalistyczne stwierdzenie staje się nieodróżnialne od własnej parodii. 

Mieszkając w Polsce spotykamy się z tym prawem raz po raz. Oto niedawny jeszcze poseł (w roku 2001 otwierał podwarszawską listę Platformy Obywatelskiej, a więc partii podobno liberalnej) Krzysztof Oksiuta podzielił się na twitterze postulatem, aby w celu zwiększenia dzietności Polek zakazać na rok sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Wyglądało to tak:

W tym momencie każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek stwierdza, że ma do czynienia z trollem. Ale jako że jesteśmy w Polsce, kraju, w którym poseł innego prawicowego ugrupowania mówi wprost, że zmusiłby żonę do urodzenia dziecka pochodzącego z gwałtu, to zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno jest to żart. Jeśli jeszcze dorzucimy do tego ministra sprawiedliwości słyszącego nocami embriony szlochające w probówkach (i skutecznie blokującego podpisanie przez Polskę konwencji przeciwko przemocy wobec kobiet), również reprezentującego partię liberalną (skrzydło konserwatywne) i to, że w łonie tej samej partii znalazło się kilkudziesięciu posłów gotowych do zagłosowania za całkowitym zakazem aborcji, to wypowiedź Krzysztofa Oksiuty zaczyna wyglądać jak mejnstrim. 

Wypowiedź Oksiuty jest również symptomatyczna z innych względów. Po pierwsze, tak jak cały w ten sposób zarysowany główny nurt wypowiadania się, uprzedmiotowia kobietę. Kobieta nie jest tutaj podmiotem władnym decydować o sobie i swojej płodności (którą tutaj zastępuje dzietność), jest przedmiotem, tymczasowym inkubatorem który ma podnosić ogólnopaństwowe wskaźniki. Jednocześnie takie postawienie sprawy wyklucza kobiety z kręgu ludzi - bo przecież człowiekowi przysługuje prawo do tego, aby chronić go przed ingerencją państwa w jego życie prywatne. 

Po drugie, wypowiedź ta doskonale podkreśla modny ostatnio w Polsce trend do zakazywania. Co i rusz słyszy się, żeby zakazać aborcji (całkowicie, bo teraz przecież mamy "kompromis"), zakazać in vitro, czy zakazać upraw roślin genetycznie modyfikowanych (ostatnio w tej sprawie zabrały głos takie autorytety jak Doda, Michał Piróg czy Zuzanna Ziomecka, nikt jakoś się nie zatroszczył o to, żeby zapytać np naukowców). Zakaz sprzedaży środków antykoncepcyjnych (tak samo zresztą będących przeciw Naturze jak uprawy GMO) ładnie wpisuje się w ten trend i nie sposób już odróżnić, czy to ironia czy na serio.

Takie przesunięcie dyskursu w stronę emocji zawsze wspiera fundamentalistów. Głosy rozsądku płynące z różnych stron stają się nagle marginesem, równoważonym przez głosy jeszcze dziwniejsze i jeszcze bardziej pryncypialne, płynące ze strony skrajnej prawicy i Kościoła Katolickiego. Na tym tle Oksiuta i jego zakaz sprzedaży środków antykoncepcyjnych wygląda wcale umiarkowanie - przecież nie na zawsze, a tylko na rok. A zmuszanie kobiet do zapłodnienia? No cóż, przecież niektórym z nich to się spodoba, nie takie rzeczy żeśmy w Polsce widzieli, wink wink nudge nudge.

Można powiedzieć, że to tylko kolejny wyskok, kolejna głupia wypowiedź, której lepiej nie komentować, bo i po co. Można. Ale wypada też zauważyć, że od dłuższego czasu tych wypowiedzi jest jakby więcej i pojawiają się częściej, bez poczucia wstydu i zażenowania wśród tych, którzy je wypowiadają. Główny nurt dyskursu publicznego został zawłaszczony przez Gowina, Górskiego, biskupa Derpo i ludzi takich jak Krzysztof Oksiuta a nam pozostaje tylko kolejny raz zastanawiać się, co przez ostatnie 23 lata poszło nie tak i dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.

sobota, 10 listopada 2012
Pożytki z bycia dużym

Lata 90te ubiegłego wieku były tak niedawno, a jednak bardzo dawno temu. Bardzo łatwo zapomnieć atmosferę tamtych lat, tamto napięcie i tamten strach. To nie był spokojny czas i dość łatwo to wymazać z pamięci. Więc wróćmy na chwilę do tamtych czasów i popatrzmy, jak się wtedy żyło.

Pierwsza część moich wspomnień z tamtej dekady to okres raptownej transformacji, która w wydaniu mojego małego wszechświata oznaczała jego praktyczną anihilację. Wszystko to, wokół czego on się kręcił, a więc monokultura włókiennicza, upadło. Upadło spektakularnie, wypluwając na ulice tłumy ludzi dotychczas pracujących na trzy zmiany, a teraz z ledwością znajdujących zatrudnienie na pół etatu lub tylko na czarno. Zawaliły się społeczne hierarchie, a tysiące ludzi zaliczyło spadek na sam dół społecznej drabiny, tonąc w alkoholu i odrętwieniu. Dzieci, które temu się przyglądały, były pokoleniem dzieci dzikich, zostawionych samym sobie. Jedni rodzice robili wszystko, żeby związać koniec z końcem i w czasach pionierskiego kapitalizmu widywani byli w domu głównie w godzinach późnowieczornych, kiedy przychodzili coś zjeść, a potem znów pracować, a potem może czasem spać. Inni z kolei byli obecni zawsze, jak nie na fotelu, to w bramie lub pod najbliższym sklepem, ale przecież i tak nieobecni, zamknięci w swoich głowach. My chowaliśmy się sami.

Dziecięcy świat był prosty i okrutny. Skonstruowany na zasadzie stadnej dawał iluzję stałości i pewności, której się nie wynosiło z domu. Hierarchia była jasna, zasady awansu i spadku równie jasne. Wątpliwości rozwiązywało się pięściami, czasami kamieniami, ale to raczej dziewczyny, które bywały okrutniejsze od chłopców i którym nie przeszkadzała pierwsza krew przeciwniczki. Mimo to, nawet będąc skłóconym i będąc na dnie hierarchii wiedziało się jedno - to jest moja dzielnica, to jest mój świat, tu jestem bezpieczny. Proteza bezpieczeństwa zbudowana w czasach, w których nie było niemal nic pewnego.

Na tych zasadach mogłem przeżyć na Grembachu, tuż pod płotem stadionu RTSu będąc za ŁKSem. Oczywiście były z tego powodu solówki i oczywiście wiązało się to z siniakami i czasem krwią, ale byłem swój i po prostu miałem prawo, wywalczone pięściami. Przystosowałem się, bo co innego było robić.

W drugą połowę tamtej dekady wszedłem jako chłopak mocno wyrośnięty, wyższy od większości rówieśników, a także po prostu lepiej odżywiony. Mogłem wytrzymać więcej i już wiedziałem, jak trudno jest mi zrobić krzywdę. Ta wiedza warunkuje mnie do dziś, kiedy jestem jeszcze większy i jeszcze cięższy, o czym za chwilę. Zmieniłem też środowisko, porzucając rodzinny Grembach na rzecz południa miasta, Dąbrowy, Chojen i Piastowa. Szkoła, do której poszedłem, IX LO na Gagarina, znajdowała się w sercu Piastowa, a żeby do niej dotrzeć, trzeba było przedostać się przez Dąbrowę i Chojny. Dąbrowa w tamtym czasie opanowana była przez skinów, którzy dokładnie czyścili swoje osiedle z wszelkiego rodzaju brudasów, a więc wszystkich tych, którzy odstawali od przyjętego przez nich wzorca. Brudasów należało tępić, brudnymi szmatami (tak w ich slangu były nazywane "nasze" dziewczyny) czyściło się buty. Kobiet się nie biło, ale to nie były kobiety, to były szmaty, to ważne i do tego wrócimy. 

Każda przesiadka w obrębie Dąbrowy była jak loteria i każda łysa głowa w kurtce-flajersie zwiastowała kłopoty. Stojąc na przystanku miałem zawsze oczy dookoła głowy, ale już byłem duży, szczególnie w skórzanym płaszczu i ciężkich butach. Na tyle duży, że gdy jednego razu stanąłem oko w oko z dwoma równie dużymi, to postanowili mnie ominąć - ku mojej uldze, bo już zdążyłem ocenić szanse, które wskazywały, że co prawda uszkodzę jednego z nich, ale ten drugi zrobi ze mnie mokrą plamę na chodniku. Niestety inni nie mieli tyle szczęścia co ja, bo mieli np kilkanaście centymetrów mniej. I oni kończyli bardzo, bardzo brzydko.

Najgorzej wspominam jednak długi blok stojący wzdłuż Gagarina, wzdłuż którego osiągałem najlepsze czasy na setkę. To już były czasy domofonów, więc nie dało się uciec na klatkę schodową i nie było gdzie skręcić. Więc biegło się ile sił, a za tobą kilku łysych, którym na szczęście nie zawsze chciało się być równie szybkimi. 

Tamte czasy jednak powoli przeminęły. Nowa dekada, wejście do Unii, relatywna poprawa poziomu życia, większa ilość miejsc pracy - to wszystko uspokoiło nastroje. Zmniejszył się procent młodych ludzi tak sfrustrowanych, żeby bić na ulicach, zrobiło się spokojniej. Już nie musiałem się bać, chodząc nocą ulicami. Zresztą "bać się" to złe słowo. Mając za sobą lata niepokoju i ciągłej czujności nauczyłem się oceniać konsekwencje. Wiedziałem, co mi grozi i bałem się bardziej konsekwencji ulicznej bójki niż jej samej. Wiedziałem, że zwarcie jest krótkie i że zawsze boli, niezależnie od wyniku. Jest swego rodzaju rozładowaniem napięcia i gdy już wreszcie do niego dochodzi, pojawia się wręcz specyficzna ulga - oto już nie muszę uważać i być czujny, teraz już mogę być spokojny, nawet leżąc i krwawiąc. Oczywiście wiedziałem to wszystko jako ktoś, kto jest duży i kto może się obronić, a to robi cholerną różnicę.

Ta moja samoświadomość bycia dużym na dłuższy czas mnie oślepiła. Nie zauważyłem, że na ulicach wokół znów przestało być spokojnie. Niezawodny miernik kryzysu, jakim jest ilość sfrustrowanych agresywnych młodych ludzi wystających na ulicach niezawodnie wskazuje na to, że znów jako społeczeństwo jesteśmy niepewni i się boimy. Druga dekada XXI wieku zaczyna mieć ten sam gorzki posmak, jaki pamiętam z tamtych starych lat. Znów rosną w siłę szeregi tych, którzy poszukują wyładowania i chwilowej satysfakcji, tak łatwej do znalezienia podczas bójki. Zasilają oni szeregi kibicowskich nabojek, ale też i szeregi brunatnych chłopców, którzy przez ostatnie lata kryli się w cieniu, chowając flajersy i ciężkie buty na rzecz schludnych ubrań i grzecznych fryzurek. To nowe pokolenie przetrwalnikowe, przygotowane do życia w lżejszych czasach, dające się wyprowadzić grzecznie za rękę z lokalu i szkodliwe głównie w ten sposób, że czasem pokrzyczą i zamalują szyld, ustępuje powoli znacznie silniejszym i znacznie bardziej zdeterminowanym chłopakom z biednych dzielnic, którzy powoli zaczynają przejmować ton. Jednocześnie ich starsi i ładniejsi koledzy z dobrych domów załatwili im lepszy PR, wchodząc do mediów, do radia i telewizji, co powoduje, że dziś rzecznika ONR można usłyszeć w publicznym radiu, a największy związek zawodowy w Lublinie podaje im rękę

Jutro 11 listopada, w Warszawie wszyscy zastanawiają się, czy powtórzą się wydarzenia z roku poprzedniego. Po raz kolejny boję się o tych, którzy jutro w Warszawie będę, nawet jeśli są tylko luźno powiązani z szeroko rozumianą lewicą. Albo i w ogóle, bo może po prostu wyglądają nie tak, jak się łysym chłopcom i ich kolegom z innych krajów by podobało. Boję się o nich, bo wiem, że nie są duzi i że skończył się czas, w którym szowinizm narodowców wykluczał zrobienie krzywdy kobiecie. Tamte bezpieczne czasy pierwszych lat dwutysięcznych odeszły i czas to sobie uświadomić. Za grzecznymi chłopcami z ONR czy MW stoją teraz zastępy znacznie mniej grzecznych chłopaków chcących tylko bić i dobrze o tym pamiętać, gdy legitymizuje się ONR zapraszając ich tu czy tam, czy też po prostu tolerując ich obecność. ONR doskonale się maskuje, ale stoi za nimi ta sama brutalna siła i to samo prawo pięści, które zawsze podnosi łeb w trudnych czasach, a którym jesteśmy wszyscy zainfekowani, mając lata transformacji w pamięci. I jeśli nie staniemy na przeciwko temu i nie powiemy ONR i MW twardego nie, nasi bliscy mogą być następni na ich liście. 

środa, 30 maja 2012
Kolorowe kredki



I to chyba byłoby na tyle, jeśli chodzi o ocenę wyglądu wiaty, którą sobie postawimy na najważniejszym skrzyżowaniu w mieście, bo nie chcę, żeby dyskusja o wyglądzie szklarni potraktowanej odchodami jednorożca zdominowała kwestię najważniejszą, czyli to, czy zaproponowane rozwiązanie jest funkcjonalne i możliwe do wykonania w założonych kosztach. Moim zdaniem nie.

Po pierwsze i najważniejsze - stworzyliśmy sobie gigantyczną szklarnię, która w lato będzie niezwykle uciążliwa dla osób w niej przebywających. Naprawdę obawiam się o zdrowie osób starszych, którym przyjdzie przebywać w tym miejscu w momencie największego nasłonecznienia. Sceny znane nam z cityrunnerów będą przy tym betką. Zimą z kolei fundujemy sobie tunel o przekroju gotyckiej katedry, w którym nie znajdziemy zbyt wiele miejsc, w których da się ukryć przed porywistym wiatrem, a wiata zamieni się w prawdziwy pałac Królowej Śniegu.

Po drugie - kwestia zastosowanych materiałów. Tutaj mamy wizję, a realizacja w założonych kosztach bardzo szybko sprowadzi projekt do miejsca, w którym przestanie być efektowny, a pozostanie jedynie kuriozalny. Sam koszt barwienia wielkich tafli szkła  które mają się ułożyć w mozaikę jest morderczy i pewnie jako pierwszy polegnie w starciu z kryterium "cena = 100%". Zaraz za nim idzie koszt pasujących do projektu jak pięść do nosa gigantycznych bocznych szklanych ścian, będących wedle zamierzenia projektanta wysokimi na dziesięć metrów taflami szkła. A to jeszcze nie koniec, bo jeszcze mamy koszty doświetlenia nocą w sytuacji, gdy wciąż nie wyszliśmy z banaszkowych oszczędności i zastosowania kosztownego systemu podgrzewania i odprowadzania wody, który pozwala na niezaleganie śniegu na dachu wiaty. Wersja ostateczna wiaty, w klasie ekonomicznej, może się więc okazać czymś diametralnie różnym od tego, co dziś oglądamy na obrazkach. A jest to coś, co jest kuriozalne.

Budynek dramatycznie niedopasowany do otaczającej przestrzeni, usiłujący ją zdominować mimo zupełnego braku ku temu podstaw i predyspozycji. Projekt udziwniony, pasujący do miejsca, w którym ma się znaleźć jak pięść do nosa. Pojawiające się głosy o nawiązaniu do secesyjnej kamienicy Dejczmanów należy odebrać jako obelgę dla tej ostatniej - bo nawiązano co najwyżej do szpecących ją swego czasu ledowych migoczących nerwowo reklam solarium Jamajka znajdującego się na jej parterze. Z perspektywy ulicy Piotrkowskiej zaś wiata wygląda jak tymczasowy cyrk, a nie stały element miejskiego krajobrazu.

No i jest jeszcze kwestia plagiatu inspiracji zadaszeniem peronów lizbońskiego dworca, zaprojektowanym przez Santiago Calatravę. Każdy może ocenić sam, czy granice inspiracji zostały przekroczone, czy też nie klikając w ten link. Dla mnie leży to już daleko poza nimi. Co więcej, zastanowić się należy, czy akurat taka forma wiaty, stworzona dla zupełnie innych warunków klimatycznych, w Łodzi się w ogóle sprawdzi.

Nie chcę się już więcej znęcać nad projektantem/twórcą tego projektu, choć sobie na to bardzo zasłużył. Świetny projekt Calatravy został pociągnięty kolorowymi kredkami, a dostosowując go do założonego miejsca, beztrosko zepsuto jego proporcje, dzięki czemu inspiracja wyniosłymi drzewami palmowymi zaczęła przypominać skrzyżowanie gotyckiej katedry, kandelabru i katamaranu. Jedynym znaczącym wkładem własnym polskiego projektanta jest dodanie zupełnie psujących dynamikę projektu bocznych szklanych ścian, prawdopodobnie niemożliwych do realizacji w założonej w projekcie postaci.

Mógłbym tak jeszcze długo, ale dochodzę do wniosku, że czas oddać głos klasykom:



Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego...

 
1 , 2 , 3 , 4