niedziela, 12 sierpnia 2012
Das war... 12.08.1997

To już 15 lat. Szybko zleciało. 

Tagi: U2
21:16, gothmucha , das war...
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 listopada 2011
24.11.1991

 

Tagi: queen
00:36, gothmucha , das war...
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011
1998-2000

Tutaj miała być notka o tym, jak moja przyjaciółką ^anozognozja mieszkała przez dwa lata w uroczej dziurze zwanej Szczecinkiem (takie miasto gdzieś bardzo daleko wyposażone w dwa jeziora i jedną wieżę) i co żeśmy tam wspólnie przeżywali w związku z tym. Po dłuższym zastanowieniu wyszło mi jednak, że pewne historie są epickie tylko wtedy, gdy pozostają w kręgu historii mówionych, najlepiej wspólnie, więc pozostawię jedynie piosenkę z epoki:

 

wtorek, 27 września 2011
20 lat temu

Debiut Manics był bezczelnie inny od wszystkiego, co w tamtym momencie latało w rozgłośniach radiowych (przypomnijmy - Madchester, początki britpopu, za oceanem eksplozja grunge). Muzyczna mieszanka punku, glamu i doskonałych melodii uzupełnionych tekstami wypełnionymi bardzo konkretnym, lewicowym przekazem nie pozwalała zostać obojętnym. Dodatkowo sama objętość płyty - 72 minuty, 18 utworów - kolejny bezczelny ruch debiutantów. Przecież to jeszcze był czas, gdy płyta trwała tyle, na ile pozwalał winyl, a więc około 45 minut, czyli dostawaliśmy de facto już na starcie album dwupłytowy.

Na szczęście za tą bezczelnością stała doskonała muzyka i teksty, których całe linijki brzmiały jak miniaturowe manifesty, gotowe do natychmiastowego wykorzystania. I tu kryła się pułapka - łatwo było dać się zwieść bojowym piosenkom uzupełnionym agresywnym przekazem wizualnym (na tylnej okładce płonie flaga Wspólnoty Europejskiej) i nie zauważyć tej drugiej, bardziej miękkiej i nakierowanej na wnętrze człowieka strony.

Pierwsza płyta nosi w sobie pierwociny wszystkiego tego, co dobre w Manics, ale też i czytelne wskazówki kierunków, w których zespół później pójdzie. Motorcycle emptiness zapowiada późniejsze wielkie hity z drugiej połowy lat 90tych, a taki Slash and burn późniejszy militarny wizerunek zespołu z okresu Holy Bible. Pojawiają się na niej też zalążki introspektywnych, boleśnie prawdziwych tekstów w których Richey rozprawiał się ze swoimi demonami - tematyka, która zdominuje chociaż wspomnianą przed chwilą trzecią płytę zespołu. To wszystko tam jest - wygodnie dostępne dla nas z perspektywy lat, a zupełnie niewidoczne wtedy dla samych muzyków, którzy już za chwilę zagubią się podczas sesji do Gold against the soul.

 

piątek, 15 kwietnia 2011
Kiedy byłem smutnym chłopcem

Kiedy byłem smutnym chłopcem i miałem nader często podły humor, ratowała mnie telewizja muzyczna. Telewizją tą była niemiecka Viva oraz (częściej) Viva Zwei, które z uporem maniaka usiłowały przekonać odbiorcę, że Niemiec też potrafi. O ile w kwestii niemieckiego hip hopu pozostałem nieprzekonany, o tyle kilka rzeczy jednak wchłonąłem i w sobie gdzieś na dnie zatrzymałem. Ale nie o nich będzie ta notka wesoła, bo notka będzie o tym, że Niemcy potrafią również śmieszyć. Startujemy z , wesołymi chłopakami z Die Ärzte:

Poza sporą ilością jajcarskich teledysków mieli też najszybszy numer świata, Yoko Ono - sławny z tego, że trwał niecałą minutę i jeżeli brakowało wypełniacza tejże minuty, to nader często wkładano właśnie to wideo. Spory airplay miał też pierwszy teledysk w dziejach z udziałem Lary Croft (Elevation U2 było później!), czyli Männer sind Schweine:

Lekarze obok bezwstydnie wesołych melodyjek, które wgryzały się w ucho i głowę oferowali również szeroki uśmiech Farina Urlauba - kto go raz zobaczy, musi się uśmiechnąć, nawet jak jest mhrroczny i zhły.

Nieco dalej (i bardziej filozoficznie) lokowali się poważni na codzień punkrockowcy z Die Toten Hosen, ale powiedzcie sami, jak tu się nie uśmiechnąć na widok animowanej opowieści o dziesięciu jelonkach (dobra, wiem, że w tytule nie ma jelonków, tylko myśliwi, ale cicho, wtedy nie wiedziałem):

Oprócz regularnych zespołów oferujących co jakiś czas śmieszny kawałek pojawiali się również kabareciarze, tacy jak np Stefan Raab:

I to też było pozytywne. Nawet aż za bardzo, szczególnie gdy charakterystyczne "taratatatata" wbiło się w głowę i wyrywało się człowiekowi w najmniej spdziewanym momencie. Inną, wbijającą się w głowę piosenką był też śpiewany na melodię Asereje Der Steuersong:

Wspólnym mianownikiem tych wszystkich piosenek (poza poprawianiem mi humoru) był jakiś łatwo wpadający w ucho i notoryczynie nawracający fragment, kawałek muzyki czy liryków - najczęściej refren. W tej kategorii bezapelacyjnie wygrywała ta piosenka:

Nie żebym jakoś kochał Guano Apes, ale to po prostu zagrało i było ryczanym hymnem do wszystkiego - picia na huśtawkach, palenia na dachach garaży (ja jak zawsze biernie), wędrówki na metę na Zygmuntowskiej, wycieczki samochodem w sześciu nad zalew sulejowski i całego gazyliona innych nastoletnich przygód - i za to kochamy ^szpro, bo mi o tym wszystkim przypomniała w to trochę smętne i nijakie piątkowe popołudnie.

sobota, 05 lutego 2011
Tu, gdzie się to wszystko zaczęło

Każdy jaszczur ma w swoim życiu taki okres, że zajmuje się Bardzo Poważnymi Sprawami i ma zdanie na każdy Bardzo Istotny Temat. I w ogóle otoczony jest przez Niezwykle Poważne i Złożone Problemy, co przekłada się na to, że jest wtedy Bardzo Ważnym i Poważnym Człowiekiem, w dodatku niezwykle Wrażliwym, Myślącym i Wyjątkowym. Najczęściej trafia się to w okolicach wczesnego ogólniaka (starego, teraz to by pewnie było gimnazjum) i przechodzi jak nastoletni trądzik.

Niezwykle istotną sprawą, oprócz oczywiście bezowocnych poszukiwań Innych Wrażliwych i Myślących Ludzi jest muzyka - znajduje się jakiś zespół (zespoły), które też są Wrażliwe Na Problemy Swoje Albo Świata Albo Obu Na Raz i wysnuwa się z ich tekstów różne wzniosłe myśli, które po latach brzmią albo banalnie, albo bełkotliwie, albo wszystko na raz. Bardzo pomaga w tym niezbyt jeszcze doskonała znajomość języka obcego, bo pozwala nagiąć interpretację tekstu do własnych potrzeb.

Oczywiście ja też byłem młodym jaszczurem i też byłem niezwykle Wrażliwy i Poważny i zajmowałem się Niezwykle Istotnymi Sprawami. A kto zna twórczość U2 z lat 1983-89 ten wie, że nie było na tej planecie zespołu, który lepiej pasowałby do tego schematu. Oczywiście wtedy, w 1998, łyknąłem to z dobrodziejstwem inwentarza - Pokój Na Świecie, Martin Luther King, No War etc - wszystko pasowało dokładnie tam, gdzie powinno. Ale że już wtedy przejawiałem zacięcie kolekcjonerskie, to musiałem zrobić kolejny krok i sięgnąć po płyty wydane po roku 1990. A więc w pierwszym rzędzie po Achtung Baby. I otwierający ją Zoo Station.

Nie powiem, że od razu załapałem o co w tym wszystkim chodzi - do tego musiałem dojść etapami, przechodząc przez pożałowania godne złe interpretacje i niedopatrzenia. Ale w końcu do mnie dotarło co się zmieniło. Dotarł do mnie nawias, cudzysłów, ironia, sarkazm i wszystkie te postmodernistyczne smaczki, które wypełniają tę płytę. Oczywiście oprócz tego jest tam również kawał emocjonalnego mięcha, na którym mogłem się wstępnie zatrzymać i nakarmić nastoletnie emo (tak, "mucha" w gothmucha to z The Fly, a funkcjonujący jeszcze w niektórych miejscach Sieci J.T.Fly to skrót od Johnny The Fly, przy czym Johnny pochodził z kolejnej piosenki na płycie, Mysterious Ways) i które sprawia, że ta płyta nie jest tylko pustą zabawą z konwencją. To również dosyć zdradliwe - na tej płycie nigdy do końca nie wiadomo, co jest serio, co jest pozą, co jest prawdą, a co przerysowaniem. I kiedy coś trzeba wziąć w nawias, a kiedy nie. Nic nie jest oczywiste.

Na początku tę płytę też wziąłem serio i zapewne było to równie pocieszne, jak oglądanie na serio Dzikości serca na ten przykład, ale w ostatecznym rozrachunku opłaciło się. I do dziś wracam do Achtung Baby z dużą przyjemnością - a potem także do Zooropy, Passengersów i Pop, bo płyta promowana teledyskiem w którym niegdysiejsi Prorocy Nauczający Kaktusy występują jako klony The Village People nie może być zła.

środa, 05 stycznia 2011
1996

W 1996 miałem 13 lat i nie posiadałem jeszcze czegoś takiego jak ukształtowany gust muzyczny. Posiadałem za to pierwszą kablówkę (całe 12 kanałów), w której były aż trzy muzyczne telewizje - MTV, Viva i bodajże francuski MCM, którego i tak nie oglądałem. Anyway - rotujące się na Vivie i MTV obrazki chłonąłem jak gąbka i do dziś jeśli podrapać, to pod skórą się one znajdą, tak jak ejtisy u moich starszych kolegów.

O Falco dzisiaj mało kto pamięta, a jeśli nawet, to najczęściej poprzez pryzmat jego tragicznej śmierci w lutym 1998, z Out of the dark (into the light) w tle, uzupełnione dramatycznym pierdololo, że artysta przewidział własną śmierć. Co starsi pamiętają jego wcześniejsze występy, takie jak ten czy ten. Reszta zapomniała.

Tymczasem back in 1996 - miałem 13 lat, TV1000 nie dawała jeszcze filmów po północy i nie było internetu, a tu nagle wyskakuje Falco na Vivie i daje w porze największej oglądalności gołe cycki, Tak właśnie - szok i opad szczęki z częstotliwością co najmniej godzinną, bo airplay tego klipu był silny.

I tak właśnie mi Falco pozostał - nie jako smętny, nieżyjący facet, tylko jako ktoś, kto dostarczył mi fajnych wspomnień, również w późniejszym życiu. I jako ktoś, kto jest odpowiedzialny za to, że do dziś uwielbiam, gdy w jednej piosence spotyka się angielski z niemieckim. I jako ktoś, kto z kocią umiejętnością balansował na granicy kiczu i jakoś nigdy z tej cieniutkiej linii nie spadł i nie osunął się w otchłań żeny. No i wreszcie jako ktoś, kto potrafi mnie wewnętrznie rozkleić nawet teraz, co nie jest znowu takie częste.

wtorek, 21 września 2010
Kreon

Jest wiele teledysków, które powstawały w Łodzi. Są też takie, które powstały na Księżym Młynie. Ale żaden z nich nie jest aż tak precyzyjnie i bezlitośnie dokładny jak Kreon Maanamu. W zasadzie plener jest dość jednostajny - domy familijne na Księżym Młynie, komórki-katakumby na Abramowskiego, potem powrót na Księży Młyn wzdłuż nieistniejącej już bocznicy kolejowej. Kora idzie chodnikiem, którym ja codziennie chodzę, tym wzdłuż obecnie zarośniętego wspomnienia po torach. A na teledysku jeszcze jedzie tam pociąg... Nerwówka na przejeździe kolejowym na Przędzalnianej (nie wiedziałem, że kiosk w tle na Fabrycznej jest taki stary) i znów Kora idzie wzdłuż bocznicy, tym razem fragmentem po drugiej stronie Przędzalnianej, po lewej jest mur od komórek domów familijnych przy Fabrycznej, po prawej ogrodzenie boiska szkoły - znów moja codzienna droga do Ikony, gdzie nasz projekt ma biuro. I znów jest inaczej, nie ma torów, a jednocześnie tak samo, bo reszta niemal identyczna, tylko ogrodzenie bardziej zrujnowane. Nie ma jeszcze charakterystycznego krzyża, bo ten ktoś jeszcze nie umarł. Czy już się urodził? Zapewne tak. Nie spytam, co robił, gdy Kora szła tą drogą przy której zginął.

 

 

...i już tylko skok z dachu przędzalni, skok wprost na wyłożony trylinką podjazd w dole.

czwartek, 02 września 2010
Nie mówię nic, nie powiem więcej nic!

Cały koncert zespołu 1984 z Jarocina '85 można ściągnąć tu. A ja nie mówię, nie powiem więcej nic!

czwartek, 26 sierpnia 2010
2000 vs. 2010

Mrw na swoim blogasku wyliczył, że zetknął się z Muse 11 lat temu. Ja szybko dokonałem podobnego wyliczenia i wyszła mi ta sama liczba. Tak więc Muse poznałem jeszcze w roku 1999, gdy byli dopiero dobrze zapowiadającym się debiutantem, który od czasu do czasu pojawiał się na Vivie Zwei a czasem i na niemieckim MTV. Utworem, który pojawiał się najczęściej, było Uno. Później pojawiało sie także Muscle museum i Sunburn, oba uzupełnione bardzo fajnymi teledyskami (choć ten pierwszy kojarzył mi się wizualnie z Black Hole Sun Soundgarden). Ale to nie teledyski stanowiły o sile tych piosenek, ale melodie. Tak naprawdę bardzo proste, oparte na powtarzalnych chwytach, za to uzupełnione fajnymi kontrastami (szczególnie Uno), sporą ilością ozdobników i wokalistą śpiewającym tak, jakby chciał udowodnić, że jest bardziej zdesperowany niż Thom Yorke.

Niestety cała płyta (Showbiz) nie była już tak fajna, jak promujące ją single. Nie była też dostępna w Polsce - tzn. była, ale tylko na stadionie X-lecia albo przez ściągniecie zza granicy. W '99 to nie było takie proste i powodowało, że płyta kosztowała 100-150 zł - znacznie powyżej tego, na co mógł sobie pozwolić standardowy nastolatek. Tymczasem wersja ze stadionu zawierała również kilka utworów z singli, co było dodatkowym bonusem i kosztowała 10 zł.

Był rok 2000. Żeby zobaczyć Muse, trzeba było kupić bilet na autokar do Londynu, który kosztował około 2000 ówczesnych złotych, trzeba było mieć paszport (ja nie miałem) i jeszcze odłożoną kwotę w funtach na bilet na koncert. Waaaay out of reach.

Nieco później pokazała się druga płyta Muse, Origin of Symmetry. Był już rok 2001, a panowie wydali paczkę niesamowicie chwytliwych singli - Plug-in Baby, New Born i Bliss. Ten ostatni długo był zresztą moim ulubionym teledyskiem, ukazującym dość dokładnie treść mojego snu o swobodnym spadaniu w przestrzeń. Z tym snem zresztą korespondował nastrój całej płyty, jakiś taki kosmiczny, kojarzący mi się trochę z Jean Michel Jarrem (nie pytajcie czemu, ale dam wam mały trop). Całość flankowała przeróbka standardu Feeling good, w której się po prostu zakochałem, a która mówiła chyba wszystko o ówczesnym stylu grupy.

Tym razem nie miałem już pirata, ale płytę z drugiej ręki, którą ktoś zalał herbatą, kupioną w nieistniejącym już antykwariacie na rogu Jaracza i Wschodniej. Pojawiły się też recenzje w prasie muzycznej (Tylko Rock), które odsądzały zespół od czci i wiary, zarzucając mu szarlatanerię, muzyczną pustkę i zerową wartość muzyczną. Mniej więcej wtedy zrozumiałem, że ludzie kochający Marillion nigdy nie zrozumieją postmodernizmu.

Minęło trochę czasu i wyszła Absolution. Znów kilka genialnych singli (Stockholm syndrome, Time is running out, wspaniała Hysteria, przy której po prostu szalałem i skręcone z odniesieniami do Planety Małp Sing for absolution), nieco mniej genialna płyta, którą można już było za ludzkie pieniądze kupić normalnie w sklepie. Ja swoją kupiłem w sklepie India (na samym końcu siedział koleś z płytami, który chyba żył z tego, że kupowałem od niego wszystkie single Radiohead) za 50 zł - była to angielska wersja z bonusowym dvd. Był rok 2003, a zmieniła się w tym względzie cała epoka.

Potem wziąłem lekki rozwód z zespołem, choć po drodze byli genialni Rycerze Cydonii i kolejna płyta, Black Holes and Revelations, znów nie aż tak genialna, jak promujące ją single. Jednocześnie panowie sprokurowali jeden z moich ulubionych kawałków do tańczenia, ale do tego musiałem trochę dorosnąć. Acha - płytę już można było kupić w Media Markt za 49,99 w dniu premiery europejskiej. Był rok 2006.

Z The Resistance spotkałem się za pomocą singlowego Uprising. Jak zwykle zajęło mi chwilę, zanim się do tej piosenki przekonałem, a następnie zakochałem. A potem w całej płycie, bezwstydnie czerpiącej pełnymi garściami ze śpiewnika Freddiego M. Płyta wyszła im przegięta, szarżująca, nieznośna - i dlatego tak fajna. I nareszcie równa. A już trzyczęściowa minisuita na koniec stawiała kropkę nad i. No bo czego tu nie ma - i prostota (to prostackie wręcz umpa umpa umpa łamane wieśniackim bzyng bzyng) w Uprising i queenowe zaśpiewy w tytułowym i w spacerki pana wokalisty wzdłuż i w poprzek skali (oj brakuje tu głosu Freddiego, brakuje). Że o trzech lśniących wieżach na koncercie nie wspomnę (a właśnie, koncert, panowie bywają już regularnie na koncertach w Polsce). No i dostali okładkę w Teraz Rocku (już kolejną) i pochwalne hymny na swoją cześć. Jest rok 2010, moja wersja płyty kosztowała mnie 20 zł i przyleciała do mnie z Dublina. Bilet lotniczy na Wyspy kosztuje 100 zł w dwie strony, na lotnisko mam pół godziny miejskim autobusem, ale nie mam potrzeby lecieć aż do Londynu, kiedy mogę pojechać np do Krakowa. No i znów nie mam paszportu, bo i w zasadzie nie jest mi potrzebny - w zupełności wystarcza mi dowód osobisty.

 

Tagi: Muse
01:26, gothmucha , das war...
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2