poniedziałek, 10 marca 2014
Architektka na Ikacu

6.01.1914, Ilustrowany Kuryer Codzienny, dziennik wychodzący w Krakowie, w niepodległej Polsce główna część potężnego medialnego koncernu. Znienawidzony chociażby przez Tuwima (Ty, wypasiony na Ikacu), i każdego, komu niemiła była konserwatywna wizja świata lansowana przez jego redakcję. Mimo to żeńskie formy zawodowe miały w nim swoje miejsce, jak widać na powyższym obrazku.

10.03.2014, polska Wikipedia. Nie możemy użyć żeńskich form zawodowych, a gdy próbujemy tego dokonać, przeczytać możemy:

Pracownica/pracownik w ogóle powinny być rzadko stosowane, kojarzy się z wykonywaniem pracy fizycznej, formy opisowe są po prostu zgrabniejsze. Natomiast "nauczycielka akademicka", "historyczka", "profesorka", "filolożka" to typowa nowomowa, dozwolona w języku potocznym, ale na którą nie ma miejsca w Wikipedii. A już tezy o tym, że brak zgody na nowomowę zniechęca kogokolwiek są po prostu gołosłowne. Pamiętajmy, że Wikipedia jest encyklopedią, a nie polem do wojenek ideologicznych. I że od zamiany socjologa na socjolożkę nowych haseł nie przybywa.

My tu piszemy encyklopedię, nie bloga czy serwis publicystyczny. Dlatego piszemy "nagrał płytę", a nie "nagrał krążek", chociaż w słowniku krążek podawany jest pewnie jako synonim albumu muzycznego. Piszemy "skazany na karę pozbawienia wolności", a nie "skazany na więzienie", itp. Hanna Suchocka w PWN-ie jest prawnikiem i politykiem, a nie prawniczką i polityczką, gdzie przynajmniej pierwsze z tych słów istnieje. Stąd szlaban przed politolożką czy ministrą chroni właśnie encyklopedię przed zalewem mowy potocznej/nieutrwalonej dla zachowania jej encyklopedycznego stylu.

Dla niektórych (sądzę, że dość wielu) kobiet określenie ich stanowiska czy zawodu w formie żeńskiej też może być deprecjonujące, trzeba więc brać pod uwagę także i tę "drugą stronę"

Postęp?

środa, 05 lutego 2014
Skowyt patriarchatu

Kilka dni temu zawrzało wokół konkursu piękności studentek toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Czemu pomysł organizowania tego typu pokazu na uniwersytecie można przeczytać tu, mówiła także o tym w rozmowie w TVN24 Anna Dryjańska. I właściwie nie miałbym już nic więcej do dodania, gdyby nie to, jakie komentarze ta sprawa wywołała. Doprecyzujmy - komentarze ze strony mężczyzn, którym bardzo nie podoba się to, że jakaś feministka zabrania im podziwiać półnagie piersi i pośladki.

Przez dłuższą chwilę wydawało mi się, że palmę pierwszeństwa dzierżyć będzie pan, który zaprezentował światu taki oto wykwit umysłowości:

Pan ów, jak przystało na randomowego komentatora na społecznościowym portalu sam jest mało kulturalny i stąd taka wielka potrzeba wyrzucenia z siebie kilku stereotypowych wypowiedzi, podszyta potrzebą rozładowania kumulującego się w okolicach rozporka napięcia. Oczywiście mógłbym dalej ciągnąć złośliwości w tym samym tonie, odnosząc się np do (wątpliwej) jego urody, ale nie ma to sensu. Znacznie więcej sensu ma wskazanie wprost, że to co robi, to stosowanie patriarchalnego mechanizmu sprowadzającego wartość kobiety do tego, jak wygląda i czy wystarczająco dekoracyjnie. Nie jest istotne co ma do powiedzenia i co myśli, co więcej, wskazane jest, aby tych myśli nie uzewnętrzniała, bo jeśli to zrobi, to zapewne z zazdrości o urodę innych kobiet. W świecie pana Jana Polaka (i bardzo wielu patriarchalnie ukierunkowanych mężczyzn) kobieta nie służy do słuchania i wymieniania się argumentami, ale do oglądania i jest niczym więcej niż ozdobną durnostojką na komodzie. A jeśli ma czelność wychylić się z tej funkcji, to powinna spotkać się z pełną niechęci i agresji reakcją wtłaczającą ją tam z powrotem. Reakcją taką jak ta, zaprezentowana przez niejakiego Krzysztofa Bancewicza, którego maila do Anny Dryjańskiej przytaczam w całości:

(duża wersja tutaj)


Podobnie jak w wypadku pana Polaka, centralną część listu zajmuje problem wyglądu i wyjścia przez Dryjańską z przewidzianej dla kobiety roli ozdobnika. Wyjście to wprowadza przykry panu Bancewiczowi dysonans poznawczy, który usiłuje on sobie zracjonalizować domniemaną zazdrością Dryjańskiej wobec ładniejszych koleżanek. Po rozprawieniu się z urodą autor listu przechodzi do inteligencji i stanu psychicznego swojej adwersarki, płynnie przechodząc do kolejnego doskonale znanego nam chochoła, znanego jako "jak śmiesz nie tolerować mojej nietolerancji"? Bo jak wiadomo zmieszanie Dryjańskiej z błotem i wylanie na nią steku wyzwisk jest absolutnie równoważne w dyskursie z przedstawieniem przez nią (rzeczowo) swoich argumentów i powinno być traktowane z co najmniej jednakowym szacunkiem i troską. A nawet bardziej - no bo przecież Dryjańska sama jest sobie winna, mogła się przecież nie odzywać i nikt by się do jej urody nie przyczepił. Tak czy owak - kobieta powinna siedzieć cicho i ładnie wyglądać, albo przynajmniej siedzieć cicho, jeśli natura zdaniem pp. Polaka i Bancewicza urody jej poskąpiła. A że nie siedziała? Należało zareagować i pokazać jej miejsce w szeregu. Tak czy owak - jej wina.

Celowo nie wyczerniłem nazwisk obu panów. Pierwszy z nich wypowiedział się w wątku publicznym na portalu społecznościowym. Drugi wysłał nienawistny list, który adresatka postanowiła opublikować, nie pozwalając się schować autorowi za murem prywatności. Stopień agresji sprawił przepełniającej ten list nie pozwala przejść nad nim obojętnie, szczególnie że autor najwyraźniej nie wstydzi się swoich poglądów, podobne prezentując publicznie chociażby tutaj:

Pan Krzysztof Bancewicz prezentuje takie poglądy pod imieniem i nazwiskiem, wysyła też pełne agresji maile ze służbowego konta w pracy. Dzięki temu można bardzo szybko zidentyfikować, gdzie pracuje i w jakiej branży - w czasach internetu i wyszukiwarki Google znalezienie tego to kwestia sekund. Ja już wiem, że nie chcę mieć niczego wspólnego ani z nim, ani z jego firmą. Domyślam się, że większa część czytelników tego bloga także. Co więcej, szczerze zachęcam do podzielenia się swoimi przemyśleniami na temat pana Bancewicza z jego kontrahentami - w końcu stanie na straży patriarchatu powinno być docenione i należycie wynagrodzone.

poniedziałek, 11 listopada 2013
Patriotyzm w dniu nienawiści





fot. Marcelina Zawisza

Gdy trzy dni temu odnowiono spaloną tęczę na pl. Zbawiciela, napisałem "za trzy dni znów spłonie". Napisałem to, choć nie chciałem mieć racji. Dziś okazało się, że niestety ją miałem.

Zaatakowano też warszawskie skłoty Przychodnia i Syrena. Na teren skłotów wdarły się szturmowe oddziały prawdziwych polskich patriotów, tylko czekających okazji, aby pokazać lewakom, gdzie jest ich miejsce. Przychodnia płonęła, na szczęście tylko na zewnątrz. Spłonęły też zaparkowane przed nią samochody, wybito szyby w budynku. Mieszkańcy musieli schronić się na dachu i czekać, aż pożar zostanie ugaszony. W Syrenie mieszkańcy, w tym kilkoro dzieci, bronili się przed najeźdźcami pół godziny. Policji nie było, była za to regularna wojna.

fot. gazeta.pl

Polscy patrioci dali też lekcję patriotyzmu Rosjanom - wrzucono na teren rosyjskiej ambasady petardy, płonęło ogrodzenie. Patrioci skandowali coś o "ruskich kurwach". 

Odbudowana tęcza prowokowała w przestrzeni miejskiej. Prowokowały skłoty i prowokowała rosyjska ambasada. Prawdziwych polskich patriotów zebranych z okazji polskiego narodowego święta prowokuje właściwie wszystko, w tym ty i ja.

Tęcza spłonęła, podobnie jak skłot. Spłonęłaby też rosyjska ambasada, gdyby tylko nie stała tak daleko od ogrodzenia. Nic nie ma prawa zakłócać widoku i prowokować swoją obecnością polskich prawdziwych patriotów. Wszystko, co im przeszkadza musi zniknąć.

I to jest ten prawdziwy patriotyzm? To ja taki patriotyzm serdecznie pierdolę, wolę swój, lewacki, polegający na łączeniu i budowaniu, a nie na paleniu i niszczeniu. Nie chcę żyć w kraju, w którym ktokolwiek musi odczuwać obawę tylko ze względu na kolor skóry, narodowość, orientację seksualną czy wyznawane poglądy. To jest też MÓJ kraj i to jest też MOJE święto i MOJA flaga. Nie oddam ich polskim prawdziwym patriotom spod znaku celtyckiego krzyża i falangi, nie oddam ich tłumowi stojącemu za demolowaniem i podpalaniem. Nie oddam ich prowodyrom pociągającym z bezpiecznej odległości za sznurki przymocowane do rąk różnych oenerków i wszechpolaków. Nie schowam głowy w piasek. Nie wyjadę, nie wypiszę się z Polski, bo oni tylko na to czekają. Walka trwa.

środa, 18 września 2013
Redaktor odpowiedzialny

Dawno dawno temu, w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej rozciągającej się od Helu aż po Zbrucz istniała instytucja redaktora odpowiedzialnego. Jak wspominał w "Drzewie szpilkowym" Eryk Lipiński, był to człowiek, który własną głową (i tyłkiem) odpowiadał za to, co pojawiało się na łamach gazety i w razie wszelkich sporów z osobami trzecimi bądź administracją rządową płacił grzywny lub szedł do aresztu na tydzień lub dwa, jeśli na grzywnę nie było go stać. Zasadą bowiem było, że jeśli publicysta lub dziennikarz danego periodyku coś napisał bądź zmalował, to redakcja brała za to na siebie pełną odpowiedzialność, bo przecież ktoś to mu do druku zaakceptował i puścił.

W równie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej tym razem rozciągającej się od Odry aż po Bug redaktorów odpowiedzialnych jest jakby mniej. Rzadziej niż w tamtych odległych czasach redakcje stają murem za swoimi autorami, a i chęć narażenia się na koszty jest jakby mniejsza, nawet mimo tego, że niektóre periodyki mienią się być niepokornymi i niezależnymi.

Tomasz Piątek, publicysta i felietonista Krytyki Politycznej rozesłał do reklamodawców umieszczających swe reklamy na łamach prawicowego tygodnika "Do rzeczy" list z uprzejmym pytaniem, czy zdają sobie sprawę, że na łamach tego pisma ukazują się treści homofobiczne. Można przeczytać go poniżej:

List ten spotkał się z odporem ze strony Bronisława Wildsteina, ale, co również ciekawe, ze strony macierzystej redakcji Piątka.

W bardzo enigmatycznym oświadczeniu Krytyka Polityczna dziękuje w trybie natychmiastowym za współpracę Piątkowi. Nie wiemy, co było tego przyczyną, ale łatwo się domyślić. Ni stąd ni zowąd, tuż po odpowiedzi Wildsteina Piątek znika z witryny tak skutecznie, że nie ma już go nawet na liście felietonistów, a znalezienie jego tekstów staje się możliwe w zasadzie jedynie poprzez google, o ile się wie, czego się szuka.

Ja szukałem konkretnego tekstu, w którym Piątek już raz wykonał identyczną akcję. Wtedy kwestią były rasistowskie i homofobiczne rysunki Andrzeja Krauzego w Rzeczpospolitej, a informowanym była redakcja Guardiana, dla którego Krauze również rysował. Tamten "donos" Krytyce Politycznej problemu nie sprawił, ten, napisany już na krajowym podwórku, już najwyraźniej tak. Nie umiem sobie bowiem w żaden inny sposób wytłumaczyć tak nagłego rozstania się z jednym ze swoich najpoczytniejszych autorów, a zdawkowa informacja zamieszczona dziś na łamach "Dziennika Opinii" wątpliwości absolutnie nie rozwiewa.

Nie bez powodu przywołałem Eryka Lipińskiego i jego Szpilki. W tamtych złych czasach zwyczajem było, że redakcja stawała murem za swoim publicystą i ponosiła wszystkie konsekwencje tego, co na jej łamach i w jej imieniu czynił. W tych czasach jest jednak inaczej. Krytyka Polityczna umyła od Piątka ręce, bezpiecznie usuwając go ze swoich łamów i dając czytelny sygnał, że sprawa pomiędzy Piątkiem a "Do Rzeczy" jest tylko i wyłącznie jego sprawą prywatną. Przełknąłbym jeszcze jakoś takie postępowanie, gdyby nie to, że kilka miesięcy wcześniej Krytyka zaaprobowała takie samo działanie Piątka wobec Krauzego. Ktoś w Krytyce ten tekst zaaprobował, ktoś go zredagował i puścił na stronę. Dało to Piątkowi fałszywą pewność, że może robić tak dalej, a w razie kłopotów nie spotka go ostracyzm ze strony własnych szeregów. Niestety, mylił się.

Odpowiedzialność za słowa pojawiające się na łamach jest rzeczą ważną i istotną. Zapewnia publicystom wolność pisania i pewność, że gdy ze strony opisanego w artykule czy felietonie w stronę piszącego padną zarzuty, to nie zostanie on z nimi sam - niezależnie, czy jest to ministerstwo, wielki koncern czy prawicowy tygodnik. Krytyka Polityczna usuwając Piątka nie tylko złamała tę zasadę, ale dała jasny i czytelny sygnał swoim pozostałym publicystom. Piszcie, ale nie liczcie w ramach kłopotów na żadne wsparcie z naszej strony. Nie tylko wam nie pomożemy, ale jeszcze was pozbawimy źródła dochodów. Nigdy nie chciałbym być częścią takiej redakcji.

środa, 14 sierpnia 2013
Rżewski rauSS

Aleksy Rżewski Urodził się w rodzinie robotniczej. Do 1923 roku działał w PPS. Wielokrotnie więziony. Uciekł z zesłania na Sybir. Uczestniczył w walce niepodległościowej. Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej w Lublinie w listopadzie 1918 roku mianował go komisarzem rządowym miasta Łodzi. 27 marca 1919 roku Rada Narodowa miasta Łodzi wybrała go pierwszym prezydentem miasta w niepodległej Polsce. Wprowadził w Łodzi, jako pierwszym w Polsce mieście, powszechny obowiązek nauczania na poziomie szkoły powszechnej (podstawowej). Utworzył w 1919 roku Oddział Kanalizacji i Wodociągów. Pracował na stanowisku prezydenta miasta do lipca 1923. 1 kwietnia 1927 nominowany na stanowisko starosty łódzkiego, które piastował do 30 marca 1933. Następnie prowadził kancelarię notarialną. Około 11 listopada 1939 r. Aleksy Rżewski został aresztowany podczas dużej akcji łódzkiego gestapo przeciwko inteligencji Łodzi i okręgu łódzkiego, w ramach tzw. "Intelligenzaktion". Wraz z innymi osadzony w obozie przejściowym na Radogoszczu. Stąd krótko potem zabrany i po parodii sądu w siedzibie łódzkiego gestapo rozstrzelany wraz z wielu innymi prawdopodobnie 20 grudnia 1939 w Lesie Łagiewnickim.


poniedziałek, 22 lipca 2013
Manifest lipcowy

Prekariuszki i prekariusze! Ludu pracujący Stolicy i innych miast Polski! Towarzysze nierównej walki o przelew!

Wy, którzy zaludniacie zagrody call centers, wy którym podsunięto umowy zlecenie i umowy o dzieło, wy, którzy codziennie budzicie się bez pewności, co będzie za rok, za miesiąc za tydzień. Wy, którzy walczycie od świtu do zmroku i dalej, aż po kolejny świt, biegnąc z pracy do pracy, od zlecenia do zlecenia, nie wiedząc, co to ośmiogodzinny dzień pracy, płatne nadgodziny czy płatny urlop. I wy, bezrobotni i na przymusowym lokaucie, bo projekt zawieszony, bo w tym miesiącu nie ma zleceń, bo musimy ciąć koszty. Wy, którzy na swoich barkach dźwigacie koszty kryzysu, wy, którzy nie macie zdolności kredytowej, ale dano wam Providenta i pożyczki chwilówki. Wy, którzy potraficie z niczego utrzymać siebie i swoje rodziny, wy, którzy byliście szaleni na tyle, żeby mieć dzieci. Wy, piękne duchy zmieniające świat po godzinach, wy, którzy tu zostaliście, choć mogliście wyjechać.

Rzućcie to, co robicie i zatrzymajcie się. Rozejrzyjcie się i pomyślcie, czemu lepiej już było i czemu nie macie siły, by walczyć o więcej. Zatrzymajcie się i rozejrzyjcie wokoło, żeby zobaczyć, jak wielu nas jest. To my, ofiary kolejnego cudu nad Wisłą, to my, których kosztem upaśli się Mordasewicze i ich Lewiatany, to my, którzy nosimy na swoich barkach uczonych ekonomów, bankierów i szychy z rynków finansowych. To my, trzydziesto i dwudziestolatkowie, których skazano na życie w stresie i strachu, bez pewności pracy i płacy, w ciągłej pogoni za następnym przelewem, żeby było co do garnka włożyć. My, którzy nie wiemy, co to stały etat, ubezpieczenie społeczne czy nadzieja na emeryturę. My, którzy płacimy za to wszystko naszym zdrowiem i naszym życiem rodzinnym. My, którzy jesteśmy wściekli, ale nie mamy czasu, aby to wszystko zmienić.

To my - przyszłość tego kraju, której dano złudzenie o bogactwie i prospericie, a która zna tylko ponure czasy kryzysu, który nigdy nie minął. To my - wykluczeni przez brak stałości i brak własności, zazdroszczący tym nielicznym, którym udało się dać przykuć do ściany trzydziestoletnim kredytem. To my - żyjący wciąż na krawędzi, na najwyższej prędkości, bez prawa do wytchnienia i odpoczynku, bo trzeba wykorzystać każdą szansę, by zdobyć kolejny przelew. To my - ofiary własnej pomysłowości i produktywności, elastyczni do granic wyzysku i daleko poza nie. To my - a to powinien być nasz wolny i pełnopłatny dzień.

Wyjdźmy na zewnątrz, połóżmy się na trawie, w słońcu. I zjedzmy czekoladę, by mieć siłę na dalszą walkę.

piątek, 05 lipca 2013
W krainie szczęśliwych szczurów

Ostatni tydzień był dla mnie niezwykle pouczający. Najpierw dowiedziałem się, że namalowana na murze swastyka nie jest niczym złym, albowiem przedstawia starożytny symbol szczęścia i pomyślności doskonale kojarzący się Azjatom. Cholerna szkoda, że akurat tu, lokalnie, kilku Azjatom kojarzy się wyłącznie źle, ale przymknijmy na to oko. 

Chwilę później dowiedziałem się, że wyzywanie kogoś w internecie od grubego Żyda czy żydowskiego ścierwa jest absolutnie w porządku, bo przecież to ironia i satyra. I absolutnie nikt nie powinien się poczuć urażony, bo przecież osoby piszące takie komentarze na pewno nie były antysemitami.

Po drodze okazało się również, że wyliczając kolejne dokonania łysych chłopców spod brunatnej flagi dla niepoznaki tylko ukrytej za barwami białą i czerwoną histeryzuję i nie zachowuję należytego analitycznego chłodu. Zapewne byłoby mi łatwiej o analityczność, gdybym osobiście nie usłyszał z ust miejscowego prowodyra narodowców co by zrobił z takimi jak ja, kiedy wracaliśmy z marszu równości.

Przy tym wszystkim stwierdzenie, że nazwanie inicjatywy, w którą się zaangażowałem "szczurzą" nie jest niczym obraźliwym, bo przecież szczury to inteligentne stworzonka i wcale nie kojarzą się źle kwalifikuje się tylko do oznaczenia blipowym tagiem #najmniejszezdziwienieświata.

Co niniejszym czynię, życząc wszystkim miłego weekendu.

czwartek, 16 maja 2013
Push for change

Jest strasznie dużo rzeczy, na które nas, tutaj w Łodzi, nie stać. Nie stać nas na remonty dróg, nie stać nas na wyrównanie chodników, nie stać nas na zwiększenie częstotliwości kursowania tramwajów i autobusów, nie stać nas na większą ilość miejsc dla dzieci w przedszkolach i nie stać nas na utrzymanie szkół, więc je likwidujemy, w zamian oferując dzieciom dłuższą drogę do szkoły i naukę w przepełnionych klasach.

Nie stać nas na remonty kamienic (Mia100 Kamienic to kropla w morzu potrzeb, chciałbym, żeby jego budżet był tak z trzy-cztery razy większy), nie stać nas na kupno nowych tramwajów, nie stać nas nawet na to, żeby przy okazji planowanego remontu wykorzystać pomysły ludzi, które zostały miastu przedstawione podczas konsultacji społecznych

Stać nas jednak na kilka rzeczy. Stać nas na Nowe Centrum Łodzi, a raczej na EC1, które będzie generować kilka milionów zł kosztów utrzymania rocznie i dwie szerokie drogi przecinające je na cztery części, znane dziś jako Nowotargowa i Nowowęglowa. Stać nas na dwa stadiony, w różnych konfiguracjach (trzy trybuny tu, jedna tam, potem jeszcze jeden, cały, gdzieś indziej, aktualnie cały tam i jedna trybuna tu, albo na odwrót, bo już się zgubiłem). Stać nas na wiadukty na Trasie Górna, które będą stały niewykorzystane przez wiele, wiele lat, bo prowadzą albo w środek ogródków działkowych (nowa Śląska, która być może nie powstanie nigdy, bo mamy już al. Ofiar), albo w pole kapusty (tu wykop od Rzgowskiej w stronę wschodnią, też nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie wykorzystany). 

Bilans ten wisi mi w głowie od dłuższego czasu, a czarę goryczy przelała informacja o tym, że nie mamy pół miliona zł na to, żeby porządnie wymalować pasy dla pieszych - ale przecież mamy setki milionów na te wszystkie misie na miarę naszych możliwości w akapicie powyżej. Chciałem w tym momencie powiedzieć coś bardzo brzydkiego i bezsilnie powymachiwać pięścią, ale przypomniałem sobie, że jest coś jeszcze:



Tak, nie zmienię miasta i jego złych decyzji jednym guzikiem. Ale mam szansę zmienić przestrzeń wokół siebie i podjąć lepszą decyzję, niż pani prezydent i miejscy rajcy. A wraz ze mną my wszyscy, mieszkańcy Łodzi. Napierajmy z pomysłami, te dwadzieścia milionów jest nasze!

wtorek, 07 maja 2013
Dzień smutnych notek

Z lekkim spóźnieniem wziąłem się za poranny przegląd tego, co przez poprzedni wieczór, noc i dzisiejszy poranek zdążyli naprodukować moi znajomi. Słonko stało dość wysoko, przyjaźnie świecąc przez okno, w tle szumiała pralka i nic nie zwiastowało, że poranny rogalik stanie mi kością w gardle. A jednak.

Na dzień dobry zaatakował blogger mrw, rozkładając na czynniki pierwsze kuriozalny wstępniak akcji "Orzeł może" popełniony przez Jarosława Kurskiego. Rozkładając i dokładnie zaorywując, w najlepszym stylu nieistniejącego #ttdkn, za co cześć mu i chwała, bo ja już orać tego nie muszę.

Chwilę później w oko wpadł mi nameste (którego stąd pozdrawiamy), linkujący do notki o tytule "zabić pasożyta". Notki krótkiej, ale bezlitośnie punktującej hipokryzję stojącą za propozycją, aby pozbawić bezrobotnych prawa do bezpłatnej opieki medycznej przez 9 miesięcy, co ekspertka PKPP Lewiatan nazywa eufemistycznie "dyscyplinowaniem". "Wykreślenie z rejestru osoby bezrobotnej, która nie chce podjąć zatrudnienia, jest bez wątpienia elementem dyscyplinującym do uczestnictwa we wszelkich formach aktywizacji zawodowej. Utrata prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej i to aż na 9 miesięcy jest bowiem dużą niedogodnością dla osób bezrobotnych. I z tego punktu widzenia możemy uznać taką propozycję jako słuszną, chociaż nie jest ona niczym nowatorskim" pisze pani ekspert, ex definitio uznając, że to, co niedogodne jest słuszne. "Czekaliśmy na dalej idące zmiany" kontynuuje, a ja się zastanawiam, jakie by one miały być? Pozbawienie takich osób praw publicznych? Oznakowanie ich specjalną łatą na stroju? Wydalenie poza granice Zielonej Wyspy Szczęśliwości? Blisko. "To rozwiązanie połowiczne, ponieważ nie zlikwiduje innych problemów. Urzędy pracy skarżą się na konieczność obsługi administracyjnej bezrobotnych, którzy nie są zainteresowani podjęciem zatrudnienia, a rejestrują się wyłącznie dla bezpłatnego ubezpieczenia zdrowotnego. I nadal (aż do wykreślenia z rejestru) będą musiały się takimi osobami zająć, co nie wpłynie znacząco ani na jakość pracy PUP-ów, ani na obniżenie kosztów funkcjonowania publicznych służb zatrudnienia." Ni mniej ni więcej - zniknąć pasożyta, żeby nie trzeba było się nim już więcej zajmować. Zniknąć, wyrzucić poza nawias, wykreślić i eradykować ze zdrowego organizmu społeczeństwa.

Ale zaraz zaraz, to niejedyne pasożytnicze jednostki żerujące na nas wszystkich. Zapomnijmy na chwilę o bezczelnych bezrobotnych wysysających nasze składki z NFZ, bo oto po raz kolejny nadchodzą kobiety, oczywiście bezczelnie roszczeniowe. Notkę tę należy czytać w całości, od początku do końca, bo nigdzie jeszcze nie widziałem tak jasno i wyraźnie wyłożonego losu polskiej kobiety od momentu zostania ciężarną aż po przejście na wcześniejszą emeryturę, aby tyrać na bezpłatnym podwójnym etacie opiekunki rodziców i wnuków.

Oba te problemy mają część wspólną, który polega na programowym niezauważaniu niepłatnej, ukrytej pracy, którą wykonują ci ponoć roszczeniowi i pasożytujący na nas, zdrowych, ludzie. Wróć, ludźmi jesteśmy tutaj my - zdrowi, pracujący, elastyczni i uśmiechnięci przedstawiciele klasy średniej i półśredniej-aspirującej, biegnący ochoczo w wyścigu, na którego końcu majaczy fatamorgana stania się nowym Kulczykiem. Oni to nie ludzie, to podludzie, których utrzymujemy z naszych podatków i naszych pensji, zupełnie nie zauważając, że możemy zarabiać i że możemy kupować tylko i wyłącznie dlatego, że ci pogardzani podludzie pracując na czarno bez żadnego licznika przepracowanych godzin wychowują nasze dzieci, wyładowują nasze jedzenie z ciężarówek na sklepowe półki, naprawiają nasze samochody i pilnują ich na strzeżonych parkingach, zamiatają nasze klatki schodowe i sprzątają po naszych psach. Ich praca jest niewidzialna i zupełnie przezroczysta, bo przecież to takie oczywiste, że dzieckiem zajmie się babcia, która przy okazji zrobi zakupy w pobliskim sklepie. Oczywiste jest, że warsztat, do którego odwozimy nasze auto przyjmie je od ręki i nie interesuje nas wcale ile godzin i na jakich warunkach reperujący je człowiek pracuje i jak to właściwie robi, że mając tyle zleceń jest w stanie to ogarnąć w ciągu jednego dnia roboczego. Nie zastanawia nas to, że na strzeżonym parkingu niezależnie od pory dnia i nocy siedzi ten sam człowiek i czy on w ogóle kiedykolwiek śpi. 

Ale przecież jest dobrze. Jest świetnie. Nie mamy się czym martwić i o co walczyć. W końcu średnia płaca na Zielonej Wyspie Szczęśliwości powoli zbliża się do 4 tys. zł brutto. Tylko, że jak pisze kolejna bloggerka, "podawanie płacy brutto jest jak podawanie długości penisa wraz z kręgosłupem" i jeśli z tych średnich czterech tysięcy zostanie nam do dyspozycji kilkaset złotych do "wolnej" dyspozycji (pod "wolne" podstawmy np zakup jedzenia czy podstawowych środków czystości), to już jest dobrze. A o potrzebnej do osiągnięcia tego efektu kombinatoryce może lepiej nie wspominajmy, bo nam się zrobi smutno. A przecież jest dobrze, świetnie.

***

Jeśli nie macie dość i potrzebujecie jeszcze więcej wesołych wieści, to serdecznie polecam mój własny tekst o tym, co się dzieje z dzieciakami i lokalnymi społecznościami, gdy likwiduje się szkoły, szczególnie tam, gdzie panuje bieda i niedostatek. Polecam, choć to bardzo smutne.



czwartek, 25 kwietnia 2013
Tuwimem i Sztaudyngerem w perfekcyjną panią domu

Robiąc poranną prasówkę wpadłem na blogonotkę otwartą parafrazą Sztaudyngera. Ponieważ mam do niego słabość, i lubię ładne parafrazy (a ta była), postanowiłem przyjrzeć się bliżej, co zresztą polecam pt. Czytelnikom. W środku znalazłem litanię rzeczy oczywistych, pisanych z punktu widzenia kobiety - tak oczywistych, że wydawałoby się szkoda gadać. A jednak przecież nie. 

Tak się złożyło, że wyszedłem z domu, który był równościowy. Moi rodzice z różnych powodów wyznawali w domu równość w prawach i obowiązkach. Mama wyszła z wiejskiego domu, w którym panowała odwieczna zasada, że kobieta w domu, a mężczyzna na dworze, która skutkowała tym, że owszem, kobieta robiła w domu niemal wszystko, ale oznaczało to również pełnię praw na jego terenie. Mężczyźni, którzy ogarniali podwórko i pole, po domu przesuwali się tylko wyznaczonymi korytarzami, narażając się co chwila na utyskiwania i danie po łapach, nie mając żadnego głosu w sprawie tego, co w tym domu, domenie kobiety, się dzieje. Oczywiście nie była to sytuacja zdrowa i mama, co jasne, nie chciała jej zreplikować. Ojciec z kolei z powodu bardzo kiepskiego stanu zdrowia mojej babci musiał od małego umieć zrobić wokół siebie wszystko, a także zaopiekować się swoim pięć lat młodszym bratem i niechodzącą babcią (moją prababcią). Połączenie tych dwóch kwestii dało mi dom, w którym wzorcem mężczyzny był ktoś, kto jest maksymalnie samodzielny i potrafi zrobić w domu wszystko, a wzorcem relacji kobieta-mężczyzna był ten, w którym oboje się uzupełniają i robią to, co akurat w danym momencie mogą, zastępując we wszystkim partnera, który z jakiegoś powodu akurat nie może bez różnicowania domowych zadań ze względu na płeć.

Jak bardzo jest to nienaturalna w naszym społeczeństwie postawa uczyłem się długo. Stąd też moje nieustanne zdziwienie światem i kolejne szeroko otwarte oczy przy najprzeróżniejszych sytuacjach. Będąc Zosią-samosią, która sobie ugotuje, upierze, uprasuje i co tam jeszcze, zupełnie nie rozumiałem, dlaczego miałbym tego nie robić i dlaczego miałaby to robić moja partnerka - wyłącznie. Nie rozumiałem i odmawiałem zrozumienia, dlaczego moje koleżanki i przyjaciółki w znakomitej większości wyręczają we wszystkich lub niemal we wszystkich pracach domowych swoich partnerów, jak gdyby z definicji uznając, że oni tego zrobić nie potrafią. Jednego razu usłyszałem, że zmywarka jest narzędziem wyzwolenia kobiet, albowiem przed jej zakupem naczynia piętrzyły się w zlewie czekając na kobietę. Kiedy wyraziłem zdziwienie, że no jak to, przecież u niej w domu jest co najmniej dwóch facetów i że u mnie naczynia zmywa na bieżąco ten, kto ma czas, otrzymałem odpowiedź, że tak w ogóle można? I powiedziała mi to znana feministka. 

Obowiązek utrzymania domu w czystości i zajmowania się miliardem czynności z domem związanych jest wkładany do głów dziewczynek od maleńkości. Te wszystkie rady i utyskiwania, że dziewczynce nie wypada się ubrudzić (na dworze, bo przy sprzątaniu już wypada), że nie wypada jej mieć bałaganu, że jej zabawki muszą być poukładane, a zeszyty ozdobione schludnymi szlaczkami połączone z książkami i podręcznikami utrzymującymi obraz ciekawego i zdobywającego świat chłopca i uległej, czekającej w domu dziewczynki wdrukowują się bardzo głęboko i niełatwo jest je potem wyjąć i zneutralizować. Poczucie winy towarzyszy dziewczynkom, a później kobietom od tej pory już zawsze, umiejętnie podsycane przez otoczenie, w tym również kobiece. Szczytem zaś tego wszystkiego są programy w typie Perfekcyjnej pani domu, które owszem, przemycają małą nutkę "feminizmu", mówiąc, że mieszkaniec domu płci męskiej powinien od czasu do czasu pomóc, ale wyrządzają przy okazji ogromne szkody, utwierdzając swoje odbiorczynie w tym, że wartość kobiety mierzy się czystością jej domu i stosując emocjonalny szantaż, że przez bałagan będący oczywiście wyłączną winą kobiety staje się całej rodzinie ogromna krzywda. 

Dlatego też trzeba mówić te wszystkie oczywiste dla mnie rzeczy głośno i bardzo wyraźnie. Za dom odpowiadają wszyscy jego mieszkańcy, niezależnie od płci. Obsługa odkurzacza, pralki czy żelazka nie wymaga posiadania odpowiednich pierwszo- i drugorzędowych cech płciowych. Podobnie obsługa zlewu, kuchenki i pobliskiego sklepu, a nawet psa i kociej kuwety. Okna myje się ręką a nie piersiami (no chyba że na "męskich" kanałach po północy), więc to żaden dyshonor dla mężczyzny, żeby czasem to zrobić, podobnie jest zresztą z podłogą i wanną. Dom jest wspólny i wspólnie się za niego ponosi odpowiedzialność i ten dom nie musi być krystalicznie czysty. W domu się żyje i dom się brudzi i cóż, nic się nie stanie, jeśli w zlewie naczynia poleżą parę godzin. Posprząta się później, gdy akurat będzie czas i siła, znów niezależnie od płci zmywającego i sprzątającego.

Tak, wiem, litania oczywistości. Tak samo oczywistych jak to, że jeśli lwią większość prasowanych rzeczy stanowią męskie koszule, to predysponowanym do prasowania jest ich właściciel, a nie jego partnerka. Czy to, że jeśli jedna osoba obiad ugotowała, to druga może się zająć zmywaniem po nim - i nie jest tak, że za obie sprawy odpowiada tylko kobieta. 

Te oczywistości można i należy mnożyć, także dla dobrze pojętego własnego interesu. Serdecznie nie znoszę bycia atakowanym oczekiwaniami, że zrobię coś tylko dlatego, że jestem mężczyzną, ale jeszcze serdeczniej nie znoszę, gdy takie oczekiwania formułowane są wobec kobiet w moim otoczeniu. Sam staram się wychować swoją córkę tak, żeby była od nich wolna i żeby nie czuła tego usilnie wdrukowywanego poczucia obowiązku i płynącego z niego poczucia winy. I krew mi się gotuje, gdy widzę, że otaczający świat mimo moich najlepszych starań robi wszystko, żeby jej to sprzedać. 

Dlatego też powtarzam te oczywistości, głośno i wyraźnie, ile razy potrzeba. A jeśli nie pomaga, dokładam kolejną parafrazą, tym razem Tuwima, którą dziewczynki i kobiety powinny sobie codziennie odmawiać zamiast pacierza, albo przynajmniej oprawić w ramki i powiesić partnerowi przed telewizorem/komputerem. 

Ja także pozwolę sobie sparafrazować Sztaudyngera, choć w nieco innym duchu. Nic od mężczyzny kobieta nie wymaga - a powinna, powaga!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7