wtorek, 12 kwietnia 2016
Where are we now?

Mój blog od samego początku był kroniką mojego zmagania się z Łodzią. Z byciem w tym trudnym mieście i z tym trudnym miastem. Wiele razy o tym pisałem, czasem z gniewem, czasem z rezygnacją. Marzyłem o chwili, kiedy wreszcie odejdę, kiedy się uwolnię. Bałem się tej chwili. A teraz ona chyba wreszcie niepostrzeżenie nadeszła.

Potrzebowałem zejść na samo dno, wejść do samej głębi. Praca w urzędzie była takim czasem, który pozwolił mi lepiej zrozumieć to, jak miasto działa i jakie mechanizmy sprawiają, że wygląda jak wygląda. Z tej perspektywy chyba nawet lepiej widać, jak okrutnym miejscem do życia jest Łódź i szerzej, Polska. A przynajmniej ta jej część, która niesie w sobie dziedzictwo wielu pokoleń w tym samym miejscu. Choć przecież i na ziemiach zachodnich znajdują się takie miejsca jak Nowa Sól.

I oto jestem, z powrotem na moim dąbrowskim blokowisku, po krótkim interludium w samym centrum miasta, tuż pod bokiem rozrastającego się imperium EC1. Tutaj jestem dostatecznie daleko, żeby nie musieć pamiętać o Łodzi i dostatecznie blisko, żeby wciąż czuć, że w niej jestem. Mimo to jest coś uderzającego w fakcie, że bliżej mi na dworzec, niż do centrum miasta.

Więc siedzę na walizkach, trochę u siebie, trochę nie u siebie, czekając na kolejny skok. Zawodowo wyszedłem z Łodzi zupełnie i nie mam tu czego więcej szukać. Pracę mam w połowie w Warszawie, a w połowie w Krakowie, ale na szczęście nikt ode mnie nie wymaga częstej bytności w biurze. Za to ja sam tęsknię za pracą w terenie, którą znalazłem sobie przede wszystkim na Górnym Śląsku, w którym chyba się dość mocno zakochałem. Przede mną trudne zadania tam, ale mało jest tak wdzięcznych miejsc, jak Rybnik, do którego chce mi się po prostu wracać. Polubiłem Katowice, z ich uładnionym w ludzki sposób centrum i nowym dworcem, który może i nie dorasta do pięt poprzedniemu, ale jest od niego o cały ocean przyjemniejszym miejscem do bycia. Przeżyłem też swoją pierwszą żałobę w Bytomiu, a jedynym, co mogłem zrobić, to puszczenie All the young dudes na cały regulator w nocy.

Nie mam pojęcia, dokąd mnie ta nowa droga doprowadzi. Ale nauczyłem się o sobie tego, że jestem skoczkiem, który zawsze stara się chwycić nową okazję i wskoczyć na odpływający właśnie okręt. Ten obecny zdaje się płynąć w szczęśliwe strony.

 

Tagi: Łódź
13:35, gothmucha , oddalenie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 marca 2014
Następny krok

I regret to announce — this is The End. I am going now. I bid you all a very fond farewell.

Goodbye.


poniedziałek, 03 marca 2014
Miłość w czasach podgrzewającej się wojny

Żyjąc po tej stronie żelaznej kurtyny nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jakim cieniem ciągłe zagrożenie ze Wschodu kładło się na życiu mieszkańców bardziej szczęśliwej części Europy. Mogliśmy liczyć jedynie na urwane pocztówki z czasów paranoi, gdy z jednej strony stał jeszcze żywy Breżniew, a z drugiej był już Reagan podkręcający temperaturę i dążący do wzmożenia wyścigu zbrojeń, który miał zadusić "imperium zła". Ryzyko tego było ogromne, a gwarancja sukcesu żadna - możemy jedynie sobie pogratulować, że Związek Radziecki faktycznie zapadł się w sobie i że jesień narodów odbyła się w miarę bezkrwawo, nie licząc Jugosławii, której mogliśmy się tylko przyglądać bezradnie na ekranach telewizorów.

Tymi, którzy zadawali sobie słynne pytanie "are they gonna drop the bomb or not" byli bez wątpienia mieszkańcy Berlina Zachodniego. Ich los, w czasach zimnej wojny pewny tak, jak los pasażerów niewielkiej kry przycumowanej u skalistych brzegów, z każdym stopniem rosnącej temperatury stawał się coraz bardziej przesądzony. Każdy dzień mógł przynieść złe wieści ze wschodu, a każdy samolot mógł być tym ostatnim, który szczęśliwie odleciał na bezpieczny Zachód. Świadomość tego była przytłaczająca, ale trzeba było żyć i nie dać się zwariować.

Jedną z najlepszych pocztówek z tamtych czasów jest obchodząca właśnie trzydzieste urodziny płyta Forever Young grupy Alphaville. Powstała i została nagrana w cieniu Muru, a nastrój tymczasowości i fundamentalnej niepewności jest zaszyty nawet w najradośniejszych jej momentach. Rosjanie i zagrożenie ze Wschodu jest wszechobecne, a w tytułowym utworze pytanie o bombę atomową akcentuje koniec jednej ze zwrotek. 

Dzisiaj, gdy słucham znów tych piosenek, zdaję sobie sprawę, jakim luksusem było dla nas ostatnie ćwierćwiecze. Względnie bezpieczni, osłonięci przed złym wiatrem od Wschodu, skąd dochodziły nas tylko głuche pomruki, które łatwo było zignorować. Ten dobry okres nieodwołalnie się skończył i pozostaje nam tylko mieć nadzieję jak trzydzieści lat temu, że Rosjanie też kochają swoje dzieci jak my.

wtorek, 24 września 2013
W imię Ojca

"Śmierć trzylatka na Grabowej. Zarzuty dla konkubenta matki chłopca". "Zarzut zabójstwa dla ojca dziewczynki". "Trzymiesięczna dziewczynka była maltretowana. Przerażająca przemoc.” To nagłówki z tylko jednego dnia.

Chłopczyk miał na imię Wiktor. Dziewczynka miała na imię Nadia. Żadne z nich nie zasłużyło na to, co ich spotkało. Oboje byli tylko dziećmi – osobami całkowicie uzależnionymi od swoich rodziców, całkowicie im ufającymi i całkowicie ich kochającymi. Rodzice byli wszystkim, co mieli.

Nie dowiemy się jak nazywali się ojcowie Wiktora i Nadii. Przemoc domowa w męskim wykonaniu jest zbyt banalna, nie ma potencjału. Nie będzie nowej, męskiej mamy Madzi, którą zainteresują się tabloidy w całym kraju. Nie będzie rozkładówek ze zdjęciami. Nie poznamy ich imion, nie usłyszymy o każdorazowej zmianie ich fryzur i nikt im nie zrobi sesji fotograficznej na koniu. Nie staną się medialnymi gwiazdami. To akurat dobrze. Ale nie będzie też ogólnonarodowej debaty o przemocy wobec dzieci, nie pójdą za tym jasne i czytelne komunikaty, czym ona jest i jak bardzo jest rozpowszechniona. A to już bardzo źle, bo przemoc wobec najmłodszych istnieje wokół nas i ma się dobrze. Trudno się temu dziwić, skoro według badań blisko połowa z nas nie wyobraża sobie wychowywania dziecka bez bicia, w pełni akceptując stwierdzenie że „rodzicielskie lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło”. Co istotne, przemoc wobec dzieci znacząco rzadziej uważają za powszechną mężczyźni. A to oni biją najczęściej. Ojcowie, dziadkowie, „wujkowie”, czasem starsi bracia. Biją i często nie zdają sobie sprawy, że robią źle. Sami byli bici w dzieciństwie i „wyszli na ludzi”. Uważają, że to normalne, bo tak robili ich rodzice, czyli osoby, które ich wychowywały, którym ufali i których kochali. Sami biją, no przecież chcą dobrze, a że czasem przesadzą? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu nigdy nie puściły nerwy.

Przemoc wobec dzieci jest przezroczysta. Nie zauważamy rodzica dającego rozbrykanemu dziecku klapsa. Nie zauważamy babci krzyczącej na wnuczka za to, że za głośno się zachowuje. Nie interesuje nas, czemu dziecko za ścianą tak często płacze. Mogłoby w końcu przestać, bo przeszkadza.

Jutro zapomnimy o chłopcu i dziewczynce, wczorajsze „niusy” znikną z naszych oczu. Przejmujące głosy ofiar przemocy jak zwykle trafią do tych, którzy już są na nie wrażliwi, ale nie do tych, którzy faktycznie biją i są bici. Temat przemocy rzadko pojawia się w szkołach a jeszcze rzadziej wychodzi poza ich mury, do domów zwykłych ludzi. Przemoc jest tym, co zdarza się innym, przemoc jest gdzieś daleko, w biednych dzielnicach.  Lekcja ze śmierci małej Madzi nie została odrobiona, a społeczeństwo znacznie bardziej interesowało się złą matką brylującą na pierwszych stronach gazet niż tym, dlaczego zabiła swoje dziecko i jaka była w tym rola jej najbliższego otoczenia. Instynktownie odsuwamy od siebie tę świadomość, bo jeszcze by się okazało, że sami też jesteśmy w jakimś stopniu za to odpowiedzialni.

Nie chcę wiedzieć, jak mieli na imię ojcowie Wiktora i Nadii. Nie muszę wiedzieć, czemu bili, choć dość łatwo się tego domyślić. Chciałbym za to dowiedzieć się, że wyciągniemy wreszcie ze śmierci tych dzieci wnioski i zrobimy coś, żeby takie tragedie przestały być codziennością. Na początek wystarczy, że sprawdzimy, czemu płacze to małe dziecko za ścianą, przez które tak często nie możemy spać.

Tagi: Łódź
22:36, gothmucha , oddalenie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 września 2013
Pożytek z wycieku

Już w poprzednim wpisie sygnalizowałem, że sprawa wycieku danych z fejsbukowego konta Przemysława Holochera jest moralnie dwuznaczna. Tak, dane te zdobyto w sposób nielegalny, z pogwałceniem obowiązującego prawa i reguł społecznych. Mimo to potrafię to usprawiedliwić działaniem w interesie tego samego społeczeństwa, bo przecież to nie jest zwykły Iksiński z ulicy, ale prowodyr jawnie antypaństwowej organizacji słynącej z agresywnych wystąpień skierowanych wobec wszystkich, którzy nie zgadzają się z jej wizją świata. Dlatego też za chybioną uważam konkluzję Ewy Siedleckiej z Gazety Wyborczej, która zakończyła swój komentarz słowami dziś Holocher - jutro tyA to nieprawda tak długo, jak ten "ty" nie stanie się kimś takim jak Holocher, czyli osobą po prostu niebezpieczną dla otoczenia.

W podobnym tonie wypowiada się Jakub Dymek z Krytyki Politycznej, pytając czy naprawdę chcemy uznać wycieki za pełnoprawną metodę walki politycznej. Problem w tym, że to już nie jest walka pomiędzy stronnictwami politycznymi, tylko pełzająca otwarta wojna, którą narodowcy oficjalnie wypowiedzieli społeczeństwu 11 listopada zeszłego roku na warszawskiej Agrykoli. Sami wystawili się poza nawias cywilizowanych reguł gry, stawiając na nagą siłę i strach, wprost mówić o tym, że każdy, kto mówi i myśli inaczej powinien czuć się zagrożony. 

Tej wojny nie widać na co dzień. Ona się toczy na obrzeżach, z dala od spokojnych domów zamieszkanych przez intelektualistów i klasę średnią. Na razie dotyka innych - bezdomnych, Romów, uchodźców z Czeczenii, squatersów, homoseksualistów i lewaków. Doniesienia o pobiciach, podpaleniach, rozpędzaniu artystycznych wystaw na chwilę pojawiają się w mediach i znikają, zaludniając czwarte i piąte strony gazet. Od czasu do czasu przebiją się do mediów ogólnokrajowych, ale niewiele z tym się dzieje dalej. Raz do roku ta wojna przychodzi do Warszawy, ale i wtedy łatwo ją wytłumaczyć symetrystycznym zestawieniem burd pomiędzy kibolami i antifą. Postronni spokojni obserwatorzy nie widzą zagrożenia, widzą irytującą niedogodność niepozwalającą normalnie przejść z jednej strony ulicy na drugą. Postronni spokojni obserwatorzy nie czują się zagrożeni, bo nie zdają sobie sprawy, że są chronieni.

Pojawiające się co jakiś czas głosy o nadchodzącym zagrożeniu są bagatelizowane, czasem wręcz budzą rozbawienie i niezamierzony komizm. Przecież nic się nie dzieje, codzienna wyprawa po bułkę i coś do bułki jest niezagrożona, wszystko dzieje się swoim torem, więc o co ten krzyk? Wojny nie ma, bo jej nie widać. A nie widać jej, bo nie dotyka ciebie. I ciebie. I ciebie. Ale nie dotyka ciebie, bo na razie dotyka mnie.

Tu, na pierwszej linii frontu nie jest kolorowo. My też zepchnęliśmy wojnę głęboko w podświadomość, ale wiemy, że jest i żyjemy w ciągłym napięciu. Wiemy, że jesteśmy obserwowani i to obserwowani z pełną nienawiścią. Każdy telefon od najbliższej osoby na milisekundę zwija żołądek w ciężką ołowianą kulę, a po chwili budzi poczucie ulgi, że jednak wszystko w porządku. Każdego razu stając przed swoimi drzwiami cieszę się, że nie zostały pomazane czy podpalone, podobnie jak stojący pod domem samochód. Oczywiście, przesadzamy i zachowujemy się histerycznie, a bezpośrednie groźby pozbawienia życia, które usłyszeliśmy od prowodyra łódzkich narodowców wracając z marszu równości były powiedziane dla żartu. Czasem naprawdę żałuję, że nie spytałem go, czy to jego oficjalne stanowisko i czy może mi to dać na piśmie - może wtedy ktoś potraktowałby to poważnie. 

Życie na krawędzi wojny ma swoją cenę, którą płacimy. Napięte nerwy, ciągła czujność. Jesteśmy jak straż i czasem jesteśmy zmuszeni dokładnie się tak zachowywać, obstawiając niepodobające się narodowcom spotkania i wyprowadzając uczestników na zewnątrz, pilnując, żeby nikt ich nie pobił tylko za to, że spotkali się z kimś nie myślącym jak Holocher czy Małecki. Coraz częściej i częściej, bo incydenty z brunatnym kolorem w tle się mnożą, dosięgając coraz to nowe osoby. Wiemy, że ta fala rośnie i że któregoś dnia wreszcie przełamie wały i wleje się do bezpiecznego świata klasy średniej, a momentem otrzeźwienia będzie pogrzeb któregoś z nas.

Bardzo łatwo jest stanąć z boku i przywdziewając białą togę umyć ręce od całej tej sprawy, powołując się na święte zasady poszanowania prywatności i godności Holochera. Łatwo odwrócić się i z obrzydzeniem powiedzieć o niemoralnym zachowaniu, samemu stojąc na pozycji nieskazitelnego arbitra elegancji. Ja jednak uwielbiam oddychać i po prostu żyć i dla tych zasad nie zamierzam umierać. I jeśli ten wyciek w jakikolwiek sposób odsunie ode mnie wiszące nade mną ciągłe zagrożenie, to ja się z tego cieszę i się tej radości nie wstydzę. I nie dziwi mnie festiwal radości wokół mnie, bo wszyscy czujemy się dziś tak, jakby ciężka czarna chmura wisząca nad nami od tak długiego czasu zmalała i rozproszyła się. Tak, nie zniknęła, wiemy to. Ale przynajmniej po raz pierwszy od dawna możemy zdjąć z siebie choć część ciężaru i choć trochę się odprężyć. Choć tyle.

piątek, 23 sierpnia 2013
W dole z wapnem

Co jakiś czas cyklicznie powracają pewne archetypiczne dyskusje, które nazywam kalibrującymi. Jedną z nich jest dyskusja o przysłowiowym "żulu", posiadająca dwie mutacje: "żul w tramwaju" i "żul na Piotrkowskiej". W tym pierwszym przypadku problemem jest to, że obywatel jedzie i śmierdzi, zatruwając swoją osobą podróż pozostałym pasażerom, w tym drugim, że obywatel nie dość dobrze wyglądający przebywa w reprezentacyjnej przestrzeni i nie konweniuje z przestrzenią wokół.

Typowa dyskusja toczy się w ten sposób, że najpierw określany jest problem ("żul śmierdzi" "żul żebrze"), a potem sypią się rozwiązania sytuacji. Są one mniej więcej zawsze te same: wysadzić (z tramwaju), wywieźć, wysiedlić gdzieś daleko na obrzeża miasta. Co bardziej radykalni mieszczanie dorzucają gratis zachętę dla służb porządkowych, aby częściej używały środków przymusu bezpośredniego. Do tego dochodzą refleksje natury ogólnej, również powtarzające się. Że to nieroby, że przepijają zasiłki, że darmozjady żyjące na "nasz" koszt, że patologia i że przysłowiowa plazma na ścianie, a w lodówce pusto (o tym co wolno biednemu można nota bene przeczytać tu). Więc należy przykręcić im śrubę - zabrać zasiłki, wysiedlić z centrum miasta (najlepiej z miasta w ogóle), zabronić wstępu do tramwaju, do parku, na reprezentacyjną ulicę i do centrum miasta w ogóle. Wszystko to tłumaczone jest estetyką, porządkiem, przewija się też specyficznie pojmowane bezpieczeństwo, a nawet kwestie zdrowotne (że wszy, że można się zarazić i tak dalej).

Wszystkie te głosy mają jedną podstawową cechę wspólną - ich przedmiot jest odczłowieczony, jest właśnie przedmiotem, a nie podmiotem równym dyskutującym. To nie jest mieszkaniec, obywatel czy nawet człowiek - to jest żul, menel, pijak, patologia, brudas. Gdy przypomnieć dyskutantom o tym, że to taki sam człowiek jak oni sami, podnosi się oburzenie. Dyskutanci nie widzą takiej możliwości. Nie zdają sobie sprawy, że za każdą taką osobą stoi ludzki dramat i nieszczęścia, jakimi w swoich szczęśliwych życiach najprawdopodobniej się nawet nie zetknęli. A nawet jeśli się zetknęli, to mieli po prostu więcej szczęścia, umiejętności bądź lepszą siatkę kontaktów pozwalających po prostu przetrwać. Będąc niemal bez wyjątku członkami klasy średniej, bądź klas aspirujących do bycia klasą średnią dyskutanci nie widzą, że ich własny kapitał kulturowy i społeczny jest bez porównania wyższy i że gdyby nie ten kapitał, odziedziczony i wypracowany nie przez nich samych, a przynajmniej nie wyłącznie, to prawdopodobieństwo znalezienia się w miejscu tych pogardzanych "żuli" wzrastałoby wielokrotnie.

Gdy w takiej dyskusji pojawia się głos wskazujący na to, że to są przecież ludzie i że trzeba im współczuć a nie ich prześladować, pojawiają się równie typowe odpowiedzi. "Skoro ich tak kochasz, to dlaczego nie weźmiesz ich pod swój dach?" "Czy dałabyś wykąpać się żulowi w twojej łazience?" "Dlaczego ich bronisz, przecież sami są sobie winni". Wyzierają zza nich dwie kwestie. Pierwszą z nich jest  samotność jednostki w systemie w zderzeniu z sytuacją problemową, drugą zaś brak empatii czy szerzej, zdolności do postawienia się w czyjejś sytuacji i zrozumienia mechanizmu który do tej sytuacji doprowadził.

Osoba nocująca na klatce schodowej bloku czy kamienicy i załatwiająca na niej swoje potrzeby fizjologiczne jest realnym problemem, na który państwo nie potrafi odpowiedzieć. W gospodarce ciągłego socjalnego niedoboru potrzeby opieki społecznej są zaspokajane na najniższym możliwym poziomie. System wspiera o tyle, żeby przeżyć, natomiast nie daje pieniędzy na narzędzia, które pozwoliłby wyciągnąć tych ludzi z ich kłopotów. Co z tego, że raz na jakiś czas zbierze się ich z ulicy, umyje, ostrzyże, odwszy i da nowe ubrania, skoro w żaden sposób nie rozwiązano powodu, dla którego na tej ulicy się znaleźli? To systemowe niedomaganie połączone z brakiem społecznej empatii, który owocuje społecznym przyzwoleniem na dalsze cięcia "socjalu" i powoduje, że sama chęć zwiększenia zasiłków staje politycznym samobójstwem powoduje, że znajdujemy się w sytuacji praktycznie bez wyjścia.

W takiej sytuacji rodzą się wołania o rozwiązania ekstremalne. Pojawiają się głosy, że już nie tylko wysiedlać czy nie wpuszczać, ale wprost eksterminować. Tytułowy dół z wapnem nie wziął się znikąd, nie jest poetycką przenośnią. Jest żywcem wyjęty z dyskusji, którą miałem nieprzyjemność obserwować niedawno. Brali w niej udział normalni, zwykli, sympatyczni ludzie, z jakimi chętnie spotykamy się wieczorem i których nie podejrzewalibyśmy o tak radykalne poglądy. A jednak. Po raz kolejny zadziałał stary mechanizm, znany nam choćby z lat II wojny światowej. Po jej zakończeniu dziwiono się, jak to się stało, że tak wielu porządnych ludzi robiło i przyzwalało na okrucieństwa w nieznanej wcześniej skali. Sednem było odczłowieczenie. Ci ludzie nie skrzywdziliby nikogo, kogo uważali za równego sobie, człowieka takiego jak oni sami. Ale kategoria "człowieka" nie obejmowała bowiem wszystkich homo sapiens, pozostawiając za nawiasem wszystkich pod- i nieludzi. A to już uchylało bramę prowadzącą do przemocy i bestialstwa.

Nie ma prostego rozwiązania problemu bezdomności, alkoholizmu, strukturalnej biedy i dziedziczonej bezradności. Lekarstwem na to nie są kontenery, ani kolejne cięcia w polityce socjalnej, nie jest nim też segregacja i oddzielanie „problemowych” obywateli od reszty „zdrowego” społeczeństwa. Rewitalizacja rozumiana nie jako remonty, ale jako wieloletnia praca u podstaw z lokalną społecznością, mądra polityka edukacyjna i socjalna, inkluzywność i tworzenie szans na poprawę swojej sytuacji – to wszystko narzędzia doskonale znane i od wielu lat z sukcesami wykorzystywane na szeroko pojętym Zachodzie ale nie tylko. Najwyższy czas odejść od leczenia objawowego, często przyjmującego formę zwyczajnego pudrowania rzeczywistości, a zająć się wreszcie przyczynami.


poniedziałek, 05 sierpnia 2013
Pamięć o Polmerino

Grzebanie na półkach antykwariatów jest dla mnie zajęciem dość nudnym. Znam zawartość każdej z nich jeśli tylko dotyczy ona Łodzi i znajdujące się na niej książki dzielę zazwyczaj na te, które już mam i na te, które mnie z jakiegoś powodu nie interesują. Jest też niewielka sekcja książek, na które mnie po prostu nie stać i tych, które chciałbym mieć, ale się ich boję (tu kłania się przede wszystkim Kronika Getta). Mimo to nadal grzebię - choćby po to, żeby raz na jakiś czas dać się zaskoczyć i wygrzebać coś, co bardzo chcę mieć, a o istnieniu czego dotychczas nie miałem pojęcia. Np o takim czymś:

Wydana w 1979 własnymi środkami zakładu Monografia... jest tak naprawdę liczącym nieco ponad 150 zapisanych obustronnie stron maszynopisem. Maszynopisem niesamowicie ciekawym, bo opisującym zakład który jest praktycznie nieznany. Leżący na uboczu, w cieniu gigantów takich jak szajblerowski Księży Młyn czy odpowiadające mu imperia Poznańskich, Geyerów czy Biedermannów. Zakład o tyle ciekawy, że będący przykładem obecności kapitału francuskiego w Łodzi i łamiący stereotyp Łodzi bawełnianej - bowiem tu zaczynano od wełny.

Fabryka ta podobnie jak inne wielkie łódzkie zakłady stworzyła swój własny zamknięty świat. Położony na uboczu, wzdłuż ul. Wróblewskiego, na tyłach obecnej Politechniki Łódzkiej. Świat, który tworzyło niemal cztery tysiące zatrudnionych w nim osób, ich rodziny oraz ci, którzy żyli z obsługiwania tychże - sklepikarze czy drobni rzemieślnicy. Świat wypełniony po brzegi historią żyjących w nim ludzi - od swego powstania poprzez strajki i wystąpienia w trakcie rewolucji 1905 roku, poprzez wielką wojnę, okres niepodległości i drugą, jeszcze bardziej tragiczną, podczas której produkcja w halach niemal zamarła, a wypełniła je swoją własną niemiecka BMW. No i oczywiście okres powojennej odbudowy i modernizacji, zakończony raptownie i brutalnie cezurą początku lat 90tych.

Dzisiaj nie ma już ani fabryki, ani otaczającego ją świata. Tam, gdzie stały fabryczne budynki, nie ma nic. Jest tylko pustynniejąca pustka z samotnie sterczącym ostańcem wieży. Nie ma fabryki, a po otaczającym ją świecie pozostała wymierająca dzielnica nędzy, kolejny łódzki zaklęty rewir wypełniony sypiącymi się kamienicami, z którego ucieka każdy, kto może i do którego zsyłani są ci, dla których nie starcza już miejsca w lepszych okolicach. Jeśli porównać fabrykę do gwiazdy wokół której orbitują dziesiątki światów, to teraz okolica ta jest jak czarna dziura okolona resztkami tego, co przetrwało zawieruchę wybuchu i ostatecznego kolapsu. Dość zresztą porównać dwa zdjęcia, z roku 1994 i 2007:

Nie ma już Polmerino. Nie ma zakładów Allarta i Rousseau. Zostały nieliczne zdjęcia, zetlałe wspomnienia i historie mówione dawnych mieszkańców tego małego świata. Zostały też nieliczne dokumenty takie jak ta monografia, pisana w momencie największego rozkwitu zakładu, a będąca tak naprawdę jego łabędzim śpiewem i samotną butelką wyrzuconą w przestrzeń, która dotarła do przypadkowego adresata 35 lat później. Jedyne, co mogę zrobić to otworzyć ją i podzielić się jej zawartością z innymi, przekazując tę pamięć dalej.

sobota, 15 czerwca 2013
Freedom? I don't give a fuck

Czerwcowa popołudniowa Warszawa. Leniwa, niezbyt ruchoma. Środkiem ulicy idzie parada, w jej środku jadą ciężarówki z platformami. Na każdej z nich trochę ludzi podrygujących w takt głośnej muzyki, ale wyraźnie zmęczonych ostrym słońcem. Pomiędzy ciężarówkami ludzie, niektórzy tańczą, większość jednak powoli idzie wtapiając się w gorący asfalt. Za szpalerem policjantów grupka mężczyzn w sztafażu narodowo-katolickim, jakaś zmęczona kobieta z transparentem na którym chciała zmieścić całą swoją krzywdę i niezgodę. Stoją, tak samo jak ci idący zmęczeni słońcem.

Odbijam w bok, uciekając w stronę dworca Śródmieście. Idę tą samą drogą co zwykle, od patelni w stronę dworca Centralnego, w zupełnie innej scenerii. Jakiś chłopak gra na perkusji postawionej przy ławce, obok jego kolega stroi gitarę. Obok nich stoi dziewczyna w czarnej sukience, chroniąca się przed słońcem pod czarną koronkową parasolką. Sprzedawca lodów przez megafon nawołuje do kupowania jego towarów dla ochłody. Gdzieś w tle huczy parada, leci Freedom George'a Michaela, odlegle i daleko. Nikt nie zwraca na to uwagi

[Tu miało być zdjęcie, którego nie chciało mi się zrobić]

W podziemiach Centralnego błąkam się czekając pół godziny na pociąg powrotny do Łodzi. Odbijam się od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska, szukając czegokolwiek, co przyciągnie moją uwagę. W końcu w morzu generycznego niczego dostaję prosto w twarz pop martyrologią w najlepszym krwawiącym polskością gatunku.

Uciekam w stronę Coffee Heaven, sterylnej i bezpiecznie nijakiej przystani dla ludzi znikąd takich jak ja. Na ścianie obok ktoś powiesił mapę, na której można sobie porównać, jak zmieniło się centrum Warszawy w wyniku II wojny światowej i powstania warszawskiego. Przystaję i przyglądam się, jedyny w obojętnym tłumie. Po chwili idę dalej, z myślą, że nie mogę ulec narracji narzuconej nostalgii za czymś, co było i czego nie ma, dominującej w kraju, w którym coś musi zostać zniszczone w możliwie spektakularny sposób, aby mogło zostać docenione.

Rozglądam się i oddycham głębiej. Odrywam się od tych myśli i zanurzam się w płynące dookoła mnie życie. Naprawdę lubię dworzec Centralny.

sobota, 08 czerwca 2013
A więc wojna

Zakończył się zjazd narodowców w Warszawie. Na tapecie to, co zwykle plus podtrzymanie tego, co 11 listopada. Prężenie muskułów, militarystyczna retoryka, górnolotne frazy i przemieszanie pojęć ze świata nacjonalizmu z tymi prosocjalnymi.

Mamy się bać. Mamy czuć niepewność, po to to było. Mamy się obawiać armii, która po nas przyjdzie. Czy będą nas wieszać czy tylko podpalą nam drzwi? Raczej to drugie. 

Nie, nie powinniśmy się bać. Powinniśmy jednak wyczulić uwagę i obserwować. Nie jest bowiem groźne to, co na wierzchu, te narodowe bajki z flagą biało-czerwoną w tle. Groźne jest to, że ruch narodowy jest obecnie jedyną siłą polityczną, która mówi jasno i wyraźnie do wykluczonych - jesteśmy z wami, jesteśmy dla was, chodźcie z nami. I ta siła zbiera chłopaków ze śródmiejskich bram i osiedlowych klatek schodowych, wściekłych i sfrustrowanych tym, że nie ma dla nich miejsca we własnym kraju. Ta siła daje im jasne recepty, jasno zdefiniowanego wroga, którego można obwinić za swoje niepowodzenia.

Nie boję się rewolucji, nie przewiduję przewrotu czy zamachu stanu. Nie mają jeszcze takiej siły. Ale wiem, że będą się powtarzać pobicia, podpalenia i być może pojawią się pierwsze ofiary w ludziach. Musimy nawzajem się sobie przyglądać i bronić, także tych, którzy są słabsi i bardziej wystawieni na cel. Musimy jasno stawać po stronie najsłabszych i bezbronnych - imigrantów, bezdomnych, mniejszości seksualnych. Musimy mówić jasno, że jesteśmy z nimi, że nie są sami, zdani na pastwę napadów dokonywanych zawsze przez "nieznanych sprawców".

Nie dam się zastraszyć. To mój kraj i moje miasto, którego ulicami maszerowałem pod flagami biało-czerwoną i tęczową. To tu mieszkają wszyscy, których kocham i którzy są mi bliscy. Dla nich zamierzam być i działać i walczyć ile tylko będzie trzeba. Nie boję się was.

środa, 22 maja 2013
O pomniku


Nie przepadam za pomnikami. Stoją tu i ówdzie, lepsze i gorsze, ładniejsze i mniej ładne, artystycznie udane bądź nie. Wszystkie jednak mają jedną cechę - są statyczne i nieruchome, zastygłe i martwe.

Pomnik nie ma woli. Jest tylko bladym odbiciem tego, kim była przedstawiona przezeń osoba. Częściej jeszcze nie jest nawet tym - jest tylko odbiciem wyobrażenia swego twórcy o osobie, którą przedstawia. 

Pomnik jest bezwolny i martwy, więc można wypełnić go dowolną treścią. Można nadać mu ton tryumfalny, można za jego pomocą wyrazić własne kompleksy, można też uczynić z niego ciekawostkę czy wręcz kuriozum. Osoba za jego pomocą przedstawiona nie ma tu nic do gadania. Czasem tylko jej rodzina zaprotestuje, ale kto by się tam tym przejmował.

Więc pomnik stoi, czasem siedzi, czasem leży. Obok przechodzą ludzie i robią z nim co tylko chcą. Jeśli dziś poniedziałek, to pomnik staje się atrakcją dla wycieczki, jeśli wtorek, to popiera demonstrację, jeśli środa, to przyjmuje kwiaty na swoją cześć, jeśli czwartek to popiera demonstrację, ale całkiem inną, a jeśli piątek, to kibicuje piłkarskiej drużynie, bo ktoś mu nałożył szalik, którego żadną miarą nie może sam zdjąć.

Pomnik nie może nic. Jest symbolem, punktem odniesienia, ale tak samo bezwolnym i martwym jak góra czy budynek. Nie ma swojego głosu, bo mieć go nie może - no chyba że ktoś litościwie wyrył mu cytat z pierwowzoru. Ale jak zmieścić całego człowieka w czterech linijkach?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8