poniedziałek, 20 czerwca 2011
Open'er nie istnieje

Dzisiejsza poranna Jola Pieńkowska wraz z drugą panią od plotek, której nazwiska nie pamiętam, uprzejmie doniosła, że:

- Orange Warsaw Festival to pierwszy prawdziwy muzyczny festiwal w Polsce
- a nawet jeśli nie do końca, to jedyny w centrum dużego miasta (zakładając że Łazienkowska to centrum Warszawy)
- że stadion Legii to miejsce na światowym poziomie, więc wszystkie koncerty w Polsce będą się odbywać już tylko tam

Drogi Open'erze, drogie Trójmiasto, nie istniejecie. Drogie hale widowiskowe w Łodzi, Trójmieście, drogi Spodku - wy też nie. Przynajmniej w świecie tworzonym na użytek gospodyń domowych, które nigdy nie skorzystają z waszych usług. 

wtorek, 26 kwietnia 2011
Obcy w swoim kraju

Święta wiążą się dla mnie z wieloma mniej lub bardziej przyjemnymi koniecznościami, wśród których pojawia się również zwiększona dawka polskiej telewizji, w tym często publicznej. Tym razem nie było inaczej - ileśdziesiąt godzin z telewizorem w tle pozwoliło mi spojrzeć na to, czego starałem się nie widzieć/starałem się wyprzeć, ale o czym doskonale wiedziałem od dobrych kilku lat. Że święta kościelne alienują - podniesione do rangi świąt państwowych i oficjalnie obchodzone również przez państwową telewizję stają się doskonałą okazją do ugruntowania jedynie słusznego światopoglądu moralno-etnicznego (wprost - polskokatolickiego), wystawiając poza nawias wspólnoty wszystkich tych, którzy się w określeniu Polak-katolik nie mieszczą.

Obrazek pierwszy, sobotni (sklejka z piątku): pani w wieku około 25 lat opowiada o tym, jak spędza święta. Całość flankuje tekstem "Tak mnie wychowano i ja tę tradycję przekażę dalej. Ludzie, którzy nie byli tak wychowani nie czują tego i są tego pozbawieni, nie mogą tego przeżywać jak ja". Przekaz jest prosty - jestem badziej wartościowa, bo mnie wychowano tak a siak, inni są ode mnie gorsi, bo wychowani inaczej. Pani oczywiście ma prawo tak uważać, ale zostawienie tego w ten sposób bez słowa komentarza w publicznej telewizji uważam za duży błąd warsztatowy.

Obrazek drugi, niedzielny. Znana wokalistka zespołu rockowego opowiada o tym, jak spędza święta będąc ateistką i że robi to bez konfliktów z katolikami. Temat schodzi na moralność ateistów, pani prowadząca uprzejmie się dziwi, że ateista potrafi zachować moralny pion bez straszaka w postaci ogni piekielnych. Znana wokalistka odpowiada, że owszem, potrafi, co pani prowadząca puentuje, że i katolicy i ateiści opierają się na tym samym dekalogu, wokalistka niechętnie się zgadza. Przekaz w tym wypadku brzmi - jak nie ma karzącego bicza, to prędzej czy później zaczniesz zabijać małe dzieci (doczytać na Frondzie czy w innych miejscach katolickiego internetu, że Oświecenie równa się holocaust i zbrodnie stalinizmu), a tak generalnie to panuje konsensus wśród katolików i ateistów, że  dekalog (czyli prawo dane od Boga) to jest ostateczna instancja moralna.

Obrazek trzeci, poniedziałkowy. Sklejka przedstawiająca sposób obchodzenia świąt wielkanocnych przez prawosławnych. Materiał taki sobie, ale fajnie, że w ogóle jest - do momentu, kiedy pod sam koniec pojawia się komentarz pani reporter w stylu "cośtam cośtam obchodzi się wśród prawosłąwnych inaczej niż u nas", sflankowany wypowiedzią pani z Ukrainy mówiącej w swoim języku o zwyczajach prawosławnych. Niby nic, ale w jednej minucie udało się zmieścić redaktorom TVP Info dwa przekłamania. Pierwsze - to zwrot "u nas", implikujący, że "my" to z automatu katolicy. Zgodnie z prawami logiki niekatolicy to "nie my", a więc "oni". Drugie - to wstawienie nikomu nic nie winnej pani z Ukrainy - tak jakby zabrakło 600 tys. polskojęzycznych prawosławnych, którzy mogliby poopowiadać o swoich obrzędach. Nie podejrzewam tu celowej roboty, raczej pewien schemat myślowy - my=katolicy=Polacy, więc oni=niekatolicy (tutaj - prawosławni)=niepolacy, więc nic dziwnego, że zapytam i wkleję niemówiącą po polsku Ukrainkę. I automatyczne utrwalenie w świadomości przeciętnego widza, że prawosławny=ruski=obcy.

Wszystko to są drobnostki i zapewne większość osób przyzwyczajona do panującej w Polsce narracji wzruszy ramionami. Ot, kilka sklejek z telewizji, kogo to w ogóle obchodzi? Poza tym co w tym groźnego czy złego? Wszak w Polsce 95% osób to katolicy, więc urażone w najlepszym razie będzie maksymalnie 5%, zresztą o co tu się w ogóle urażać? O to, że ktoś coś powiedział w telewizji? No bez przesady, są święta. I tak dalej i tak dalej.

Problemem jest panujące w Polsce przeświadczenie, że wszyscy jesteśmy tacy sami - wszyscy jesteśmy Polakami, wszyscy jesteśmy katolikami, wszyscy jesteśmy heteroseksualni i wszyscy jesteśmy zdrowi. Myśl, że ktoś jest inny co prawda pojawia się od czasu do czasu, ale jest to ten sam dyżurny zestaw kuriozów z gabinetu osobliwości, które pokazuje się tu i tam, szturchając kijkiem i słuchając z przyjaznym niedowierzaniem rzeczy, jakie wygadują. W ramach tego przekonania bez mrugnięcia okiem przepuszcza się w publicznych mediach treści, które z neutralnością światopoglądową mają tyle wspólnego, co ja z Przewodasem i nie spotyka się to z żadną reakcją organów nadzorujących te media. Nawet się tego problemu nie zauważa. Tymczasem problem jest, istnieje i jego skala jest przerażająca, bo druga strona medalu wygląda tak:

- 64% dorosłych Polaków nie akceptuje publicznych wystąpień gejów i lesbijek
- 64% dorosłych Polaków uważa, że pary homoseksualne nie powinny mieć prawa do publicznego pokazywania swojego stylu życia
- 44% dorosłych Polaków uważa, że istnieją zawody, których nie powinni wykonywać geje (36% wskazań dla lesbijek, ale już 76% i 82% odpowiednio dla pracy z dziećmi i młodzieżą)
- 37% dorosłych Polaków zabroniłoby uprawiania seksu osobom homoseksualnym
- 23% dorosłych Polaków uważa, że nie wolno tolerować homoseksualizmu

(źródło)

A teraz mały eksperyment myślowy - jak wyglądałyby odpowiedzi, gdyby zamiast homoseksualistów podstawić dowolnych innych "onych", dajmy na to Żydów? Albo niepełnosprawnych? Czy odpowiedzi bardzo odbiegłyby od tego, co powyzej? Nie sądzę.

niedziela, 06 marca 2011
Joanna na koniu i inne bzdurki

Jeździectwo to piękny sport. To połączenie człowieka i konia, rozumu i siły, rozsądku i piękna... Not. W jeździectwie nie widzę niczego pięknego, za to widzę dużo z męczenia zwierząt (róznego rodzaju skoki przez przeszkody, bicie etc), ale ja nie o tym. Dzisiejszy odcinek zasponsorują: Joanna Kluzik-Rostkowska, moja ulubiona stacja oraz mój ulubiony program nadawany przez nią. Enjoy.

Jak to zwykle bywa, obudziły mnie dzisiejszego poranka słodkie dźwięki ćwierkającej Kingi Rusin i sekundującego jej w ćwierkaniu Bartosza Węglarczyka, którzy unosili się nad tym, jak wspaniały jest najnowszy tvnowski muzyczny show i że każdy na niego czeka. Zachwyt nad nowym programem co jakiś czas przerywany był wejściem - a to pogoda, a to rozszczebiotana pani reporter, a to serwis (Małysz + nowy show, kto by dawał faka o jakąś Libię), a to pogoda (srsly, w Polsce jest jakiś kult prognozy pogody, muszę o tym napisać notkę), a to rozszczebiotana pani reporter - da capo al fine (tutaj autor popisuje się znajomością języka obcego i oczytaniem w polskiej poezji dwudziestolecia międzywojennego i okresu przyległego).

Jak to w telewizji śniadaniowej, wszystko było entuzjastyczne - entuzjastyczna była zupa, entuzjastyczny był tancerz wyjeżdżający do Niemiec, ale najbardziej entuzjastyczna była pani reporter, odpytująca na okoliczność Znaną Panią Polityk Która Lubi Jeździć Konno. Stąd też co drugie wejście mieliśmy ujęcie na warszawski park, w którym to Joanna Kluzik-Rostkowska opowiadała o sobie, jeździectwie, Jarosławie Kaczyńskim, jeździectwie, tym, że Jarosław Kaczyński się nie zna na jeździectwie (hahaha, ludzie nieznający się na jeździectwie są śmieszni i za niscy) i tak dalej. Nie żeby tego samego dnia ulicami Warszawy przechodziła jakaś Manifa i nie żeby za kilka miesięcy były wybory - ot, taka sobie reklama polityka na koniu, pokazująca, że wąsizm mojej ulubionej stacji znalazł sobie polityczną afiliację.

Tak pozytywnie i energetycznie nastawiony do świata zasiadłęm do internetu, gdzie niezawodna ^Szpro zalinkowała coś, co po raz kolejny postawiło mnie na wprost ściany niezrozumienia. Znów czytam i nie rozumiem, znów mam poczucie obcowania kosmity z planety Zorg z obyczajami nieznanego plemienia. Przed Wami Dzień Ofiar Feminizmu. Przeczytajcie i zadumajcie się, bo jest nad czym.

 

czwartek, 10 lutego 2011
Ekomama Reni Jusis

Jednym z przywilejów mojego i szanownej Współzamieszkałej trybu pracy jest to, że żadne z nas nie wybywa do korpopracy na 8-9 rano. Jest to niezwykle wygodne i miłe, ale wiąże się też z pewnymi niedogodnościami. Jedną z nich jest oglądana tuż po przebudzeniu telewizja śniadaniowa. Tu disclaimer - ja jej do szczęścia nie potrzebuję, ale szanowna Współzamieszkała lepiej przyswaja płatki z mlekiem albo poranną kanapkę, gdy coś gra i mryga w tle. Stąd też najczęstszym gościem o poranku w naszym domu jest Dzień Dobry TVN na zmianę z Pytaniem na śniadanie w Dwójce.

Ponieważ swój niezwykle ciepły stosunek do stacji Walterów wyraziłem w poprzedniej notce, to wystarczy powiedzieć, że staram się to albo przespać, albo zignorować. Ale czasem nie można, no po prostu nie można. Najczęściej dzieje się to wtedy, gdy na ekranie zagości eks piosenkarka, a dziś ekomama Reni Jusis. Różne bzdury na tematy okołodzieckowe demaskował na swoim blogasku Bart i nie zamierzam do tego wracać, dzisiaj skupimy się na nędznym wycinku rzeczywistości, jakim jest dziecięcy pokój.

Tutaj znów zastrzeżenie - nie jestem chemikiem, a mój kontakt z chemią urwał się na poziomie liceum ogólnokształcącego jeszcze w zeszłym tysiącleciu. Tym niemniej do dziś pamiętam, że cały znany nam świat zbudowany jest z różnorakich substancji chemicznych - mniej lub bardziej złożonych i że podział na zdrowe/naturalne i niezdrowe/chemiczne jest pustosłowiem i bzdurą. Substancje chemiczne mogą być szkodliwe bądź nie, mniej lub bardziej, ale kwestia sposobu ich wytworzenia jest całkowicie do tego ortogonalna.

I tu wracamy do dzisiejszego porannego programu telewizji śniadaniowej. Ekomama Reni Jusis (obecnie chyba na etacie w TVN, bo pojawia się kilka razy w tygodniu) postanowiła podzielić się swoimi przemyśleniami na temat remontowania pokoju w celu przeznaczenia go dla mającego się narodzić dziecka. Po pierwsze więc - niech ręka boska broni malować, ściany należy umyć, najlepiej sodą. Soda jest naturalna i nie jest chemiczna (tutaj koleżanka ^anozognozja zasugerowała, że naturalna soda zapewne rośnie na drzewach). Ale jeżeli już musimy pomalować, to malujmy specjalną ekofarbą (ekomama miała przypadkiem kilka puszek ze sobą), która nie zawiera substancji chemicznych. W tym momencie coś we mnie pękło, bo uświadomiłem sobie, że ta mała puszeczka najpewniej jest pierwszym namacalnym dowodem na istnienie antymaterii, wystarczy otworzyć i pomalować nią ściany. Bonusem było wyznanie, że ekofarbę było czuć tylko 3 dni, a farbę tradycyjną ekomama wyczuwała nawet po 3 tygodniach. Być może ja używam innych farb, albo mam stępiony węch, ale nie przypominam sobie, żeby po jakimkolwiek malowaniu połączonym z wietrzeniem zapach farby utrzymywał się tak długo. No ale ja nie jestem ekomamą. O samym składzie ekofarby wypowiadał się nie będę, bo raz, że się na tym nie znam, a dwa, że nie pamiętam nazwy, bo zafascynowała mnie idea antymaterii w puszce.

Kiedy już opuściliśmy ściany, okazało się, że największy wróg czyha na podłodze i jest nim wykładzina. Wykładzina bowiem wykonana jest z substancji chemicznych (o'rly?) i jest pokryta antybakteryjną substancją również chemiczną. A więc zgroza.

Skoro wyrzuciliśmy już wykładzinę (a ja już się zbliżałem do przyspieszonego wyjścia z domu), czas zająć się wózkiem. Nowokupiony wózek jest oczywiście pokryty przeparatami chemicznymi, więc należy go przez kilka tygodni wietrzyć, podobnie jak nowokupione ciuszki. (pranie jest, drodzy rodzice, nieekologiczne, ale o tym przy innej okazji). Gdy mijałem drzwi, dobiegło mnie jeszcze stwierdzenie, że nowe meble są niezdrowe, bo są pokryte (niespodzianka) substancjami chemicznymi, więc bezpieczniej i zdrowiej jest kupić meble z drugiej ręki. Reszty nie słyszałem, bo wyszedłem z domu nie całując ni żony ni dziatek (ani nawet psa), za to z uśmiechem na jaszczurzym pysku wizualizując sobie sprzedaż ekomamie przechodzonych mebli leciutko tylko świecących po tym, jak mi się kiedyś na nie wylało trochę radioaktywnej substancji (naturalnej, nie chemicznej).

A teraz zupełnie na poważnie - chciałbym spotkać osobę odpowiedzialną za wpuszczanie wspomnianej ekomamy na antenę ogólnopolskiej telewizji, gdzie pozwala jej się w zupełnie nieskrępowany sposób wypowiadać bzdury. Czasem nieszkodliwe, ale częsciej jednak szkodliwe (polecam tfurczość w zakresie szczepionek przykładowo), co w efekcie doprowadza do sytuacji takich jak ta. Chciałbym spotkać tą osobę i powiedzieć jej, że żywię do niej uczucia jeszcze serdeczniejsze niż do scenarzystów Majki.

Ps - jak ktoś ma ochotę na mindfuck, to zapraszam na materiał audiowizualny z Reni Jusis z roli głównej w temacie eko-pieluszek wielorazowych, które nie zawierają chemii. Enjoy.

niedziela, 06 lutego 2011
Chuje z TVN-u

Galopujący Major dość dokładnie opisał w swojej notce, czemu serdecznie nienawidzi tvn-u, swoje dorzucił też mrw. Ja z kolei przypomniałem sobie po raz kolejny, czemu skręca mnie na samo hasło "serial produkcji TVN". Mam nawet o tym notkę, napisaną jeszcze przed powstaniem tego blogaska i zamieszczoną na fejsbuku. O tu.

Ale że nie każdy na fesiu jest i nie lubię, żeby kontent ginął, to zacytuję, co wtedy napisałem. Szło to mniej więcej tak:

Z okazji poniedziałkowego poranka udało mi się obejrzeć odcinek serialu Majka na tvn i sama końcówka odcinka podniosła mi ciśnienie tak skutecznie, że mam ochotę zabijać.

Otóż jedna z bohaterek starająca się od dłuższego czasu o dziecko w przeszłości, jak się okazało w tym odcinku, usunęła ciążę. Oczywiście ubrana na czarno mamusia przyszła do niej i powiedziała "Szwecja to jest taki piękny kraj, gdzie można zrobić aborcję na życzenie i nikt o nic nie pyta". Oczywiście w domyśle było "ty dziwko, masz za swoje, teraz nie możesz mieć dziecka dlatego!", co zresztą za chwilę nieco uprzejmiej mamusia rzeczywiście powiedziała.

Usłyszał to również jej mąż, który od początku kręci z tytułową Majką, a teraz dostał moralne prawo (tm) do opuszczenia żony i poślubienia za 200 odcinków rzeczonej Majki, co to ciąży nie usunęła, bo to od Boga dane jest.

Chuje.

I to jest istota TVN-owskiego wąsizmu - samica jest od prokreacji, a jeśli tej prokreacji nie chce/nie może, to samicę należy wymienić, bo prawem samca jest posiadanie dzieci kiedy samiec tego chce. Dopełnieniem obrzydliwości jest dodatkowa stygmatyzacja kobiet, które aborcję przeprowadziły - w postaci serialowej Oli (tej, która dokonała aborcji) zebrano wszystkie wyimaginowane grzeszki tzw. wyzwolonej kobiety. Jest więc ona podstępną, kłamliwą i głupią intrygantką, niezdolną do samodzielnego bytowania (zresztą żadna kobieta nie jest, wszystkie potrzebują do tego samca przewodnika), a na koniec ląduje w więzieniu. Bo sobie zasłużyła, taka jej mać. I to jest ukryta groźba w stosunku do kobiet - patrzcie, jeśli kiedyś zdecydujecie się na zabieg morderstwo to spotka was kara sroga i niechybna i sam Pambuk dopomoże i palec swój dołoży. A rodzina was znienawidzi, bo sobie na to zasłużyłyście suki jedne. I nie ważcie się nigdy-przenigdy stawiać kariery na pierwszym miejscu przed samcem i prokrecją, bo to pierwszy stopień do piekła jest, drugim jest aborcja a potem to już same wiecie. I niech was nie zwiodą przypadkiem wyzwolone laski z klubu szalonych dziewic - jak przychodzi co do czego, to wszystko ma być po bożemu, a grzesznice albo składają samokrytykę, albo płoną, a na koniec i tak dowiemy się, że nawet tak zbolandyzowany format jest zbyt odważny dla polskiego widza.