sobota, 25 stycznia 2014
Sherlockowie i Watsonowie tego świata

Rzadko oglądam seriale. Mam kilka ulubionych, w których świat wsiąkam całkowicie, ale omijam wszystkie te, które pozostawiają mnie obojętnym. Większości seriali zwyczajnie nie znam i nie czuję potrzeby znać. Więc nic dziwnego, że niektóre z nich odkrywam dla siebie zdecydowanie po czasie.

Lubię historie o Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie. Czytałem je jeszcze będąc dzieckiem, ze starych kieszonkowych wydań z kluczykiem. Kryły się w szafce w biblioteczce mojej babci, kupowane przez nią, albo przez jej siostrę. To wtedy (z szokiem) dowiedziałem się, że Sherlock był kokainistą i to wtedy dowiedziałem się, że potrafi się doskonale bić. Dlatego też żadne z zachowań filmowego Sherlocka w wydaniu Roberta Downeya Jra i Guya Ritchiego mnie nie zadziwiło, dając przyjemne poczucie bycia tym, który po prostu wiedział już wcześniej, nie sugerując się posągowym powściągliwym Sherlockiem obiegowo znanym z telewizji.

Film Ritchiego, szczególnie ten pierwszy, zostawił mnie zachwyconym. Uwielbiałem jego tempo, jego klimat, to, że przedstawiony Londyn naprawdę śmierdział i niemal czuło się to podczas seansu. Przyjąłem konwencję i dałem się kupić, choć już w drugiej części niektóre elementy slapsticku zaczęły mi przeszkadzać (Sherlock na kucyku - nieświadomie powtórzony przez Jacksona w scenie w której Bilbo Baggins musi również dosiąść to zwierzę). Mimo to obydwa filmy oglądam z ogromną przyjemnością i często do nich wracam, od czasu do czasu płacząc nad tym, że wątek Irene Adler urwał się tak wcześnie i tak bez sensu. A to przecież Kobieta, TA Kobieta.

Wiedziałem też, że jest serial. Bardzo dobry, jeśli wierzyć opiniom, z Benedictem Cumberbatchem i Martinem Freemanem. Traf (i moja wola) chciał, że najpierw z obydwoma zetknąłem się za pomocą dwóch części wspomnianego już wyżej Hobbita, co doprowadziło do tego, że przez pierwsze dwa-trzy odcinki oglądałem raczej przygody hobbita i smoka, a nie Sherlocka i Watsona.

Mimo to wsiąkłem. Serial kupił mnie doskonale zbudowaną psychologią postaci i tym, jak została pokazana. Sherlock nie jest enigmą, nie jest też postrzelonym szaleńcem ani szarlatanem. Jest niezwykle niespokojnym umysłem, potrzebującym ciągłego dopływu informacji do przetwarzania, bez którego literalnie umiera. Nuda go zabija i dla jej uniknięcia zrobi wszystko. Jego myśli pędzą z prędkością trudną do dotrzymania kroku i to naraz w bardzo wielu kierunkach. Nie są jednorodne, jednowątkowe - wciąż przewijają się, mieszają ze sobą, zawsze coś się dzieje w tle. Jeśli ja mam lekkie ADHD, to Sherlock ma je rozwinięte do ekstremum. 

Watson z kolei jest stały. Jest kotwicą, punktem odniesienia, bez którego szalony i wciąż gdzieś pędzący Sherlock się gubi. Jego myśli płyną wolniej, ale za to konsekwentnie. W przeciwieństwie do Sherlocka potrafi odmówić sobie wiedzy, jeśli tylko uzna, że nie jest mu ona potrzebna, lub wręcz jest dla niego szkodliwa. Sherlock nie umie się oprzeć i nie rozumie, jak to możliwe, że czegoś można NIE wiedzieć i, co gorsza, NIE CHCIEĆ wiedzieć.

Sherlock lubi błyszczeć, czasem całej elektrowni Battersea w czasach jej świetności by nie wystarczyło, aby uzyskać odpowiednio bijący w oczy blask. Ale bez Watsona ten blask wyradza się, pożądany skutek wymyka się, zostawiając jedynie pusty popis. To Watson jest drogowskazem i znakiem, przypominającym uparcie o tym, co ważne i dobre, nakładając socjopatycznej potrzebie poklasku lejce empatii i troski o los innych.

Sherlock powinien być bezwzględnie pokazywany każdemu, komu przyszło żyć w pobliżu osoby na granicy ADHD i daleko poza nią. Powinien być także pokazywany tym osobom, bo największą wartością, jaką można z niego wynieść, jest wzajemne zrozumienie i szacunek dla postawy tak innej, niemal przeciwstawnej. Każdy Sherlock potrzebuje swojego Watsona, a każdy Watson może się poczuć przy Sherlocku kimś zupełnie wyjątkowym - o ile tylko znajdzie w sobie siłę i chęć na to, by wybrać się w daleką i zupełnie nieoczekiwaną podróż.

czwartek, 12 grudnia 2013
Coś przyjemnego

Jest coś niesamowicie przyjemnego w tym, że istnieje sobie taki zespół jak Psychocukier. W tym, że jego muzyków można spotkać za barem w Owocach i Warzywach i że można tam od nich kupić ich najnowszą płytę. Tak po prostu, bez żadnych empików czy media marktów. Trzy dychy, a w zamian kawał doskonałej, płynącej muzyki, opakowanej w specyficzną szatę graficzną uciekającą w luzacki nawias od wulgarności. W dodatku w kolorach i na papierze, które mi bardzo odpowiadają, a ja jestem na to czuły.

I mimo tego, że ten dzień spędziłem głównie w towarzystwie drugiego Taty, który jest płytą zdecydowanie zimową, to Diamenty przeniosły mnie do leniwych sierpniowych popołudni na leżakach przez Spalonymi Słońcem, gdzie zresztą zostały w części nagrane. Na setkę, tak po prostu, na fabrycznym łódzkim podwórku. Warto.

piątek, 01 listopada 2013
Sezon burz

Bardzo rzadko kupuję jakąś książkę przedpremierowo, jeszcze rzadziej na jakąś czekam. Ostatnią, jaką w ten sposób upolowałem, była ostatnia część cyklu o Harrym Potterze, którą kupiłem kilka dni przed oficjalną premierą spod lady w nieistniejącej już księgarni akademickiej na rogu Narutowicza i Armii Ludowej, a i to tylko dlatego, że akurat bylem w środku i podsłuchałem, że właśnie dowieźli i że w sumie to będą zaraz wnosić do środka.

Z nową częścią wiedźmińskiego cyklu było inaczej. Nie wiedziałem, że jest pisana, nie czekałem na nią, mając cały cykl za zamkniętą historię. Nowe powieści Sapkowskiego nie zachwycały, więc tym bardziej nie miałem powodu, żeby śledzić kolejne zapowiedzi płynące ze strony wydawnictwa. Kilka dni temu zostałem zaatakowany okładką - bardzo brzydką, jeśli mam być szczery, i plotkami mówiącymi, że to podpucha. Ale nie.

Do okładki załączony był fragment pierwszego rozdziału, przyjemnie podobny do wiedźmińskich opowiadań. Trochę mechanicznie wszedłem na allegro i okazało się, że już jest pełno ofert, mimo że premiera książki miała wypaść w pierwszym tygodniu listopada. Kup teraz, opcja wysyłki - paczkomat i gotowe. Termin odbioru przed 1 listopada.

Książkę odebrałem wczoraj i przeczytałem w jeden wieczór. Nie powiem, z przyjemnością. Sapkowski nie zapomniał, jak się pisze wiedźmina i co jakiś czas pojawiały się zwroty i dialogi wywołujące uśmiech, czasem nawet wybuch śmiechu. Owszem, zdarzały się też momenty srogo sztywne (rozmowa króla z czarodziejką o aborcji, ziewałem, mimo lekkiego twistu na końcu), na szczęście było ich niewiele. Znacznie więcej było takich, które albo się z czymś kojarzyły wcześniej, albo udanie wypełniały białe plamy w biografii Geralta i jego towarzyszy. 

Starzy czytelnicy co jakiś czas odnajdą ukłony w swoją stronę. Postacie, miejsca, wzmianki, tak w treści, jak i w cytatach otwierających każdy rozdział. Nowym czytelnikom nie sprawi to jednak żadnego problemu i żadna tajemnica nie zostanie im zdradzona. Na ich miejscu omijałbym tylko ostatni rozdział z udziałem młodej adeptki Nimue - jest w nim ślad tego, co działo się w ostatnim tomie cyklu.

Sezon burz czyta się łatwo i płynnie. Mam wrażenie, że Sapkowski wyciągnął wnioski z ostatnich dwóch powieści o wiedźminie i z trylogii husyckiej, panując tym razem nad dygresjami i dodawaniem coraz to nowych wątków i informacji. Innych niż wiedźmiński punktów widzenia mamy tym razem niewiele i mają one funkcję podporządkowaną głównemu wątkowi akcji. Wyjątkiem są tu POVy Nimue, ale jest ich niewiele.

Nowa książka o wiedźminie jest zaskakująco dobra. Płynnie wprowadza nas w treść pierwszego z wiedźmińskich opowiadań i bardzo ładnie wpasowuje się kontinuum. Nie sili się na bycie jakąś nową jakością, jest po prostu doskonałym wypełniaczem. Nie oczekiwałem niczego więcej i dostałem dokładnie to, co chciałem. To były naprawdę przyjemne wieczorne godziny spędzone w towarzystwie moich ulubionych bohaterów. Nie mam nic przeciwko, żeby takich chwil było więcej.

piątek, 28 grudnia 2012
Oko smoka

A więc odbębniłem Hobbita. Przebrnąłem przez pół godziny reklam i słabującą dziś stronę multikina, aby wreszcie wbić się w kinowy fotel i siorbiąc pełnocukrową colę oddać się temu, co zobaczę na ekranie.

Pierwsze sceny, dopisane przed kanonicznym zdaniem o hobbicie żyjącym w norce, zachęciły. Miasto, góra, krasnoludy, wreszcie smok - tak, czarodziejka Yennefer miała rację, że to jedyny prawdziwy wróg ludzkości, zdolny niszczyć całe miasta ot tak. I właśnie dlatego smok musi zginąć, co nastąpi gdzieś w okolicy roku 2014. Ale ja nie o tym.

Kiedy wybrzmiały w końcu słowa rozpoczynające książkę, przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Tak, to było to i zostało to bardzo ładnie rozegrane. Niestety, im dalej wgłąb, tym dreszczyku mniej, a więcej zwykłego patrzenia w ekran, a od granic Shire wręcz ukradkowego ziewania. Tak, znowu idziemy do Gdzieś i tak, znowu podziwiamy krajobrazy, a czasem randomowych statystów usiłujących nam przeszkodzić w Dojściu Do. Były obowiązkowe trolle (półuśmiech) i orki (starali się, naprawdę, ale...) no i niestety był również Radagast, zdecydowanie zbyt dużo Radagasta. Tak, jego las na pewno był fascynujący i jego zwierzęta też, jak również króliczy zaprzęg, ale nie, sceny z nim domagały się radykalnego wycięcia. Jest jednak jasna strona jego obecności - przynajmniej dzięki niemu wiemy, jak hilarycznie wypadłby Tom Bombadil, gdyby nie dosięgnęły go w porę nożyczki cenzora.

Speaking of hilarity... Im bliżej gór, tym więcej hilarionów, z ich kulminacją na rodzinnej kolacji u Elronda. Widok przytupującego ze złości Sarumana, pojawiającej się i znikającej Galadrieli, która o mało co nie przytuliła i nie poklepała po plecach Gandalfa, który minutę wcześniej tłumaczył się jak pracownik przyłapany na zdefraudowaniu służbowej kawy, przełamany unoszącym brew Elrondem-który-umie-czytać-znaki-i-tajemne-kody - to wszystko to było zbyt wiele. Już poprzednia narada u Elronda była ciężkostrawna, ale przy tym, co zaserwowano nam teraz jawi się się nam całkowicie rzeczową i pełną filmowego polotu. A przecież chwilę wcześniej obejrzeliśmy podświetlany stół Elronda i usłyszeliśmy tyradę Sarumana o tym, że Radagast zajada zbyt wiele grzybków. Patriarcho Hilarionie, miej nas w opiece, bo przecież nie może być gorzej.

Skoro już wyszliśmy z gościnnych progów Ostatniego Przyjaznego Domu, przyszło nam przejść przez góry. Olbrzymy ciskające kamieniami były fajne, ale jako dodatkowa scena w wersji reżyserskiej. Orki (wiem, powinny być gobliny, ale ujednolicę się z filmowym kontinuum) w swoim królestwie wypadły bardzo dobrze - trochę śmiesznie, trochę strasznie. Podobnie ich król, który byłby jeszcze lepszy, gdyby na siłę nie wkładano mu w usta prawie dowcipnych onelinerów rodem z reklamy snickersa. Niestety, sama konfrontacja z orkami była już znowu przeciągnięta ponad miarę, a czyny niemożliwe sypały się na prawo i lewo tak gęsto, że mój hak do zawieszania niewiary co chwilę wypadał ze ściany. Wisienką na torcie było spychanie za pomocą długiego kija orków z pomostów - pomosty oczywiście nie miały poręczy, bo kto buduje poręcze, poręcze są dla frajerów. To zresztą dość typowe dla tego świata, bo poręczy nie uświadczy się ani w Rivendell (wąski mostek nad przepaścią, po którym elfi jeźdzcy z ułańską fantazją galopują w pełnym pędzie i to parami), ani w Morii, ani w Ereborze. 

Ale dajmy już spokój orkom i zajmijmy się, tak, kolejnymi orkami, tym razem na wilkach. Poprzednio rozstaliśmy się z nimi, gdy niezastąpiony Radagast na swoim króliczym zaprzęgu cwałował przez poprzetykaną kamieniami prerię, a teraz przyszło nam je spotkać na wystającej skalnej półce, zakończonej kilkoma drzewami. Byłoby całkiem przyzwoicie i nawet w miarę kanonicznie, gdyby nie zamknięcie sceny. Oto mamy Azoga, kreowanego na głównego złego i nemezis Thorina. Oto mamy krasnoludy wiszące jak bombki na ostatnim drzewie, które jest na samej krawędzi i się wprost w tę krawędź chwieje. Azog czeka, krasnale wiszą, trawa płonie (wyjątkowo suche lato było tego roku w Śródziemiu), aż tu nagle Thorin, wódz kransali wpada na Pomysł. Pomysł polegający na tym, że on, Thorin, sam jeden rzuci się Azogowi do gardła, bo ten obraził jego tatę. I oglądamy twarz Thorina. Potem Azoga. Potem znowu Thorina. I znowu Azoga. A ja się zaczynam zastanawiać, gdzie do cholery jest Shah Rukh Khan i kiedy obaj zaczną tańczyć i śpiewać.  

Potem na szczęście akcja rusza do przodu - Thorin zbiera bęcki, krasnoludy chwilowo przestają spadać, drzewo chwilowo przestaje się przewracać, hobbit wykonuje SKOK i ratuje Thorinowi życie, wróć, co ja napisałem, a tak, to prawda, to tylko mój hak do wieszania niewiary znowu wypadł ze ściany i boleśnie uderzył mnie w głowę, ale już mi lepiej. A tu jeszcze orły, bawiące się krasnalami w coś, co przypominało quidditcha i już prawie prawie koniec.

Więc oto lądujemy na szczycie samotnej skały, Gandalf ożywia Thorina, który patrzy spode łba na Bilba i mu wygarnia wszystkie złe rzeczy, jakie o nim powiedział, a następnie żałuje i chłopcy robią misiaczka na zgodę, niestety bez buziaka z języczkiem i bez kucyponków srających tęczą. A potem wszyscy zgodnie patrzymy na Wschód (gdzie jak wiemy jest cywilizacja) i zamiast się martwić taką drobnostką, jak zejście z tego cholernego ostańca, na którego szczycie zostawiły nas orły, łzawimy na widok Ereboru. End, oklaski.

Ale wróć, przecież jeszcze Gollum, gdzie był Gollum? Otóż był. I tak, to była chyba najlepsza część filmu, a przynajmniej taka, w której dało się poczuć ten sam dreszczyk, który czułem na początku. Tylko w tym jeszcze miejscu poczułem, że jestem świadkiem historii, tej przez duże H i tylko ta sekwencja przykuła ponownie moją uwagę. I tylko ją jedną zachowałbym bez cięć - z reszty filmu zostałoby może 40 minut.

Zmęczył mnie ten film. Wychodząc z sali byłem znużony i wcale nie cieszę się na kolejny film, w którym będziemy wędrować w kierunku Samotnej Góry i jeszcze jeden, który zapewne będzie powtórzeniem Powrotu Króla i jego nieznośnych batalistycznych i wokółbatalistycznych dłużyzn. Już teraz miałem wrażenie obcowania z rozdętą ponad granice wytrzymałości wersją reżyserską, taką, jaką zwykle dostaje się na dwudziesto i więcej lecie w bonusie na złotym blureju w gustownym opakowaniu. Wersją reżyserską nietkniętą ręką (i nożyczkami) montażysty, producenta, wytwórni, kogokolwiek, kto mógłby to okiełznać. Kiedy wreszcie zobaczyłem napisy końcowe, poczułem niemal fizyczną ulgę, a myśl o tym, że mam przyjść i obejrzeć kolejną część sprawiła mi całkiem fizyczny ból pleców, oczu i głowy. I nie osłodziło mi tego bólu zamykające film oko smoka, żółtozłote, z ognistymi refleksami, wpatrujące się we mnie z nieskończoną uwagą i cierpliwością, nawet długo po tym, jak zamknąłem powieki. 

niedziela, 11 marca 2012
Los cebula i różowy hipopotam

It's official: kupiłem sobie pierwszą płytę Comy od 2004 roku. Sobie. Nie żonie, jak poprzednie, których nawet nie przesłuchałem. Tym razem jednak było inaczej - po pierwsze zdobyli mnie doskonałym wizualnie teledyskiem do Na pół, któremu towarzyszyła zupełnie niecomowa piosenka. Krótsza niż trzy minuty, doskonale popowa, po prostu chwytliwa. Słodki butthurt fanów zespołu był tylko wisienką na torcie. Po drugie, zdobyli mnie kolejnym singlem, gdzie na teledysku występuje moje osiedle (charakterystyczna zjeżdżalnia-słoń na Dąbrowskiego i ruiny niedokończonego nigdy przystanku kolejowego pod wiaduktem na tej samej ulicy), uchwycone w momencie zmiany (blok za słoniem idzie do styropianizacji, a przystanek po 30 latach doczeka się dokończenia i uruchomienia). Już za moment wideo będzie miało doskonałą wartość dokumentalną. I znów wartością dodaną jest butthurt - tym razem wokalisty, który wylewa swoje żale pod adresem swoich fanów i ich oczekiwań formułowanych w internecie. Ale również chwytliwy refren, bo dla mnie też ostatnio niezbyt łaskawe były dni i jakoś mi się to wszystko ładnie ze sobą złożyło.

Więc teraz siedzę i przesłuchuję i obracam w dłoniach czerwony album. Nie jest porywająco, ale jest kilka akcentów, które mi robią, jak bezczelnie ramsztajnowy refren Deszczowej piosenki (i tak łódzko tandetnie zrezygnowany w tekście) czy fragment "Wyślij na mnie swój SMS" w Gwiazdozbiorach. No i jest jeszcze różowy sztruksowy hipopotam z pozytywką, którego kupiłem córce, jakoś tak doskonale się komponujący z tą płytą. Smacznego.

piątek, 23 grudnia 2011
Zabawieni na śmierć



Redaktor Michał Radomił swoim artykułem (a konkretnie jego tytułem) przywołał mi na tapetę ostatnią regularną płytę Rogera Watersa, Amused to death. Płytę, nie ukrywajmy, trudną, narracyjną, nieprzystępną, pełną złości i goryczy. Właśnie to ostatnie słowo, gorycz, wydaje się być pierwszym, co przychodzi do głowy po przesłuchaniu płyty. Gorycz, złość, zniechęcenie. Oczywiście jest tu sporo typowo watersowskiego narzekania i marudzenia, ale srsly - ktoś, kto tego nie akceptuje i nie bierze z dobrodziejstwem inwentarza nie powinien się nawet do tej płyty zbliżać.

Ci, którym to jednak nie przeszkadza, szybko znajdą Watersa w najwyższej formie - tak muzycznej, jak i tekstowej. Na dzień dobry zresztą dostajemy stały temat wojny i jej ofiar (The ballad of Bill Hubard, czyli historia żołnierza zmuszonego do zostawienia swojego rannego towarzysza broni na ziemi niczyjej), przechodzący we wściekłą wyliczankę w What God wants part I (God wants voodoo/God wants shrines/God wants law/God wants organised crime/God wants crusade/God wants jihad/God wants good/God wants bad/What God wants God gets), która dostała zakaz emisji w BBC. Piosenka powstała jako reakcja na wypowiedź George'a Busha seniora, że w tej wojnie Bóg jest po naszej stronie.

Dalej nie jest lżej - dwie części Perfect sense i The bravery of being out of the range odnoszą się wprost do pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, tego, jak ukazywały ją media i jaki to miało wpływ na zwykłych ludzi, ale i na samych żołnierzy. Tak wkraczamy w drugi, właściwy temat płyty - krytykę tego, co robi z nami dyktat newsa i (szerzej) mediów. W tym wypadku jest to jeszcze telewizja, ale dwadzieścia lat później poza wiodącym medium nie zmieniło się wiele. I tak zostaje do końca płyty, będącej z jednej strony wielkim oskarżeniem ludzkiej chciwości i głupoty, a drugiej strony wyrazem niewiary w zmianę, czego wyrazem są ostatnie linijki zamykającego album utworu tytułowego (No tears to cry no feelings left/This species has amused itself to death). Gdy te gorzkie słowa wybrzmią, słyszymy kliknięcie zmienianego kanału i powraca opowieść Alfa Razzella, którego poznaliśmy na samym początku płyty, zamykająca klamrą całą płytę. Paradoksalnie jego słowa zostawiają nam trochę nadziei, wynikającej z tego, że Razzell zdobył się na refleksję nad tym, co się stało i że być może wśród tłumu bezmyślnych małp biega jeszcze trochę Razzellów, którzy we właściwym momencie nie pozwolą nam na ostateczną katastrofę.

 

niedziela, 18 grudnia 2011
Harry Potter i Gra o Tron

Są takie momenty, że coś po prostu wpada w ręce i wiesz, że jakiś trybik wskoczył na właściwe miejsce. Tak było i tym razem. Od dłuższego czasu mam dużą potrzebę czytania anglojęzycznych książek w oryginale, również po to, aby nie zardzewieć i żeby poprawić ortografię, która ostatnio mi się nieco pogorszyła. Stąd też raz na jakiś czas wyprawiam się do antykwariatów i szukam książek, które mogłyby mnie zainteresować. Najmocniej szukam książek, o których wiem, że ich przekład pozostawia wiele do życzenia lub jest dobry, lecz kontrowersyjny.

Tym razem kilka minut przed zamknięciem wszedłem do antykwariatu Silva Rerum w poszukiwania czegoś do poczytania. Mój wzrok niemal od razu przyciągnęła pierwsza część cyklu o Harrym Potterze, którą już po chwili kupiłem za 10 zł. W tym miejscu dygresja - z zakupem całego cyklu o młodym czarodzieju w oryginale nosiłem się już od bardzo długiego czasu, ale jakoś nigdy nie mogłem się zebrać. Z cyklem zapoznałem się zresztą po raz pierwszy właśnie w oryginale, ze spiratowanych pdf-ów, ale potem kupiłem okazyjnie pierwsze sześć tomów w języku polskim (siódmy spod lady w Akademickiej na trzy dni przed premierą) i to polski przekład był dla mnie dość długo kanoniczny, nawet mimo oglądania filmów o Potterze w oryginale.

Pierwsze otworzenie książki było dla mnie czymś odświeżającym. Kamień filozoficzny, który po polsku zapamiętałem jako prostą książkę dla dzieci okazał się bardzo sprawnie napisanym kryminałem, z porozrzucanymi tu i ówdzie językowymi perełkami, całkowicie zabitymi w zjunioryzowanym przekładzie. Tego samego dnia zapadła też decyzja o zakupie całego cyklu w języku angielskim - i zrobiłem to poprzez amazon, gdzie cały cykl kosztował mnie 27 funtów (wysyłka do Polski za darmo w ciągu dwóch dni, yay!), czyli niecałe 150 zł. W Polsce to samo wydanie kosztowało od 300 do 450 zł, ale to już ostatnie chwile takiego radosnego pompowania cen.

Wracając do młodego czarodzieja. W polskim przekładzie moimi ulubionymi częściami były dwie ostatnie, których junioryzacja prawie nie dotknęła. Pierwsze dwie omijałem łukiem, a części środkowe czytałem wybiórczo. Tymczasem po angielsku książki te ukazały swoją urodę. Kamień Filozoficzny, Komnata Tajemnic i Więzień Azkabanu okazały się być wypełnione skrzącym się, potoczystym językiem, łatwym, a jednocześnie bardzo przyjemnym w odbiorze. Największe zaskoczenie przyniosła mi jednak odświeżona właśnie Czara Ognia, która okazała się być z perspektywy doskonale skrojonym, misternym w konstrukcji pomostem pomiędzy będącymi w istocie stand alone'ami pierwszymi trzema częściami a właściwą częścią intrygi, która całą urodę ujawnia w części ostatniej i przedostatniej. Jak już wspomniałem wyżej, to właśnie te części znam najlepiej (in fact: niemal na pamięć) i dopiero teraz, na nowo odkrywając Czarę Ognia odkryłem, jak wiele strzelb zawieszono tam na ścianach. Strzelb, które wystrzelą najczęściej dopiero w siódmym tomie.

Czara Ognia była częścią przełomową i w dodatku pisaną dłużej niż części poprzednie, a także dużo dłuższą. To właśnie na jej wysokości widać przyjęcie ostatecznego kierunku, którego rozwiązanie zobaczyliśmy w Insygniach Śmierci. W tym jest niezwykle podobno do innej książki, zdawałoby się z zupełnie innej parafii - mianowicie do Uczty dla Wron, będącej (cóż za niespodzianka) czwartą częścią Pieśni o Lodzie i Ogniu George'a R. R. Martina.

Uczta dla Wron i jej następca, Taniec ze Smokami były książkami, których początkowo miało nie być. Ostatecznie pisarz zdecydował się je stworzyć, żeby przerzucić pomost pomiędzy trzema już napisanymi częściami, a dwoma planowanymi. Okazało się to niezwykle trudne i spowodowało podzielenie planowanego pomostu na dwie części (Ucztę i Taniec właśnie), a napisanie tych dwóch książek zajęło dziesięć lat. Sam pisarz wspomina to jako mordęgę, bo wymagało od niego zebranie wszystkich wątków i powieszenia na ścianie wszystkich strzelb, które wystrzelą w ostatniej, siódmej części. Obie części w chwili obecnej sprawiają niezbyt spektakularne wrażenie, fani narzekają, że są nudnawe. Mam jednak wrażenie, że za kilka lat, gdy wyjdą kolejne części, docenimy je, dokładnie tak, jak ja dziś doceniłem Czarę Ognia. Dopiero z perspektywy ukończonego cyklu, gdy będziemy mogli spojrzeć wstecz, będziemy mogli docenić zegarmistrzowską precyzję i żelazną logikę Martina - tak samo jak kilka lat temu doceniliśmy to samo u Rowling.

Ps - uprzejmie doradzam, czytajcie Pieśń Lodu i Ognia w oryginale. Pierwsza część (Gra o Tron) jest przetłumaczona fatalnie, a poprawienie tłumaczenia w dalszych wydaniach niewiele pomogło. Następne części są już tłumaczone lepiej, ale nadal jest to przekład słaby. Szkoda tracić czas, kiedy można poobcować z oryginałem. 

środa, 19 października 2011
Nie mogę się słuchać

No więc na blipie sprężyna oczekiwań wobec nowej płyty CKOD nakręcała się od dobrego tygodnia - najpierw MRW zaprezentował swój egzemplarz, a potem napisał o niej bardzo pozytywną notkę. Nieco później duża część blipowiczów podchwyciła Plan ewakuacji i odbiór wydawał się równie entuzjastyczny.

Mnie nie udało się na to jednak załapać - po części dlatego, że w dniu premiery wyprzedali/nie dowieźli* (*niepotrzebne skreślić w zależności od wybranego Empiku/Media Markt/Saturna), a po części dlatego, że później nie bardzo był czas i miejsce na płytowe zakupy. Stąd dopiero dziś płyta wylądowała w odtwarzaczu a ja nastawiłem się na coś bardzo fajnego. Only not.

Poprzednią płytę CKOD lekko dissowałem za spoglądanie w stronę Atari Teenage Riot, ale to było dissowanie z przymrużeniem oka, ponieważ oprócz oczywistych inspiracji płyta zawierała przede wszystkim zestaw bardzo dobrych, pasujących do siebie piosenek. Tutaj inspiracje również widać jak na dłoni - New Order (gdzieś tak z wysokości płyty Low life), Depeche Mode z okresu Violatora (naprawdę niezłe Złe rzeczy), czasem nawet echa środkowego The Cure i Obywatela GC - wszystko układające się w czytelny pattern odwołań do płyt w jakiś sposób odmiennych od poprzedzających, zrywających z poważnym i czasem nadętym wizerunkiem zespołu. We wspomnianej już powyżej notce MRW wspomniał o Lifeblood Manic Street Preachers, która dokładnie wpisuje się w ten sam logiczny ciąg - ja od siebie dorzuciłbym jeszcze Pop U2.

Wszystko powyższe nie byłoby niczym złym, gdyby nie a) fakt, że songwriting na tej płycie stoi wyraźnie niżej niż na poprzedniej b) około połowa z piosenek brzmi jak odrzuty z pierwszej płyty zespołu KAMP! (tej, która jeszcze nie wyszła). Tu wyjaśnienie dla niezaznajomionych z łódzką sceną muzyczną - KAMP! to najmodniesza w poprzednim sezonie nowinka na rynku, głęboko osadzona w dźwiękach środkowych lat 80tych, znana z serii doskonałych singli, noszona na rękach przez publiczność i krytyków. Przede wszystkim zaś KAMP! to kawał niesamowicie dobrej szkoły pisania chwytliwych piosenek do tańca i refleksyjnego chilloutu, o czym można się przekonać tu:

tu: 

tu:

tu: 

 

czy przede wszystkim tu:

I tu leży pies pogrzebany - gdybym nie znał tych piosenek, pewnie przyjmowałoby mi się piosenki takie jak Karaibski czy Plan Ewakuacji znacznie lepiej. A tak mam wrażenie bardzo przykrej repetytywności. Oczywiście nadal pozostają teksty, zupełnie inne i czasem bardzo celne, jak ten do Białej Flagi czy do wspomnianych już Złych rzeczy, które układają się tu w autoironiczny opis procesu powstawania płyty.

Ja się bardzo cieszę, że CKOD nie bało się nowości i zdecydowanego odejścia od dotychczasowej muzyki. Fajnie, że się na to zdecydowali i że nie nagrali jeszcze jednej takiej samej płyty CKOD. Niestety nie poszła za tym jakość zaproponowanego materiału, a kredyt świeżości został na starcie wyczerpany starannym odpisaniem z zeszyciku młodszych kolegów po fachu szeregu patentów. A tam, gdzie się to nie udało, powstały rzeczy męczące i denerwujące jak Wyłącz to - chyba jedyny kawałek, w którym dało się wyczuć dawny ząb zespołu i jakiś przejaw charakteru. Szkoda.

 

czwartek, 01 września 2011
Cowboys & Aliens

Kowboje. Indianie. Kosmici. Statek kosmitów wyglądający jak magazyny na Dworcu Warszawa Zachodnia. Hołd dla Odysei Kosmicznej, Aliena i kilku innych filmów. Celuloid. Klisze, mnóstwo klisz dobrze i źle wykorzystanych. Nowa Lara Croft i nowy Indiana Jones, a przynajmniej tak właśnie powinno być. Choć może nie, bo great looks, no tits. Ale to szczegół.

Ogólny level zadowolenia - moderate.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Kobieta która pragnęła mężczyzny



Czego w filmie nie ma? Głębi i życia w papierowych postaciach, zaangażowania widza i porządnego haka do zawieszenia niewiary na samym początku. 

Co w filmie za to jest? Jest chłodny Paryż, stado Macbooków, aparat Canon, hotele, meble z IKEA, warszawskie tramwaje, dymiąca Wisła, dworzec Centralny i obdrapane kamienice na Pradze. Jest też Michael Nyqvist i trochę ładnych zdjęć, ale nie za dużo. W pakiecie dostajemy także niestety wykwit polskiej myśli krytycznej w osobie Jacka Szczerby, który sprzedaje nam następującą mądrość:

Znaczy można powiedzieć obrzydliwie nic mnie nie obchodzą w kinie potrzeby seksualne brzydkich Dunek i wtedy sie wszyscy obrażą, nawet jako nie-Dunka, hehehehe.

Wiedziałem, że popełniam grzech ciężki klikając na plik wideo (czego zwykle nie robię, bo szkoda czasu na słuchanie, wolę czytać) i srodze zostałem pokarany. Stężenie ociekającego seksizmem bolandzkiego maczobucyzmu przytkało mnie na moment, a następnie doprowadziło do smutnej refleksji, że oto pan krytyk postanowił być śmieszny i strawestował brzydki dowcip pana prezydenta o Dunkach. Przy okazji poczuł się lepiej, bo on, mądrzejszy i bardziej bywały wie że to nieładnie mówić o kobietach że brzydkie i kaszaloty, więc weźmie w nawias ("powiedzieć obrzydliwie") i można się znów bezkarnie rechotać. Not. 

Jak widać, świat krytyka Szczerby jest bardzo prosto skonstruowany. Mężczyzna, jako ten myślący i zdystansowany, w dodatku dobrze się prezentujący na ekranie jest pochwalony i poklepany po plecach, że musi grać niedobrze napisaną rolę. Kobieta, która nie odpowiada ideałowi urody pana krytyka jest potępiona, bo jest brzydka (w domyśle również stara i się puszcza) i nie zasługuje na chwilę refleksji - po prostu jest brzydka i koniec, następny akapit, którego zresztą nie ma, bo i o czym tu rozmawiać po przeuroczym rechocie Szczerby?

Dziwię się towarzyszącej panu krytykowi Magdalenie Żakowskiej, że nie wyszła z pokoju trzaskając drzwiami, choć podejrzewam, że i ją przytkało (anemiczne "ja już jestem obrażona" zgaszone rechotem Szczerby). Dziwię się ni jest mi jednocześnie przykro, że musi z takim brzydkim miłym panem współpracować.

 
1 , 2