sobota, 19 marca 2016
Człowiek od literki Ź

Nie jest łatwo wrócić znowu do pisania notek. W końcu od wyruszenia w wielką Podróż do Góry Smoka i z powrotem minęły równo dwa lata i mogę się założyć, że po drodze ustawiło się już całkiem sporo osób chcących uszczknąć to i owo z norki nieobecnego hobbita. I na zdrowie, bo uważam, że należy się dzielić, a mnie od tego nie zbędzie.

Ale zanim spojrzę wprzód, chciałbym na chwilę usiąść w fotelu i zastanowić się, jak to się stało, że jestem właśnie tu, w tej norce, w pod tym pagórkiem i jak dorobiłem się miana powszechnie uznanego dziwaka. Bo przecież do pewnego momentu wszystko wskazywało na to, że będę bardzo normalnym i bardzo układnym młodym człowiekiem, który mniej więcej wiedział, co będzie robił przynajmniej do końca swojego życia.

Żeby się tego dowiedzieć, musimy cofnąć zegar o 10 lat. W pięknym roku 2006 postanowiłem wrócić z emigracji zarobkowej i powoli zaczynałem się rozglądać za miejscem dla siebie. Nie był to dobry czas - rynek pracy w Łodzi był nędzny, ja wciąż jeszcze chciałem skończyć studia, a w dodatku właśnie rozpadał mi się długoletni związek. Siłą rzeczy (i rosnącej depresji), a także tego, że jednak miałem nieco zaoszczędzonych pieniędzy, spędzałem dużo, za dużo czasu w internecie. A kiedy kupiłem już sobie na allegro wszystkie klocki lego, które zawsze chciałem mieć i przeczytałem wszystkie rzeczy, które chciałem przeczytać, zacząłem czytać komentarze na forach i, co gorsza, również je pisać.

W tym właśnie miejscu zauważył mnie niejaki Hubert Barański, który wtedy był znacznie młodszy, znacznie bardziej pryncypialny i znacznie mniej miły i z właściwą sobie gracją młodego ogra zaczepnie napisał mi, że może zamiast tyle gadać i wymądrzać się na wszystkie tematy wreszcie zrobiłbym coś konkretnego. Bo roboty jest huk, a, jak to ładnie napisał, postawa "no to weźmy się i zróbcie" powszechna. I wiecie co? Cholera, zrobiłem.

Tak właśnie poznałem Grupę Pewnych Osób, z Hubertem, Patrycją Wojtaszczyk, Kasią Mikołajczyk, Adamem Brajterem, Michałem Leszczyńskim i (nieco później, gdy już myśleliśmy nad założeniem Szacunku dla Łodzi), Ulą Niziołek-Janiak. To właśnie wtedy zacząłem powoli włączać się w różne mniejsze i większe akcje, które Grupa robiła, zwołując się wtedy jeszcze na forum gazety, a później na wewnętrznej grupie dyskusyjnej. To wreszcie wtedy dołączyłem do Stowarzyszenia Fabrykancka, w którym miałem organizować koncerty, a w rezultacie nie zrealizowałem ani jednego. Ale za to miałem i nadal mam możliwość robienia wielu, wielu innych, chyba znacznie ciekawszych spraw.

Jedną z akcji, w którą włączyła się powstała z wielu ludzi tworzących trzon GPO Fundacja Fenomen, była akcja promująca starania Łodzi o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Także i wtedy, samemu nie będąc w Fenomenie, jak zwykle włączyłem się, bo Hubert albo Kasia napisali, że jest taka fajna łódzka przewodniczka, Justyna Tomaszewska, która organizuje fajny event na Starym Rynku i potrzeba kogoś, kto ma sporo wolnego czasu i może pomóc w organizacji. To był już rok 2010, 19 marca. Dokładnie sześć lat temu.

W ten sposób zostałem facetem od litery Ź, bo okazało się, że akcja polega na ściągnięciu na rynek 50 wycieczek, które wcześniej chodziły z przewodnikami po całej Łodzi, rozdaniu uczestnikom i uczestniczkom kolorowych kartek w czterech kolorach i poproszeniu ich o ustawienie się w ściśle zaplanowany sposób, żeby stworzyli w ten sposób gigantyczne logo Łodzi, które z kolei miało zostać sfotografowane z wysięgnika.

Efekt wyglądał tak:

ESK2

1500 osób utworzyło kolorowe logo miasta, a mnie przypadł zaszczyt zadbania o to, żeby udałą się literka Ź. Niby nic, niby głupotka, a jednak człowiekowi robiło się zdecydowanie lepiej na duszy, że da się, że można, że ludzie chcą, jeśli tylko im stworzyć odpowiednie warunki. Właśnie tego nauczyłem się od Grupy Pewnych Osób, od Fundacji Fenomen, od Szacunku dla Łodzi. I właśnie tym się kieruję, robiąc rzeczy w Łodzi czy wszędzie tam, gdzie pojadę. Nauczyłem się, że trzeba być iskrą, która podpala i inicjuje, która daje siłę i nadzieję, że można, że potrafimy, że damy radę, nawet wtedy, gdy brak wiary w siebie i wszechogarniająca melancholia Polski centralnej.

Dziękuję Hubert. Gdyby nie Twoja wiadomość, nie mam pojęcia gdzie bym teraz był. Ale mogę się założyć o bardzo dużo pieniędzy, że nie byłoby to miejsce nawet w połowie tak ciekawe i ekscytujące, jak to, w którym teraz jestem.

 

 

 

wtorek, 29 października 2013
Do przyjaciół warszawiaków

Kiedy przychodzili do nas, na prowincji, nie zauważaliście tego. Kiedy rośli w siłę, mówiliście że nie stanowią żadnego zagrożenia. Kiedy odsłonięto ich tajemnice, broniliście ich prawa do prywatności. Dziś przyszli do Was, w samym sercu Warszawy. Nie mówcie, że Was nie ostrzegaliśmy.

czwartek, 05 września 2013
Zróbmy to na Holochera

Święta przyszły w tym roku trzy miesiące wcześniej. Nieoczekiwany prezent w postaci starannie zebranych prywatnych wiadomości i postów w zamkniętych grupach popełnionych przez Przemysława Holochera po prostu pojawił się w internecie i chyba każdego lewaka przyprawił o szeroki uśmiech. Nieczęsto bowiem dostajemy w swoje ręce tak głęboki wgląd w to, jak działa polska skrajna prawica.

Ta radość jest oczywiście przyćmiona tym, że te dane wykradziono. Nie zostały udostępnione przez samego zainteresowanego, nie wyciekły dlatego, że ktoś był nieostrożny. Powiedzmy sobie wprost - te dane skradziono i jest to czyn kryminalny. Mimo to dający się wytłumaczyć w kategoriach działania na rzecz ogółu społeczeństwa, bo w końcu chodzi o człowieka będącego jedną z centralnych postaci ruchu nawołującego wprost do obalenia obecnego systemu politycznego w kraju i do eliminacji elementów jemu przeciwnych. Nie jest to baranek ani dbający o swój kraj łagodny patriota, tylko jeden z architektów bardzo niebezpiecznego antypaństwowego ugrupowania.

Przebijanie się przez niemal 700 prywatnych wiadomości Holochera jest lekturą fascynującą. Mamy tu wszystkich tuzów ruchu narodowego (Winnicki, Bosak, Zawisza, Małecki, Krejckant) jak i kilka znanych nazwisk zdawałoby się z nieco innej bajki (Ziemkiewicz, Kukiz, młody Wildstein). Z bliska widzimy jak wykuwały się struktury i jak przebiegały frakcyjne podziały, bardzo głęboko rysujące oblicze dotąd tak jednorodnego i zwartego organizmu, jakim Holocher et consortes chcieli się przedstawiać. Czytamy o organizowaniu zjazdów i marszów, czytamy wstępne projekty ideowych deklaracji, znajdujemy też zaskakujące smaczki, jak ten, w którym Paweł Kukiz otwarcie mówi, że lepiej przedstawiać się w mediach jako ofiara czy ten, gdy Holocher z jednym ze swych towarzyszy rozmawia o tym, jak konstruować przekaz medialny tak, by wina spadła na złych lewaków z antify. Pojawiają się też insynuacje pod adresem Krytyki Politycznej i Seweryna Blumsztajna, a nawet rozbrajające w swej naiwności doniesienie na policję, że przyjeżdża antifa - nieźle jak na antysystemowców brzydzących się donosami na "psiarnię".

Są elementy komiczne, jak ten, gdy Robert Winnicki wzdycha, że tak mało kobiet jest na prawicowych imprezach, są też elementy groźne, jak te dotyczące zwoływania "sekcji sportowej", a w rzeczywistości ulicznej bojówki. Niektóre dyskusje przypominają rozmowy chłopców, jak te dotyczące wyboru kroju mundurów dla Straży Marszu Niepodległości, a niektóre rozśmieszają do łez, jak ta, w której okazuje się, że nazwa "Ruch Narodowy" została wybrana poprzez... facebookową ankietę, a wygrała tylko dlatego, że ktoś usunął z niej konkurencyjną "Nową Polskę". Złapała się w tym wszystkim nawet pogwarka narodowych pań, nazywających siebie zdrobniale "grzybkiem" i "ziemniaczkiem" i dziergających różową jak kucyponek laurkę dla polonijnego mecenasa ruchu, Kobylańskiego.

Jest i śmieszno i straszno. Oczywiście można traktować to jako krotochwilę, ale jest to znalezisko niezwykle cenne pod względem operacyjnym. Dostajemy w swoje ręce np doskonale rozrysowaną strukturę ruchu na Górnym Śląsku, z nazwiskami, telefonami i emailami. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo namiary na wszystkich ważnych i mniej ważnych narodowców też tam są. Z tego chociaż powodu z tego prezentu cieszy się też zapewne policja i służby bezpieczeństwa wewnętrznego - te dane zwyczajnie zaoszczędziły im mnóstwa żmudnej operacyjnej pracy i wyjaśniły ogromną część wątpliwości, zawężając szeroki dotychczas krąg spekulacji.

Jaka nauka z tego płynie dla nas? Przede wszystkim taka, że nawet najlepsze zabezpieczenia nic nie znaczą, jeśli powierzamy je czemuś tak słabo strzeżonemu jak facebook. Wystarczy zgubić telefon (albo utracić go w dowolny sposób na czyjąś rzecz) i te dane, które powierzyliśmy facebookowi popłyną szerokim strumieniem w świat. Oczywiście najczęściej nie będzie to nic ważnego - jakieś plotki, jakieś małe sekrety, przez które ktoś się obrazi, a ktoś wypełni pozew rozwodowy albo i tego nie. Jeśli jednak już musimy ustalać ważne kwestie organizacyjne, jeśli już musimy dzielić się hasłami i istotnymi danymi dotyczącymi naszego życia, to nie róbmy tego poprzez portal społecznościowy, bo skończymy jak niedoszły führer ruchu narodowego w Polsce.

poniedziałek, 03 grudnia 2012
O pożytku z posiadania autostrady

W weekend miałem okazję przejechać się niedawno otwartym fragmentem autostrady A1 ze Strykowa do Kutna (węzeł Sójki). Autostrada jak autostrada - równo, tu i ówdzie ekrany akustyczne, pradolina Bzury szczelnie zasłonięta barierkami, ale może z polskiego busa będzie coś widać. Tu węzeł, tam węzeł, barierki w różnych kolorach, w Sójkach akurat lilowe, całkiem ładne. Ale przecież nie po to autostrada jest.

Autostrada jest po to, żeby było szybciej. No i faktycznie - od Kutna do Strykowa jedzie się 25 minut, z Płocka (nowy most) do Strykowa równą godzinę, a do wnętrza Łodzi półtorej. I to wszystko w miarę przepisowo, bez szaleństw. Do tej pory do Płocka trzeba było kręcić albo wiecznie zatkanym kombo DK1-DK60 albo nieco naokoło (ale tak samo czasowo wychodzącym) DK14 do Łowicza i potem lokalnymi drogami przez Kiernozię, Sanniki i Słubice, aby wpaść do Płocka wzdłuż Wisły od Dobieszkowa. Tak czy siak niżej dwóch godzin przy najlepszych wiatrach się nie zeszło, o nie. Jeśli dodać, że PKS tę samą trasę pokonuje w ponad trzy godziny, różnica jakościowa jest ogromna.

No więc mknęliśmy sobie tą autostradą i naszły mnie różne myśli, osobliwie na wysokości węzła na którym łączą się A1 i A2. Oto jest coś na miarę naszych możliwości - tu wiadukt, tam estakada, tu trąbka, tam zjazd, a sama A2 w tych okolicach to już zasadnicze trzy pasy ruchu w każdą stronę plus dodatkowe zjeżdżające tu i tam. Wszędzie widać ogromną ilość wydanych euro i złotówek, ale przecież wreszcie mamy i będziemy jeździć jak ludzie. Tylko że nie.

Po pierwsze, pamiętać trzeba, że ten fragment A1, od Łodzi do Torunia powstał, mimo że nie istniejące na DK1 potoki ruchu nie uzasadniały konieczności budowy w tym miejscu autostrady. Co więcej, z trudnością by się załapały na dwujezdniową ekspresówkę. I to jest widać - mimo że darmowa droga jest niemal pusta, gna się mając poczucie posiadania autostrady tylko dla siebie. Po drugie, pamiętać trzeba o koszcie powstania tej (i wielu innych) autostrad - tym kosztem jest m.in. to, że pociągiem z Łodzi do Płocka nie dojedzie się inaczej, niż z przesiadką, a do samego Kutna jedzie się niemal półtorej godziny. W Płocku przy skrajnym szczęściu da się stanąć po ponad trzech, zaliczając godzinne oczekiwanie w Kutnie. Nie brzmi to zachęcająco. Wspomniany PKS tym bardziej - jedzie się bez przesiadki, ale nadal są to trzy godziny na dystansie 110 km. Słabo.

Ale zostawmy już ten nieszczęsny Płock, leżący gdzieś na kolejowym zadupiu i przyjrzyjmy się jednej z najbardziej obłożonych i bodaj jedynej zarabiającej na siebie linii kolejowej, a więc Warszawa-Łódź. Nieustający pełzający remont trwa tutaj od roku 2005 i w najlepszych momentach pozwolił na zejście z czasem podróży do półtorej godziny. Obecnie znów są to dwie godziny i ten czas jeszcze wzrośnie, gdy wreszcie ruszy dalsza część modernizacji linii, od Żyrardowa do Warszawy. I tak będzie do 2015, co najmniej. Do tego roku czas przejazdu pociągiem był bezkonkurencyjny w stosunku do samochodu, ale wraz z oddaniem autostrady A2 konkurencyjny być przestał. Samą autostradę od Strykowa do Konotopy przeskakuje się w 40 minut, a sumaryczny czas przejazdu między Łodzią a Warszawą potrafi zejść poniżej półtorej godziny (nie każdy jedzie z centrum do centrum, a kombo A2-S8 jest wyśmienite). Już teraz tą autostradą jeździ polski bus, który oferuje połączenie pomiędzy oboma miastami już za 10 zł - znacznie mniej, niż PKP IC, które winszuje sobie ponad trzykrotnie więcej. Jeszcze chwila i faktycznie trzy pasy ruchu w każdą stronę w okolicach Strykowa zapełnią się - bo ludzie naturalnie wybiorą to, co szybsze.

Kolejny raz zmieńmy optykę. Oto mamy Działoszyn, miasto leżące "nad" magistralą węglową Śląsk-Trójmiasto. Działoszyn jest tu miastem przykładowym, bo pod niego można podstawić każde inne dowolne miasto leżące na tej trasie, od Dąbia na północy poczynając, na samym Działoszynie na południu kończąc. Jeszcze kilka lat temu dawało się z tego miasta w miarę wygodnie dojechać do Łodzi pociągiem. Owszem, trwało to długo, ale się dało. Dziś wyborem jest albo jeżdżący rzadko PKS (3 godziny z okładem) lub jak zwykle własne auto. Pociągi osobowe z magistrali węglowej ostatecznie znikną wraz z nowym rozkładem jazdy, który wchodzi w życie 9 grudnia. Znikną, bo niemal nikt nimi nie jeździ, a nie jeździ dlatego, że nie ma bezpośrednich połączeń do stolicy województwa, bo nie ma skomunikowań i przede wszystkim dlatego, że po prostu czas przejazdu jest nieatrakcyjny. A gdyby tylko przywrócić prędkości konstrukcyjne na "węglówce" (120km/h) i na linii Zduńska Wola-Łódź (90 km/h), czas przejazdu z tego przykładowego Działoszyna wyniósłby znów nasze magiczne półtorej godziny - a więc mniej, niż dziś jedzie się samochodem. Ale nie wyniesie, bo remonty tych linii są zapisane na nie wiadomo kiedy, a potencjalni pasażerowie już dawno uciekli.

Opisane przeze mnie sytuacje zdają się mieć ze sobą niewiele wspólnego. W jednym worku umieściłem połączenie czysto lokalne, połączenie ponadregionalne i jedno z najważniejszych połączeń w Polsce. Teoretycznie nic ich nie łączy, ale praktycznie łączy wszystko. Wszystkie są ofiarami panującego w Polsce od ponad dwudziestu lat myślenia o transporcie zbiorowym, w którym upatruje się przede wszystkim kosztogennego worka bez dna, który należy możliwie ograniczać. Jeszcze 15-20 lat temu siatka połączeń kolejowych (i uzupełniających je połączeń autobusowych) była w miarę komplementarna i dawała szansę na przemieszczanie się po kraju bez posiadania własnego auta. Dziś jednak, po wielokrotnych cięciach i optymalizacjach stało się to praktycznie niemożliwe. Zostaliśmy w kraju, w którym w miarę komfortowo (w miarę to słowo-klucz) daje się poruszać wzdłuż linii magistralnych, ale im głębiej w interior, tym bardziej trzeba opierać się na swoim własnym środku transportu. Do czego zresztą państwo zachęca, co i rusz oddając nowe lub przebudowane odcinki dróg.

Gdy porówna się nakłady poniesione na drogi i te poniesione na transport zbiorowy (w tym przede wszystkim kolej), dysproporcja uderzy w oczy z siłą lawiny. Jeszcze większą dysproporcję zauważymy, gdy porównamy pieniądze, jakie zarządcy dróg i zarządcy torów mają do dyspozycji na utrzymanie infrastruktury. Wyobraźmy sobie sytuację, że na nowo wyremontowanej drodze krajowej w wyniku ulewy/podtopienia/whatever zapada się jezdnia i zamiast naprawić to miejsce stawia się tam znak ograniczający prędkość do 20 km/h. Nie do pomyślenia, prawda? A na kolei to niestety codzienność, nawet na świeżo wyremontowanych liniach jak grzyby po deszczu wyrastają takie właśnie ograniczenia. A dlaczego? Ano dlatego, że na utrzymanie sieci nie ma pieniędzy - za to nastokrotność tej kwoty idzie na drogi.

No dobrze, ale przecież drogami jeździ mnóstwo osób, a koleją coraz mniej i mniej, a niekiedy wręcz nikt. To prawda, ale dzieje się tak właśnie dlatego, że połączenia kolejowe w Polsce są coraz mniej i mniej konkurencyjne. Ludzie głosują nogami i dzięki temu wciąż rośnie nam ilość samochodów na tysiąc mieszkańców, a w pociągach i autobusach zostają już tylko ci, którzy muszą i których nie stać na własne auto. Oni nie będą nigdy w stanie utrzymać siatki połączeń zdolnej przyciągnąć nowych pasażerów i zawsze będą kosztem. Oni też są prawdziwymi, niewspominanymi niemal nigdy ofiarami ostatnich dwudziestu lat.

Za każdym razem gdy przychodzi mi podróżować poza miasto, staram się zaczynać myślenie o środku transportu od komunikacji zbiorowej. Po podliczeniu czasu, kosztu i wszystkich kopów w dupę, które zarobię po drodze zostaję najczęściej przy własnym samochodzie. Nie dziwię się, że znaczna część rodaków nie myśli już w ogóle o kolei jako o realnej opcji przemieszczania się. Żeby to zmienić, potrzebna jest ogromna zmiana jakościowa, tak w alokacji funduszy (co powoli zaczyna na nas wymuszać Unia), jak i przede wszystkim w samym myśleniu o transporcie zbiorowym. Niestety, na razie idziemy w kierunku dokładnie przeciwnym, budując kolejne tysiące kilometrów dróg i jednocześnie zapowiadając likwidację kolejnych tysięcy kilometrów linii kolejowych. A ludziom nie pozostaje nic innego jak kupić sobie własne auto i dołączyć do sznura innych, zapychających skrzyżowania, węzły i ronda tego kraju.

czwartek, 29 listopada 2012
Niebieska koszulka z brunatnym refleksem

Jest sobie takie coś, co nazywa się masą krytyczną. Zwyczajowo w ostatni piątek miesiąca w różnych miastach na całym świecie rowerzyści umawiają się i w większych lub mniejszych grupach przejeżdżają ulicami, żeby zaznaczyć swoją obecność w miejskiej przestrzeni. W wielu miastach ma to charakter walki o swoje prawa, w myśl hasła "to my jesteśmy ruchem".

Masy krytyczne postrzegane są przez wielu kierowców jako coś, co blokuje ruch i wzmaga korki - zupełnie umyka im, że przecież we wszystkie pozostałe dni miesiąca korki wcale nie są wiele mniejsze i że tak naprawdę to oni sami je tworzą. Masy krytyczne budzą nieraz agresję, najczęściej werbalną - można się nasłuchać o rowerowych terrorystach a nawet o rowerowym faszyzmie, który jest określeniem kuriozalnym, jeśli wziąć pod uwagę zarówno pochodzenie jak i strukturę mas.

Masy krytyczne nie są ruchami apolitycznymi. U swego zarania mają kontrkulturę i kulturę protestu. Ich struktura jest najczęściej anarchistyczna, bez wyraźnie wskazanego lidera czy organizatora. Masa archetypiczna to taka, gdy w umówionym terminie we wskazanym miejscu stawia się każdy, kto ma ochotę pojechać wspólnie na rowerze - tak po prostu, bez zgłaszania tego czynnikom oficjalnym. W masie może jechać każdy, kto ma rower i kto ma na to ochotę. Jak łatwo zauważyć, masy są otwarte i tolerancyjne, a także mocno anarchizujące. Będąc w kontrze do zastanej sytuacji proponują jednak inną, pozytywną wizję miasta i świata - choćby takiego, w którym każdy ma wolność pojechania rowerem przed siebie bez obawy o własne zdrowie i życie. 

Tak zarysowana wizja jest lewicowa. Ruchy rowerowe, mniej lub bardziej sformalizowane przedstawiają różne postulaty dotyczące ruchu wewnątrz miast, ale jak mantra przewija się tam obrona słabszych mniejszości - samych rowerzystów, ale i pieszych. Pojawiają się postulaty ograniczania prędkości (Tempo 30) czy wręcz wyrzucania samochodów z niektórych ulic, pojawiają się postulaty zwiększania nakładów na komunikację zbiorową - wszystko to, czego neoliberalna prawica tak bardzo nie lubi. 

Masy krytyczne odbywają się oczywiście również w Polsce. I tutaj zaczynały się one zwykle od miejskich środowisk anarchistycznych - taką genezę ma m.in. masa łódzka. Także i u nas w Polsce masy mają wyraźny rys lewicowy - przykładem niech będą choćby tęczowe masy krytyczne z Warszawy, podczas których rowerzyści upominają się o prawa mniejszości seksualnych. Podobnie w Poznaniu, gdzie masowicze wzięli udział w Marszu Równości i Tolerancji. Nic w tym dziwnego - masy krytyczne od początku były otwarte na inność, a ich podstawą zawsze była równość.

Łódzka masa krytyczna nie jest tu wyjątkiem. Ma te same lewicowe, anarchizujące korzenie i swoimi postulatami chcąc nie chcąc lokuje się w określonym miejscu politycznego spektrum. Mimo deklarowanej raz po raz apolityczności jest ruchem politycznym. Jej dzisiejsi organizatorzy powinni zdawać sobie z tego sprawę - przejęli bowiem coś, co ma swoją historię, swoją tradycję i swoje korzenie, których nie wypada się wypierać. 

Czemu poruszam ten temat akurat dziś, w przeddzień kolejnego ostatniego piątku miesiąca? Nie dzieje się to bez powodu. W moim mieście za trzy tygodnie przedefilują faszyści z całej Polski. Już dziś nawołują się nawzajem i robią wszystko, by zawłaszczyć kolejne połacie niezajętego, apolitycznego terenu. Wchodzą do szkół, wchodzą do organizacji sportowych, fundują podarki dla domów dziecka, urządzają też prelekcje na głównej ulicy miasta. Starają się jak mogą wchodzić do mejnstrimu, ukrywając się za hasłami patriotycznymi i flagą biało czerwoną, ale raz po raz deklarując, że dla wszystkich mniejszości i inności idą ciężkie czasy. Nie miejmy złudzeń - jeśli ONR i MW zorganizowałyby Polskę po swojemu, nie byłoby w niej miejsca ani dla anarchistów, ani dla homoseksualistów, ani też dla tych, którzy chcieliby w ich obronie przejechać rowerem pod tęczową flagą. Nie byłoby miejsca dla wydarzeń takich jak masa krytyczna w ogóle, podobnie zresztą jak dla znakomitej większości innych zgromadzeń. 

I w taki właśnie dzień, przeglądając założone przez narodowców na facebooku wydarzenie reklamujące marsz faszystów 15 grudnia na liście biorących udział znajduję uśmiechniętą facjatę chłopca ubranego w niebieską koszulkę służby porządkowej łódzkiej masy krytycznej. Chłopiec ma też wpisane pod imieniem i nazwiskiem miejsce pracy - jest wolontariuszem w fundacji, która organizuje łódzką masę. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że każdy może sobie wpisać pod swoim nazwiskiem dowolne miejsce pracy, które będzie się wyświetlało wszędzie tam, gdzie ten ktoś się pojawi na facebooku, ale wiem też, że ta konkretna fundacja cieszy się w mieście określoną estymą i poważaniem. W tym momencie, zupełnie niechcący, fundacja ta żyruje swoją nazwą faszystowską imprezę - każdy, kto zerknie na listę gości, może sobie przeczytać jej nazwę i uznać, że również i ona stoi za faszystami, skoro wysyła na marsz swoich wolontariuszy. I nie jest istotne, że fundacja nie ma z tym nic wspólnego i że nikogo tam nie posłała - postronny obserwator nie mając na podorędziu żadnego sprostowania może śmiało myśleć, że ta organizacja również stoi za Małeckim i Holocherem.

Każdy ma prawo mieć takie poglądy, nawet jeśli wynika z tego ochota do maszerowania pod brunatnymi sztandarami. Nie odmawiam chłopcu w niebieskiej koszulce zmienienia jej na koszulkę brunatną, chociaż to naprawdę mało twarzowy kolor. Odmawiam za to uznania, że ludzie w brunatnych koszulach nie są niebezpieczni, bo są, co udowodnili w ciągu ostatnich kilkunastu dni. Odmawiam też uznania fałszywej symetrii, że to jest wojna pomiędzy skrajnymi lewakami i prawakami - dane europolu aż nadto dobrze wskazują kto jest groźniejszy. Za 90% wszelkich wystąpień o charakterze terrorystycznym stoją ugrupowania skrajnie prawicowe - takie same jak nasze ONR i Młodzież Wszechpolska. Ta fałszywa symetria daje złudne poczucie bezpieczeństwa - faszyści biją lewaków, lewacy faszystów, a my apolityczni i niezaangażowani jesteśmy zupełnie bezpieczni, o ile tylko nie będziemy się mieszać. Nic bardziej błędnego - skrajna prawica wypowiedziała wojnę wszystkim, którzy nie są z nią, także tym, którzy nie nie chcą machać żadnym sztandarem. I jeśli zawczasu nie powie się chłopcom w brunatnych koszulkach stop, to już za chwilę możemy się obudzić w świecie, w którym masa pojedzie po raz ostatni - pod brunatną flagą, nadając zupełnie nowego znaczenia sformułowaniu "rowerowi faszyści".

poniedziałek, 17 września 2012
Raport z miasta Toruń

Tak się złożyło, że w tym roku wakacyjne wojaże odbywamy w ratach i na linii Wisły. Kazimierz Dolny, Solec, Puławy, Ciechocinek, Toruń - wszystko to na jednej linii, realtywnie niedaleko od Łodzi. O ile pierwsza część tych wojaży wciąż czeka na opisanie (i może w końcu mi się to uda, bo na razie zamieściłem tylko krótkie reminesencje), o tyle druga trafiła na swój czas i oto proszę, gotowe.

Do Torunia jest blisko. Jedyne 150 km połyka się samochodem w dwie godziny (sans postoje wymuszone przez dziecko), a jeśli doliczyć do tego rychłe otwarcie autostrady A1 (do końca tego roku), dystans ten jeszcze się skróci. Można oczywiście dojechać tam również pociągiem, ale wtedy po dwóch godzinach jesteśmy dopiero w Kutnie, a umówmy się, że zależy nam trochę na czasie i że spędzanie go akurat w gościnnych progach TLK nie jest preferowanym przez nas sposobem.

Tak czy inaczej stajemy w Toruniu (polecam wygodny parking pod placem św. Katarzyny, płaci się niedrogo, a wszędzie blisko) i mamy przed sobą całe średniowieczne serce miasta. Miasta będącego w cudownej skali, w sam raz do ogarnięcia szybkim krokiem w pół godziny od jednego końca do drugiego. 

Kompaktowość Torunia czuje się na każdym kroku i jest ona bardzo wygodna. Wszystko jest pod ręką i nie można się zmęczyć po prostu spacerując. Dwa rynki, kilkanaście urokliwych uliczek, ze dwie wielkomiejskie plus całe rzędy kamienic najróżniejszego autoramentu i stylu. Do tego mnóstwo sklepów, barów, pubów i czego tam jeszcze - zarówno sieciówek jak i niezależnych własnych biznesów, ale na poziomie. Nie widać ciucholandów, a pustych witryn naliczyłem całe dwie. 

Stare Miasto jest praktycznie w całości wyremontowane, Nowe już niekoniecznie (okolice najbliższe ruinom zamku krzyżackiego wyglądają nieco po łódzku), ale widać wszędzie dbałość o przestrzeń miejską. Chodniki wszędzie mają postać granitowych płyt obramowanych granitową kostką, jezdnie zaś brukowane są kamienną kostką lub kocimi łbami. Nieliczne pokrywa asfalt. Nie widzi się kostki bauma, a meble miejskie nie bolą w oczy rdzą i jarmarcznymi kolorami. Brakuje jedynie ławek, których jest bardzo niewiele. Ogródki zaś znajdują się dokładnie na tym samym etapie rozwoju co w Łodzi, czekając jeszcze na odkrycie, że stoliki można postawić nie na drewnianym podeście, ale bezpośrednio na bruku.

Sklepy są czynne powszechnie w soboty i niedziele, przy czym w soboty do 18 (niektóre do 14, w tym Matras), a w niedziele do 14 (ale niektóre do 16). Jest ich dużo, szczególnie obuwniczych i z galanterią skórzaną, ale też odzieżowych i księgarni. Bankizacja widoczna jest bardziej na Nowym Mieście, które jest wyraźnie mniej ludne, Stare Miasto zdaje się wychodzić z niej obronną ręką, co wpływa dodatnio na ilość życia na jego ulicach w godzinach innych niż te, w których pracują banki. Nigdzie w najbliższej okolicy starówki nie ma też wielkiej galerii handlowej, co również wpływa dodatnio na miasto, nie pozwalając na drenaż przestrzeni publicznej ze sklepów i odwiedzających je ludzi.

Przechadzając się ulicami toruńskiej starówki nie potrafiłem uciec od porównań z Łodzią, które fizycznie bolały. Oglądając toruński sukces zastanawiałem się nad jego przyczynami, zadając sobie pytania od czego zależy. Zapewne od tego, że miasto jest zamożniejsze - siła nabywcza jego mieszkańców (i odwiedzających je turystów) jest bezdyskusyjnie wyższa. Ale to tylko jedna z części składowych. Równie ważne jest zarządzanie miastem jako takim - dbałość o to, żeby przestrzeń nie wrzeszczała i była estetyczna, ale również i o to, gdzie i co się stawia lub pozwala stawiać. Wspominałem już o braku wielkich galerii handlowych w najbliższej okolicy starówki - sklepy pozostały na jej ulicach, bo nie zostały z nich wyssane jak z Piotrkowskiej, którą obsiadły aż dwa centra - Galeria Łódzka i Manufaktura. Zadbana przestrzeń z kolei przyciąga klientów chcących przyjemnie spędzić czas i wydać pieniądze. W Łodzi, gdzie dojście do centralnej ulicy oznacza marsz przez dzielnice wyglądające jak Kalkuta po bombardowaniu i gdzie niemal każda przecznica stanowi przedpole zakazanych rewirów klient taki instynktownie ucieka do przestrzeni zadbanych i przyjaznych, których miasto nie jest w stanie zapewnić.

Na bogactwo toruńskiej starówki na pewno wpływ ma duża ilość odwiedzających miasto turystów, ale nie można tego wpływu przecenić, bo to pomoc sezonowa i nie utrzyma się sklepu zarabiając jedynie przez kilka miesięcy w roku. Miejscowi kupcy doskonale to rozumieją i nie ma historii znanych z Łodzi, że w tygodniu czynne do 18, a w soboty i niedziele nieczynne, albo z łaski w sobotę do 14. Tutaj klient jest klientem, a nie uciążliwym petentem i jest to lekcja, której kupcy z Piotrkowskiej nie przyswoją już sobie chyba nigdy.

Oczywiście Toruń ma też mnóstwo swoich problemów. Widać przegraną walkę z szyldami (choć tutaj się walczy, a przynajmniej stara się, zmuszając Żabkę do zdjęcia oczojebnego neonu), widać kompletny brak transportu zbiorowego w ścisłym centrum i jego degrengoladę na zewnątrz. Tramwaje na starówce zlikwidowano, pozwalając im poruszać się obwodowo po dawnej linii murów miejskich, miejskie autobusy również mają tam zakaz wstępu. Poza starówką udało mi się zobaczyć cały jeden tramwaj, a starałem się bardzo, co bardzo smutno świadczy o niedzielnej ich częstotliwości kursowania. Tabor autobusowy zaś opiera się wciąż na starych Jelczach M120 i ich pochodnych, co również świadczy o dużym niedoinwestowaniu. Smutno wygląda też urwany kikut torów tramwajowych prowadzących kiedyś przez most do dworca w Podgórzu - dziś miejsce torowiska zajmuje na moście trzeci pas ruchu dla samochodów.

Toruń obejrzałem okiem turysty i nie silę się na jakiekolwiek analizy. Jako turyście podobało mi się tu bardzo i z miłą chęcią będę tu wracał, choćby dla samych rejsów po Wiśle i uspokajającej mnie toruńskiej starówki. Będąc tu miałem wrażenie obcowania z miastem żywym, znającym swoją wartość i swoje atuty, potrafiącym je eksponować, pudrując niedociągnięcia. Wiem, że za linią dawnych miejskich murów rozciąga się większość miasta, z blokowiskami, sypiącymi się kamienicami i wszystkim tym, co mamy w spadku po ostatnich 60 latach, ale nie nadaje to tonu temu miastu, tonu złowieszczo znajomego z mojego rodzinnego miasta. Miasta, do którego boję się trochę wrócić, bo wiem, że znów mi pękną w nim oczy i będzie pękać serce. Ale jednak wrócę, jak zawsze.

środa, 01 sierpnia 2012
Powstanie nie jest cool

Wojna jest czymś krańcowo złym. Każda - niezależnie od tego, czy jest "sprawiedliwa" czy nie, wiąże się z okrucieństwem, śmiercią i cierpieniem. Oprócz żołnierzy giną też cywile, bezbronni ludzie, którzy znaleźli się akurat w ogniu walki, przez których siedziby przeszedł front, bombardowanie czy też oddział żołnierzy grabiących i palących za sobą wszystko, co zastali. Zwyczajni ludzie, których jedynym pragnieniem jest tylko przeżyć ten koszmar w stanie możliwie nienaruszonym, możliwie pod własnym dachem, licząc na to, że gdzieś daleko w innym kraju ktoś nie zdecyduje o tym, że twoje miasto odtąd jest twierdzą, celem nalotu dywanowego albo ogniskiem narodowego powstania.

Udział dzieci w wojnie jest nieodłącznym elementem jej samej. Przywykliśmy już do obrazków takich jak ten powyżej, uodparniając się na wstrząsające relacje dzieci-żołnierzy, które przeżyły. Uodporniliśmy się, bo to przecież daleka Afryka albo inna Azja. Ale przecież nie Warszawa.

W tym momencie oczywiście mogą się posypać argumenty, że w Warszawie dzieci nie dostawały karabinów do ręki, że były nad wyraz dojrzałe (I kid you not) i same chciały się rwać do walki, że szare szeregi, że wychowawcy i że snem niektórych polskich publicystów jest to, żeby ich dzieci też umiały walczyć w powstaniu. W pakiecie do tego dostajemy grę uczącą dzieci jak zostać małym szahidem i stronę internetową promującą najbardziej stereotypową rolę kobiet w powstaniu w kontrze do tego, co rzeczywiście się działo.

Nie potrafię świętować rocznicy powstania warszawskiego i nie trafia do mnie sposób jego celebracji promowany w Polsce. Przeraża mnie celebrowanie udziału dzieci w działaniach wojennych i wskazywanie, że to jest właściwa droga działania. Przeraża mnie celebrowanie działań, które doprowadziły do unicestwienia najpiękniejszego z polskich miast - jego ulic, placów budynków, ale przede wszystkim zamieszkujących je ludzi. Ludzi takich jak my, mających swoje życia, marzenia, plany. Przeraża mnie celebrowanie pamięci ludzi, którzy podjęli decyzję o wybuchu powstania i skazaniu miasta i zamieszkujących go ludzi na śmierć. Najbardziej jednak przeraża mnie bezrefleksyjność tych działań, przekazującą jedynie słuszną wizję powstania dalej i dalej, bez zastanowienia się i cienia pokory. Powstanie to nie jest fajna sprawa i nie jest cool. Powstanie to nie są wlepki, piny i zmienione zdjęcie na fejsuku. Powstanie to strach, śmierć, głód, ból i cierpienie. I nie ma w tym nic, czego chciałoby się samemu doświadczyć, a tym bardziej pozwolić, by doświadczyły tego nasze dzieci.

piątek, 20 lipca 2012
Nie ma ładnych rzeczy

Jeśli jest jakiekolwiek miejsce w Polsce, w którym najlepiej widać i słychać wrzask przestrzeni, jest nim z całą pewnością zakopianka, czyli combo DK 7 i DK 47 pomiędzy Krakowem a Zakopanem. De facto wrzask ten najlepiej widać z jej jednojezdniowej części, a więc na południe od Rdzawki (niedługo ta notka będzie miała wymiar historyczny), ze szczególnym uwzględnieniem wlotu i wylotu z Nowego Targu oraz dalszej drogi w stronę Poronina od strony Łodzi patrząc. Wygląda to mniej więcej tak:

(Tak, tam gdzieś w tle widać Tatry, I kid you not)

Najlepszą rzeczą, jaką możemy z tym zrobić, skoro nie możemy tego zwalczyć, to przyłączyć się. Przyłączenie się skutkuje czymś takim:

(Autor z córką na tle)

To jest właśnie ten moment, kiedy należy wyjąć kij z dupy i po prostu zacząć cieszyć się z bycia ceprem. Świat od razu staje się piękniejszy i bardziej kolorowy, przestają denerwować piszczące mechaniczne pieski (moja córka je uwielbia), gipsowe kransalogórale, ciupagi made in china, góralskie kapcie czy wszędobylskie poduszkoowce (lubimy poduszkoowce). Co prawda dawne górskie ja płacze skulone w kątku patrząc na tę dolinę wyżynę rozpaczy, ale kto by się przejmował studentem w polarze, którym już od dawna i tak nie jestem.

Tak więc Gubałówka i walk of fame od strony Zębu patrząc (najwyżej położona w Polsce parafia, jak nas informuje usłużna tabliczka), gdzie w drodze poprzez wieś na wspomnianą górę można spotkać takie cuda jak XI wojewódzki konkurs literacko-plastyczny "Jan Paweł II patron najgodniejszy" zilustrowany taką oto gablotką wystawioną przed miejscową szkołą z obowiązkowym kwieciem w kolorach papieskich i zniczem w kolorze ciemnokomunistycznym:

a tuż przed samą górą na rozstajach ze skalnej ściany wyłania się sam Papież:

spoglądając życzliwie na parking samochodowy i pilnując dobytku tych, którzy udają się na Gubałówkę, niepokojąco podobny do swego brata ze ściany małej sali obrad Rady Miejskiej w Łodzi:

Ale dość już o tym. Droga na Gubałówkę dostarcza głównie w ten sposób, że jeśli jest choć jedno miejsce, z którego dałoby radę zobaczyć jakąś ładniejszą panoramę, to na setkę jest ono zepsute wyciągiem narciarskim albo linią wysokiego napięcia albo właśnie zbudowanym kolejnym domopensjonatem zastawiającym wszystko. Kiedy już wleziemy na samą górę, miniemy bardzo ładną stację nadawczą i przejdziemy większość zaludniającego szczyt Gubałówki pasażu handlowego, naszym oczom raz na jakiś czas ukaże się Giewont:

Słup w bonusie, bo nie ma miejsca, z którego można sobie popatrzeć na Tatry bez przeszkadzajek w jego rodzaju. Oczywiście można się pogimnastykować i zrobić zdjęcie Giewontu bez słupa, ale to zakłamuje zapapraną rzeczywistość. A poza tym nikt już nie pali giewontów...

Stałym elementem wyjazdów w góry były tradycyjne wyprawy na Słowację w celu zakupienia tańszego alkoholu. Zrobiliśmy to też my, bo przecież tradycji trzeba uczynić zadość, a rodzina oczekuje alkopamiątek przywiezionych z południa, więc kopnęliśmy się na Suchą Górę i obejrzeliśmy z bliska smutne pozostałości dawnego przejścia granicznego, obecnie zamienionego na zadaszony parking:

Tutaj też nie ma ładnych rzeczy, za to są wielkie reklamy zachęcające Polaków do kupowania taniego alkoholu wprost ze stodoły przerobionej na sklep.

Pakujemy więc alkohol do pudełka (nikt się nie certoli na foliowe torebki, pani od razu podaje pudełko na osiem butelek minimum) i szybko uciekamy do kraju, który czai się za najbliższą górą:

Gdyby nie tablica wjazdowa i nieco inny krój czcionki, to nawet byśmy nie zauważyli zmiany kraju - bless you, EU!

Mówiąc zaś o Europie - oto mamy Zakopane, które raz na jakiś czas stara się, naprawdę stara się wyglądać po europejsku, ale mu to bardzo nie wychodzi. Oto dana jest mała architektura, która wygląda całkiem nieźle i po zachodniemu, ale co z tego, skoro obramowuje wejście do przejścia podziemnego, jedynego zresztą w mieście? Co więcej, przejście otwarto w 2008 i sprzedaje się to jako epokowe odkrycie, niezwykle wygodne, bo zastępujące istniejące do tej pory przejście naziemne, znaczy normalne pasy. Wygodne dla kogo? Oczywiście dla kierowców samochodów, bo przecież nie dla pieszych, zmuszonych do wędrówki przez ciemną norę i na pewno nie dla osób niepełnosprawnych i z dziećmi w wózkach. Co prawda są windy (po jednej na każdym końcu), ale kolejki wózków ustawiających się do nich mówią o "wygodzie" tego rozwiązania bardzo wiele. Wisienką na torcie są rowkowane płyty dla niewidomych ułożone w fantazyjne wzory geometryczne - projektant uznał je chyba za element dekoracyjny a nie za faktyczne udogodnienie dla osób z nich korzystających, co doprowadziło do tego, że niewidomy prędzej zwariuje niż samodzielnie przejdzie przez to przejście za ich pomocą.

Kiedy jednak minie się już to nieszczęsne przejście, Krupówki witają nas urokiem małej architektury przełomu tysiącleci, ale jeśli jesteśmy przypadkiem z Łodzi, to i tak szokiem będzie dla nas ilość ławek i to, że w niedzielę (!) po 17 (!!!) praktycznie wszystkie sklepy są otwarte.

Gdy już się nasycimy atmosferą kolejnego pasażu handlowego i wytrzymamy kolejny wizualny przeskok w czasie, tym razem do samego początku lat 90tych zeszłego wieku (kto kiedykolwiek był pod estakadą oddzielającą miasto od wjazdu na Gubałówkę, gdzie zlokalizowano targowisko wie, o czym mówię), możemy udać się w drogę powrotną do domu, gdzie oprócz nieśmiertelnego korka (pociąg nie jest opcją, jedzie się nim jeszcze dłużej niż autem) dostajemy w pakiecie etap Tour de Pologne i zdziwienie, że to się jeszcze w ogóle odbywa. Przejazd Touru przez Ząb i Bustryk obserwowałem z własnego balkonu i nawet skręciłem z tego filmik, ale jest długi i nudny, więc nie będę się dzielił.

Tymczasem nadchodzi poniedziałek, więc należy się udać w drogę powrotną do domu, mijając bokiem Kraków po jego obwodnicy i przestając się dziwić, czemu w Krakowie ludzie są nieco inni:

(Krakowskie Mieszczańskie Chmury; pod nimi Kraków, pod błękitnym niebem poza obwodnicą reszta Polski)

Trzy godziny i 18 złotych później wita nas Łódź, ale to już historia na inną opowieść.

piątek, 22 czerwca 2012
Zapomniane powstanie

Mamy cały szereg powstań, o których pamięć hołubimy i którymi rokrocznie częstujemy się w mediach, rozdrapując narodowe rany. Pamiętamy warszawską hekatombę, pamiętamy (choć mniej) zwycięskie powstanie w Wielkopolsce, pamiętamy o powstaniach śląskich, choć bywają one mainstreamowi obce. Ale jednocześnie wypieramy te, które w jakiś sposób są niewygodne, niepasujące do panującego dyskursu. Oficjalnie pamiętamy o powstaniu w getcie warszawskim, ale traktujemy je jako społeczeństwo jako ciało obce. Powstanie w getcie w Białymstoku znane jest nielicznym. 

Ale zapominamy również o tych powstaniach, które są najbardziej nasze. Tych, które wyszły od ludzi określanych bardzo niemodnymi dziś słowami - lud, robotnicy. Zapomnieliśmy o chłopskiej republice tarnobrzeskiej, krwawo spacyfikowanej przez wojsko niepodległej Polski. Zapomnieliśmy o buntach łódzkich, w tym tych najsłynniejszych z maja 1892. Tu, w Łodzi o tym cisza jak makiem zasiał. Mówię tu o głównym nurcie, ale też chociażby o nauczaniu w szkołach, gdzie po 1989 wycięto i tak bardzo nieliczne wzmianki o tym, co się w tamtych latach w Łodzi działo.

A Łódź wrzała. Wrzała cały czas, targana biedą, głodem i narodowościowymi i ideologicznymi podziałami. Fatalna sytuacja socjalna robotniczej większości eksplodowała raz po raz strajkami, z których co większe zyskiwały miano buntów, krwawo tłumionych przez carskie władze. W początkach zeszłego stulecia bunty zaczęły zdobywać również ryt narodowowyzwoleńczy, ale zawsze był on na dalszym planie za żądaniami socjalnymi.

Rok 1905 znalazł swą kulminację w Łodzi w dniach 22-24 czerwca, gdy na ulicach Łodzi stanęły barykady. Ulice miasta spłynęły krwią robotników - zarówno tych, którzy stali za socjalistami, jak i tych, którzy stali za narodowcami. Tych, którzy byli Polakami, ale też tych, którzy byli Żydami i Niemcami. Do ugaszenia powstania skierowano kilka pułków piechoty i kawalerii - ostatnia barykada padła 24 czerwca. Od następnego dnia wprowadzono w Łodzi stan wojenny, a kolejne wystąpienia, strzelaniny i pojedyncze walki tliły się przez następne trzy lata.

Walki nie wzięły się znikąd. Bezpośrednią iskrą były pogrzeby robotników zabitych 18 czerwca przez Rosjan podczas powrotu z masówki w lesie łagiewnickim. Jak wspomniałem wyżej, Łódź wrzała, od początku roku na zmianę pracując i strajkując, wchodząc w coś, co dziś nazwalibyśmy strajkiem powszechnym, ogarniającym dziesiątki tysięcy robotników w wielu fabrykach. Ich żądania były proste i niezwykle aktualnie brzmiące. Ośmiogodzinny dzień pracy, ubezpieczenia dla robotników i zapewnienie płacy minimalnej, poniżej której nie można zejść. Nic, co nie jest aktualne także dziś, gdy spoglądamy na rosnącą rzeszę ludzi na śmieciowych umowach, pozbawionych tego wszystkiego, o co walczyli tamci ludzie ponad sto lat temu.

Nic dziwnego, że te postulaty są tak niewygodne i tak źle przyjmowane w dobie neoliberalnego dyskursu, który wciąż panuje w Polsce i w Łodzi - jak zawsze w bardziej zbrutalizowanej i bezwzględnej formie. Ludzie żądający dziś socjalnej ochrony są określani jako roszczeniowi i hamujący nasze dążenia do mnożenia PKB. Mają postać warhoła, wąsatego związkowca, co prowadzi do odrzucenia i wyparcia wśród młodych ludzi, którym związki zawodowe i walka o prawa socjalne kojarzy się niemal wyłącznie źle. To żniwo lat 90tych zeszłego wieku, gdy media w zgodnym unisono atakowały protestujących górników, hutników czy stoczniowców, a my chłonęliśmy ten przekaz podprogowo. Dziś, gdy sami pracujemy na śmieciówkach, gdy nie mamy etatów, ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego, gdy zabrano nam prawo do urlopu i dano w zamian nienormowany czas pracy w pakiecie z samozatrudnieniem, prędzej skoczymy z mostu niż przyznamy, że powinniśmy stanąć razem z roszczeniowymi warhołami ze związków zawodowych i walczyć o swoje prawa. To podprogowe i bardzo silne, bo przecież wszyscy chcemy się czuć szczęśliwymi budowniczymi Zielonej Wyspy, niezależnie od tego, że ta zieleń wybudowana jest na coraz bardziej poszerzającym się rozwarstwieniu społecznym.

Dziś jednak nie czuć w Łodzi gniewu. Jeśli nawet, nie ma on podłoża socjalnego. Ludzie są wycofani i bezsilni, zaszczuci własną kiepską sytuacją ekonomiczną. Po 1989 Łódź nie wyszła na ulice, mimo pamięci strajków głodowych sprzed dekady, dziś też już zapomnianych. Bo jakże to tak, pamiętać o kobietach proszących o chleb? Lepiej pamiętać dziarskich chłopców śpiących na styropianie i w dymie papierosów dyskutujących o Nowej Polsce. 

Dzisiaj w Łodzi panuje spokój, a monument wystawiony bojownikom 1905 roku stoi zapomniany w parku na Zdrowiu. Czasami niepokoją go jedynie amatorzy deskorolek i wspinaczki. Warto go odwiedzić i podumać, czekając na spóźniający się trzeci miesiąc przelew. To wciąż jest za darmo.

czwartek, 03 maja 2012
Historia zapisana w kamieniu

Z okazji majówki warto wrócić do historii związanej z łódzkim Młynkiem. Tak jak i obecnie, tak i przed wojną było to miejsce wypoczynku mieszkańców robotniczej Dąbrowy. Miejsce wypoczynku biednych - bogaci wtedy udawali się w inne, bardziej reprezentacyjne miejsca, takie jak chociażby Helenów. Robotnikom zostawało jeziorko powstałe przez spiętrzenie wód płynącej tamtędy Olechówki młyńską groblą (stąd nazwa), choć po samym młynie śladu nawet nie zostało. 

Cofnijmy się do roku 1932, gdy pewnej majowej niedzieli staw na Młynku stał się areną niecodziennych wydarzeń. Czas był wtedy niespokojny - państwo polskie dopiero podnosiło się po wielkim kryzysie, który odbił się na Łodzi bardzo mocno. Miasto pełne było bezrobotnych, a ci, którzy pracę mieli liczyli się z tym, że mogą ją w każdej chwili stracić. Powszechny był brak pieniędzy i lęk o przyszłość. Jednocześnie miasto było widownią zawziętej rywalizacji pomiędzy socjalistami z PPS i narodowcami skupionymi wokół Obozu Wielkiej Polski (który za rok zostanie zdelegalizowany przez sanacyjne władze). Ugrać coś dla siebie starali się też również komuniści - i stąd obecność  na Młynku Władysława Gomułki, ówcześnie pełniącego funkcję sekretarza Związku Głównego Ogólnokrajowego Wydziału Zawodowego KC KPP. Obecność po prawdzie wymuszona (Gomułka zmuszony był opuścić Warszawę), ale w Łodzi było bardzo wiele do roboty.

Tamtej niedzieli Gomułka, ówcześnie niezbyt jeszcze znany szerszej publiczności, starał się przekonać wypoczywających na Młynku robotników do konieczności strajku generalnego. Jedni słuchali chętnie, inni mniej, jeszcze inni zaś donieśli o jego wystąpieniu policji, która bardzo szybko pojawiła się nad stawkiem. Gomułka salwował się ucieczką, lecz po krótkim pościgu został postrzelony w nogę i pojmany. Został potem skazany na kilka lat więzienia za działalność na szkodę państwa polskiego, z którego to wyroku odsiedział mniej więcej połowę, a potem wyjechał do ZSRR. Słuch o nim zaginął na następne dziesięć lat.

W miejscu feralnego postrzału trzydzieści lat później ówczesne władze Łodzi ustawiły okazały głaz, opatrzony stosowną tablicą. Rzecz odbyła się z wielką pompą, choć w ceremonii odsłonięcia głazu nie uczestniczył sam Gomułka, podówczas I sekretarz KC PZPR. Później o głazie zapomniano - wpierw po odejściu samego Gomułki w 1970 r., a jeszcze bardziej po roku 1981 i 1989. Obecnie głaz pozbawiony jest nawet tablicy, stojąc na uboczu w środku sąsiadującego ze stawem lasku. O jego pierwotnym przeznaczeniu wie niewielu - większość odwiedzających Młynek nawet o jego istnieniu nie wie.

My w ostatnim dziesięcioleciu również postawiliśmy kilka głazów w różnych punktach miasta. Ciekawe, jaka pamięć zostanie po nich za 20, 30 czy 50 lat.

 
1 , 2 , 3 , 4