środa, 31 marca 2010
Regulamin konsultacji społecznych przyjęty!

Wygraliśmy! Wspólna inicjatywa środowisk obywatelskich i radnego Krzysztofa Piątkowskiego została dzisiaj przyjęta przez Radę Miejską stosunkiem 33:0. Przyznam, że nie spodziewałem się takiej jednomyślności, która mnie bardzo cieszy. Ku mojej radości utrzymał się zapis umożliwiający złożenie wniosku o zwołanie konsultacji społecznych przez grupę tysiąca mieszkańców Łodzi pomimo poprawek podnoszących ten próg do odpowiednio trzech (radny Skwarka) lub dwóch tysięcy podpisów (radny Rosset). Obie poprawki odrzucono (tę drugą jednym głosem)... i możemy świętować pełne zwycięstwo!

Zdaję sobie sprawę, że najlepsze nawet prawo to nie wszystko, że musi za nim pójść jeszcze dobra praktyka - ale w tym już nasza głowa, żeby tego dopilnować.

A teraz, wybaczcie mi, ale muszę to powiedzieć - to jest naprawdę wielki dzień dla Łodzi.

 

 

 

 

wtorek, 30 marca 2010
Grupa Pewnych Onanistów

W swojej karierze dorobiłem się już róznych określeń. Byłem już komunistą, byłem cyklistą (niestety obecnie co najwyżej byłym), byłem gejem, członkiem młodzieżówki PO (wiecie, GPO=PO), a ostatnio bywam najczęściej Żydem, które to określenie hołubię i z którym mi do twarzy (semickiej oczywiście). Wszystkie te radosne określenia zawdzięczam forom internetowym i wpisom różnych sieciowych frustratów, którzy nie potrafią ścierpieć, że ktoś coś robi/robi coś dobrze/ma czelność pojawić się w mediach/po prostu nie zgadzać. Zawsze śmieszyły mnie takie określenia, które w intencji rzucającego były obraźliwe, ale dla mnie będące epitetami w najgorszym razie obojętnymi, a w najlepszym komplementami. No, może wyłączając członka młodzieżówki PO.

Dziś zostałem zdemaskowany. Zidentyfikowano mnie na debacie organizowanej przez europosła Jacka Saryusz-Wolskiego w łódzkim klubie Siódemki, a dokonał tego niejaki Sebastian Rybarczyk z Projektu Łódź. Wskazał tow. Barańskiego Huberta (ten łysy) i niżej podpisanego (ten obok co się śmieje), następnie wskazał nasze pozycje ideologiczne (ci z lewej - ze szczególnym naciskiem na lewej, jako sami-wiecie-kto), a na koniec zdemaskował (onanizujecie się tylko tymi fabrykami (...) wasza działalność to bezproduktywne, nieprowadzące do niczego onanizowanie się). Ubawiło mnie to setnie, przenosząc nudnawą debatę w rejony humoru absurdalnego. Całość spuentował Włodzimierz Adamiak, który przyznał się, że onanizuje się już od 30 lat i nie zamierza przestać.

Rybarczyku Sebastianie! Masz rację - jesteśmy grupą nieuleczalnych i beznadziejnych onanistów. Uwielbiamy to i robimy to w każdej wolnej chwili, na osobności jak i grupowo, o czym świadczy nazwa naszej Grupy. Co więcej, jesteśmy otwarci na każdego fabrycznego onanistę, który chciałby się onanizować razem z nami.  I nie zgadzamy się z Twoją diagnozą, jakoby to onanizm był bezproduktywny. Nie tylko pomaga rozładować stresy i frustracje, ale też zajmuje ręce (przydatne podczas rzucania palenia) i powoduje ogólne rozluźnienie i poprawę humoru, co było widać dziś za stołem prelegenckim. Ten łysy może zaświadczyć, a ten co się śmieje tym bardziej.

Tagi: GPO
00:39, gothmucha , versus
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 marca 2010
Króliki na trawie

O ile inne nagrania Analogu mnie jakoś nigdy nie pociągały na tyle, żeby się zapoznać z całą ich płytą (chyba zresztą jedyną), o tyle ta piosenka pozostała mi w pamięci na dłużej. Uzupełniona dobrym, niemal niebolandzkim teledyskiem przetrwała w zakamarku pamięci i teraz zupełnie z niebytu powróciła na plejlistę. Tegoroczne święta zapowiadają się więc psychodelicznie.

piątek, 26 marca 2010
David Shrigley - Glass Shelf

 

wtorek, 23 marca 2010
Żyję i rewitalizuję po łódzku

Było:

Miało być:

Jest:

(foto: brite)

poniedziałek, 22 marca 2010
Hey playgirl...

Ladytron znam i uwielbiam od dawna, co najmniej od wysokości ich debiutu i krążącego z dużą częstotliwością na Vivie Zwei teledysku do Playgirl. 604, bo tak nazywała się ich debiutancka płyta, zachwycił mnie kilkoma rzeczami. Po pierwsze, było to głebokie zanurzenie w analogowym, oldskulowym sosie, bezpośrednio odwołującym się do nieco naiwnych syntezatorowych melodii z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Po drugie głos Helen Marnie - dziewczęcy, zdystansowany, melancholijny, doskonale odpowiadajacy muzyce. Po trzecie wreszcie - teksty, słodko-gorzkie, przewrotnie puentujące przesłodzoną nieraz muzykę. Weźmy taki fragment:

"I know her/used to follow everywhere we'd go/and it's so sweet/now she's sleeping with a boy I know"

To pierwsze słowa, jakie padają na 604, od razu ustawiające słuchacza na właściwej pozycji. I taka jest cała płyta, słodko-gorzka, doskonale trafiająca w tą samą nutę, co stare płyty nowych romantyków.

Co dla mnie wstydliwe, do dziś nie mam oryginalnego egzemplarza tej płyty, ale mam wytłumaczenie. Otóż dawno dawno temu, kiedy jeszcze nie było Media Markt, a internet był na modemie, jeździło się kilka razy do roku na stadion X-lecia w Warszawie i kupowało tam pirackie płyty. Pomijając pirackie wersje płyt powszechnie dostępnych, piraci mieli też w zasobach sporo bootlegów, płyt zupełnie w Polsce niedostępnych, czy składanek kleconych "autorsko", często z nagrań będących stronami B singli, czy wręcz odrzutami z sesji. Do dziś mam kilka takich ciekawostek i cenię je nieraz bardziej od standardowych wydań. Piraci mieli pewien zwyczaj - za każdym razem, gdy chciałem obejrzeć, co mają w ofercie, pytali się mnie, co mnie interesuje. Ja z kolei takich pytań nie cierpię, bo często po prostu wygrzebuję okazje i nie idę na zakupy z jakąś sprecyzowaną myślą. Dlatego wymyśliłem sobie coś, czego na pewno żaden pirat nie miał prawa mieć - Ladytron i 604. Dumny ze swojego pomyślunku usiłowałem spławić w ten sposób pierwszego napotkanego sprzedawcę, a on się uśmiechnął i wyciągnął tą płytę. Płytę, która była w Polsce nieosiągalna i do dziś poza allegro i ebayem taką jest. Szczękę zbierałem jeszcze długo, a sama płyta trafiła na półkę z oryginałami - i do dziś dnia tam stoi, pośród setek oryginałów.

Dopiero kilka lat później się dowiedziałem, że "moje" 604 ma inną okładkę niż wydanie standardowe i jest to kolejny plus tej płyty - bo ten obrazek uwielbiam, jako znacznie lepiej moim zdaniem korespondujacy z zawartością płyty. A że okładkowa pani ma magnetofon niemal identyczny z tym, jaki ja sam miałem w tamtym czasie, to już mniejsza.

piątek, 19 marca 2010
Commodore rock

 

Jachcęjachcęjachcę - kto mi kupi na urodziny?

 

Ps - wiem, że to na 99,99% fejk, but still.

czwartek, 18 marca 2010
Das war...

Była sobie kiedyś stacja muzyczna, która w pewien sposób pomogła mi zdefiniować muzyczny krajobraz, w którym się do dziś obracam. Stacja, która promowała muzykę ciekawą, alternatywną, odmienną. Stacja była ogólnodostępna dla każdego, kto miał satelitę (albo kablówkę) i nazywała się Viva Zwei. Stacji tej zawdzięczam mnóstwo, dość powiedzieć, że dzięki niej ostatecznie przestałem być flanelowym nudziarzem i zainteresowałem się takimi muzycznymi zjawiskami jak Eels, Beck, Moby, Ladytron, Miss Kittin czy Gonzales. Temu ostatniemu zresztą poświęciłem niemałą notkę na macierzystym portalu, w której zresztą złożyłem Vivie Zwei swoisty hołd.

Czemu o tym wszystkim wspominam? Jak zwykle, prawem niespodziewanego flashbacka, zainspirowany przez Miau, która zamieściła to wideo (tzn nie dokładnie to, bo jej było ocenzurowane - nigdy nie zrozumiem idei cenzurowania animowanych teledysków) wspomniałem sobie stare czasy i audycję, która owszem, należała do Vivy Zwei, ale nie tej mojej, właściwej, ale jeszcze wcześniejszej, z wężykowatym logiem. Audycja nazywała się "Das war..." i prezentowane w niej były piosenki z dawnych lat (byłem wtedy dużym fanem lat 80tych - zresztą do dziś jestem). Ważną dla mnie sprawą było też to, że zawsze pisano, z którego roku dana piosenka była - tradycja utrzymana również po zmianie Vivy 2 w jedynie słuszną Zwei.

Sama Zwei znikła 7 stycznia 2002r., ustępując miejsca niesamowicie szitowatej Vivie Plus, która zmarła śmiercią nagłą i zasłużoną kilka lat później. Ja sam opłakałem jej odejście i byłem z nią do samego końca - ostanią godzinę nadawania mam nagraną na kasecie vhs i jest to jedna z cenniejszych emocjonalnie rzeczy, jakie posiadam. Zniknięcie Zwei było dla mnie tym boleśniejsze, że identyfikowałem się z tą stacją bardzo - z jej ogólną filozofią, przekazem, pewną melancholią. Brakuje mi Zwei, brakuje mi jej bardzo.

 

środa, 17 marca 2010
6 grzechów głównych blogowego dziennikarstwa

Jak część z was wie (albo i nie), jestem osobiście zaangażowany w powstanie regulaminu konsultacji społecznych dla miasta Łodzi. W poniedziałek udało się sprawę szczęśliwie doprowadzić do końca i projekt zostanie skierowany do Rady Miejskiej, która mam nadzieję jak najszybciej go przyjmie. Ale ja nie o tym.

Ta notka wesoła będzie o rzetelności, dbałości o warsztat, prawdę i tym podobnych nieistotnych rzeczach, które salonowy dziennikarz obywatelski zgubił gdzieś po drodze. Na przykładzie tej notki nauczymy się dziś, dlaczego nie należy ufać blogaskom, ani liczyć na to, że pojedynczy blogonauci będą w stanie zastąpić kiedyś tradycyjnych dziennikarzy. Na przykładzie tego tekstu można jak w laboratorium wydestylować wszystkie błędy, które stanowią o słabości blogowego dziennikarstwa, któremu daleko jest do szumnych zapewnień o byciu V władzą, za to niebezpiecznie blisko do wtórnego analfabetyzmu. Oto nasza lista:

Grzech pierwszy - risercz ziemkiewiczowski
Gdyby autor blogonotki oparł się na czymś więcej niż na jednej notce na portalu naszemiasto.pl, to by się dowiedział, że to nie radny Piątkowski jest autorem projektu nowego regulaminu, ale grupa przedstawicieli organizacji pozarządowych (w tym i ja). Niestety, autorowi wystarczył jeden klik w jedno miejsce, ponad siły było chociażby skorzystanie z notki na stronie Urzędu Miasta. To również zemściło się na autorze w inny sposób, ale o tym poniżej.

Grzech drugi - nieznajomość materii
Autora strasznie zbulwersowało zdanie o edukacyjnej roli konsultacji społecznych. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia dlaczego. Nam jako autorom tego projektu chodziło o wskazanie, że poprzez konsultacje można edukować społeczeństwo, wskazując podczas konsultacji na właściwe z punktu widzenia miasta rozwiązania (np dlaczego warto wprowadzić buspasy czy zbudować ścieżkę rowerową, ale także dlaczego bardziej przyda się nowy most, a nie ogródki działkowe na jego miejscu). I tu zemsta, o której wspominałem wyżej - notka na naszymmieście zawierała w sobie tekst wersji roboczej regulaminu. Z wersji ostatecznej feralne wyrażenie o edukacji wyleciało, więc połowę notki autor może sobie skasować.

Grzech trzeci - Nieznajomość prawa 
Koronnym argumentem przeciwko nowemu regulaminowi jest wytłuszczony przez autora notki paragraf 17, mówiący, że wynik konsultacji społecznych nie jest wiążacy. Następnie blogonauta zarzuca radnemu Piątkowskiego (a tak naprawdę nam) nieznajomość kilku aktów prawnych normujących instytucję konsultacji. Gdyby sam je znał, nie uznałby nigdy tego paragrafu za bulwersujący, bo zwyczajnie konsultacje nie są i nie mogą być wiążące. Ostateczna decyzja zawsze należy do organu administracji, którym jednak nie jest radny, co ochoczo parę razy autor blogonotki raczył napisać. 
Podobnie z przerzuceniem kosztów konsultacji na inwestora - jest to rozwiązanie jak najbardziej legalne i sprawdzone chociażby w Krakowie. 

Grzech czwarty - portaloza 
Gdyby pan autor skorzystał z czegoś więcej niż portalowa notka napisana przez anonimowego stażystę, a która wygląda jak migawka z Radia Erewań, to nie byłoby większości tego krzyku. Niestety, wydaje się że było to jedyne źródło wiedzy o regulaminie, do którego dotarł nasz blogonauta. Gdyby było jednak inaczej, musiałbym zacząć go podejrzewać o analfabetyzm.

Grzech piąty - upolitycznienie 
Autorowi notki nie mieści się w głowie, że autorem regulaminu może być ktoś inny niż polityk - nawet mimo tego, że nawet ta jedyna notka, którą przeczytał, wyraźnie mówi o współautorstwie organizacji społecznych (w czym mija się z prawdą, ale już mniejsza - my byliśmy autorami, tekst był z radnym konsultowany już po jego skonstruowaniu). Nic z tego - konsekwentnie autorem jest radny Piątkowski i nikt inny. Podobnie odbierane są jego działania - jako stricte politykierskie i podyktowane nadchodzącymi wyborami.

Grzech szósty - afektowany styl oraz prawicowa interpunkcja 
Tekst aż roi się od wielokropków, pojawia się też nieśmiertelne (sic!) oraz charakterystyczny dla pacjentów alarmistyczny ton. No i ta przepiękna zbitka wielokropka i znaku zapytania! 
Mimo to muszę przyznać autorowi, że już się nauczył, że spacja po, a nie przed.

Ps - muszę pogratulować autorowi tej blogonotki, bo spowodował nią zmaterializowanie się tego bloga - choćby dlatego, że system komentowania na salonie24 obsysa okrutnie.

Następny krok

Stało się. Odkąd mam stały dostęp do internetu, omijałem temat blogowania szerokim łukiem. Aż do teraz. Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem posiadania swojego kawałka cyberprzestrzeni, w którym mógłbym mieć dokładnie to i tylko to, co sam będę chciał w nim umieścić. Miejsca, za pomocą którego mógłbym w pewien bardziej uporządkowany niż dziś sposób dzielić się swoimi myślami z innymi ludźmi. Miejsca, w którym mógłby pisać tylko dla siebie, nie dbając o narzucone tematyczne ramy czy ciasną przestrzeń fejsbukowego komcia.

this is my truth - tell me yours