niedziela, 02 października 2016
Łódź jest wolną kobietą

Mimo że minęło już kilka godzin od zakończenia dzisiejszej demonstracji, to wciąż nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Unoszę się kilka centymetrów nad powierzchnią ziemi, a październikowe kolory stały się nagle bardzo, bardzo intensywne. Niosę w sobie maleńką cząstkę mocy, którą dzisiaj wszyscy wywołaliśmy.

Były nas tysiące. Na gorąco padały różne liczby - sześć, siedem, osiem tysięcy. Największa demonstracja w Łodzi odkąd pamiętam. Niektórzy mówią, że największa od strajków głodowych z 1980 roku. Nie sięgam pamięcią aż tak daleko, ale na różnych demonstracjach i protestach bywam od końca lat 90tych zeszłego wieku.

To ogromny sukces. Organizacyjny sukces łódzkich Dziewuch i łódzkiego KODu. Ale też sukces nas wszystkich, którzy stoimy po stronie praw kobiet i praw człowieka - bo to przecież to samo! Dzisiaj, w przeciwieństwie do wczorajszego protestu w Warszawie, mówiły głównie Dziewuchy. Mówiły z pasją, czasem wściekłością, czasem rzeczy straszne, bo straszny los gotują kobietom fanatycy z Ordo Iuris. Szczególnie mocno wybrzmiał głos dziewczyny mówiącej o swoim poronieniu, mocno też wypadła dziewczyna z Fabryki Równości, która przyniosła dziś na marsz czarną flagę. Zapamiętałem też mocno głos mężczyzny, który opowiadał, że jest najmłodszym z dwunastorga rodzeństwa i że gdyby za tamtych czasów obowiązywały przepisy propagowane przez fanatyków, to nie byłoby go na świecie. Czemu? Bo wcześniej jego matka poroniła i siedziałaby w więzieniu.

Dzisiaj mównica nie należała do polityków (jedyny wyjątek uczyniono dla Barbary Nowackiej), ale do zwykłych łodzianek i łodzian. Co ważne, nie tylko Polek i Polaków, bo przecież Łódź jest wielokulturowa. Przemawiała dziewczyna wietnamskiego pochodzenia, przemawiał Brytyjczyk mieszkający w Polsce i mający tutaj osiemnastoletnią córkę. A gdy szliśmy Piotrkowską, z okna kamienicy przy Piotrkowskiej 56 wywieszono flagę z napisem "Wolna Łódź", a stojący w oknie chłopak machał tęczową flagą. Zresztą tęczowych flag było więcej, podobnie jak tych unijnych. Były również polskie flagi, których tak mocno brakowało mi w Warszawie. Sam niosłem jedną, bo uważam, że nie wolno oddawać nacjonalistom i faszystom naszego domu, naszego kraju i naszych symboli. One nie należą do nich!

Jednak największą wartością, jaką przyniósł dzisiejszy dzień, było poczucie wspólnoty. Czuliśmy, że stoimy za sobą, że jesteśmy ze sobą, że się nawzajem wspieramy i że jest nas dużo. Że mamy głos, że mamy siłę. Poczuliśmy, że kiedy kobiety wychodzą na ulice, to w końcu zawsze wygrywają, choć wszyscy wiemy, że walka będzie długa i trudna. Ale nie boimy się i mamy nadzieję, bo policzyliśmy się i wiemy, na co nas stać. To trudne miasto pokazało, że umie się zjednoczyć i że jest wolną kobietą. Nareszcie!

20:24, gothmucha
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 października 2016
Potęga kobiet

Bardzo ciężko jest mi wrócić do regularnego pisania. Odzwyczaiłem się. Również istnienie facebooka nie ułatwia - dużo prościej jest napisać kilka linijek, nacisnąć przycisk i jest. A że krócej? Trudno, takie ograniczenia.

Mimo to czasem potrzebuję napisać więcej, szczególnie wtedy, gdy dzieją się rzeczy jakoś naprawdę ważne. A teraz właśnie tak jest. Od dwóch tygodni obserwujemy niewiarygodne przyspieszenie. Kwestia aborcji na nowo rozpaliła debatę publiczną w Polsce, a tysiące kobiet wyszło na ulice. Już wiosną mieliśmy tego pierwsze jaskółki, ale teraz sprawa dojrzała do przecięcia. Od odrzucenia przez sejm w pierwszym czytaniu projektu Ratujmy Kobiety nie minęły jeszcze dwa tygodnie, a protesty rozlały się na cały kraj, przybierając formę ogólnopolskiego strajku kobiet. Nie mogę nie kibicować temu przebudzeniu i czuję się nim zbudowany.

Dzisiejsza demonstracja pod sejmem była niezwykle ważna. Po raz pierwszy mieliśmy na jednej scenie liderki i liderów wszystkich partii sprzeciwiających się zaostrzaniu przepisów antyaborcyjnych. Obok Inicjatywy Polskiej stanęli jak zwykle Zieloni, ale też Nowoczesna, KOD, Inicjatywa Feministyczna, a nawet Razem i Platforma Obywatelska, której się zresztą na dzisiejszej demonstracji oberwało najmocniej, ale o tym później. Po raz pierwszy wszyscy, którzy nie godzą się na barbarzyński projekt formowany przez Ordo Iuris (zapisywane na transparentach jako Mordo Siuris) zgodnie stanęli w jednym szeregu, nie przeszkadzając sobie, nie zagłuszając się nawzajem, jak to się przydarzyło jeszcze tydzień temu, ani nie kłócąc się o to, kto szybciej zaczął, kto zorganizował i kto komu co podkradł. Nareszcie miałem wrażenie, że wszystkie zainteresowane partie zauważyły potrzebę wspólnego działania i jednolitego frontu.

Obserwowałem dziś z przyjemnością, jak zmieniła się Barbara Nowacka. Mówiła z pasją, mówiła celnie i mówiła prosto. Nie była już tą nieco zdziwioną i zagubioną dziewczyną z warkoczem, którą zapamiętałem z ubiegłorocznej kampanii wyborczej ale wreszcie kimś, za kim idą tłumy. Dobrze się dziś też słuchało Pauliny Piechny-Więckiewicz i Dariusza Jońskiego. Szczególnie ten ostatni przebył daleką drogę i dziś jestem w stanie z pełnym przekonaniem za nim stanąć. Od zeszłej jesieni cała ta trójka i wiele innych osób skupionych w Inicjatywie wykonało ogromną pracę - nie tylko w terenie ale i nad samymi sobą. Patrząc na nich z boku nie mam już wrażenia, że to klub przypadkowych ludzi, którzy muszą przetrawić porażkę Zjednoczonej Lewicy, ale pewna siebie drużyna, która potrafiła zebrać 250 tys. podpisów nie korzystając ze struktur żadnej z partii i której jestem w stanie uwierzyć, że ze wsparciem europejskich socjalistów będą w stanie zebrać milion podpisów pod europejską inicjatywą ustawodawczą.

Obserwowałem też dzisiaj inne partie i każdej z nich daję dzisiaj kredyt zaufania w różnej wysokości, nawet tym, które nie miały go u mnie wcale. Zwyczajowo i bezdyskusyjnie mają go u mnie Zieloni, o których nadal mam zdanie, że jest to partia ludzi po prostu przyzwoitych. Nie wiem, czy kiedykolwiek będą w stanie wydobyć się z niszy, w której się znajdują, ale mam wrażenie, że Małgorzata Tracz i Marek Kossakowski robią wszystko, żeby partia znajdowała się wciąż w głównym nurcie i nie znikła z niczyjej pamięci. Kredyt otrzymały też dzisiaj ode mnie KOD, Nowoczesna i Razem - do tej pory zajmowałem wobec ich działań stanowisko co najwyżej obojętne, ale wierzę, że będą potrafili włączyć się i współpracować. Kredyt otrzymała dziś ode mnie nawet Platforma Obywatelska, choć jest on najmniejszy i obciążony największą ilością wątpliwości. Tak, mieli osiem długich lat. Tak, rozumiem dlaczego tłum krzyczał na widok posłanki PO "już za późno". Rozumiem frustrację i gniew kobiet, które ta partia na siebie ściągnęła swoim kunktatorstwem i uciekaniem na widok jakiejkolwiek debaty dotyczącej praw człowieka. To Platforma uchyliła się przed podpisaniem Europejskiej Karty Praw Podstawowych, to Platforma uchyliła się przed uregulowaniem związków partnerskich, to Platforma uchylała się na polu reprywatyzacji, zostawiając ją na łasce Trybunału Konstytucyjnego i pisowskiego prezydenta. A jednak doceniam odwagę Joanny Muchy, która stawiła czoła gniewnemu tłumowi. Miała trudniej, bo choć mówiła w sumie to samo, co przedstawicielka KODu, to tylko ją spotkały gwizdy i skandowane "zejdź ze sceny". Niestety, miałem wrażenie, że Mucha jest na scenie strasznie samotna - ani Małgorzata Kidawa-Błońska ani Ewa Kopacz, która podobno też była pod sceną nie wsparły jej. Dlatego też mój kredyt jest tak mały - bo wciąż boję się, że gdy przyjdzie godzina prawdy, to wszystkie platformiane Joanny Muchy zostaną same, a rzeczywiści władcy tej partii znów sprzedadzą nasze prawa za święty spokój lub inny apanaż.

Teraz przed nami kolejna demonstracja, organizowana przez Dziewuchy Dziewuchom w Łodzi. Mam nadzieję, że będzie nas na niej przynajmniej równie dużo, co wiosną. A potem, w poniedziałek, ogólnopolski strajk kobiet. Inspirowany strajkiem Islandek sprzed ponad 40 lat, ale też posiadający własną, lokalną historię. Historię nieuświadomioną, będącą przyczynkiem do rozważań nad tym, jak giną kobiety i ich sukcesy, jeśli to mężczyźni piszą podręczniki. Bo taki strajk, moi mili, w Polsce już był i co najważniejsze - zwyciężył. Działo się to w lutym 1971 roku w Łodzi, kiedy na wieść o podwyżkach cen żywności łódzkie włókniarki odeszły od maszyn i zatrzymały produkcję. Łódź stanęła, a tysiące kobiet stanęło na przeciwko całego aparatu władzy, który zjechał do Łodzi negocjować przestraszony ich siłą. To był jeden jedyny raz, kiedy władza ugięła kark i w całości zrealizowała postulaty strajkujących. Jak wspominał później Józef Tejchma:

Ci, co siedzieli za stołem prezydialnym, kiedyś potężni, najważniejsi, stali się jakby słabi, stali się jakby upokorzeni. A ci, którzy byli na hali produkcyjnej, te kobiety, które strajkowały, stały się silne, mocne, potężne.

Oby tak było i tym razem.

 

21:29, gothmucha
Link Komentarze (2) »